Spis treści:
2. Pompa - Każdy człowiek ją ma - jednak czasem wymaga reperacji
3. Odrobinę inna pompa - Kontynuacja mojej medycznej "kariery"
Życie pisze historie, mówi się. Czasami są to
historie niezwyczajne. Ale i te są moim zdaniem tylko logiczną
konsekwencję zdarzeń poprzedzających. Tak bywało w moim życiu i
teraz.
Było to w piątym roku mojej pracy w Instytucie Metali
Nieżelaznych, gdy zadzwonił do mnie niespodziewanie były, starszy
współpracownik, Andrzej Zembala, znający epizody mojej
dotychczasowej pracy: "Halo, panie Mosler, nie interesowała by
pana praca półetatowa, popołudniu?" Moja odpowiedź
była zgodna z jego oczekiwaniem: "Naturalnie, tak!" Bo kto
nie potrzebował w latach sześćdziesiątych pieniędzy?
Zatem
znalazłem się już następnego dnia u kierownika Zakładu
Doświadczalnego Elektroniki i Mechaniki Precyzyjnej Politechniki
Śląskiej do wstępnej rozmowy. Pan Józef Wajchenig,
doświadczony technik i znawca ludzi rozmawiał ze mną dłuższy
czas. Widocznie mu odpowiadałem, bo zapytał mnie, czy podjąłbym
się konstrukcji automatycznego mostka do pomiaru oporności i
wykonania prototypu. Zgodziłem się i miałem kilka dni później
już odpowiednią umowę o pracy w charakterze zastępcy kierownika
Wydziału Przyrządów w ręce. No i od tego czasu stałem się
(prawie) codziennym gościem w zakładzie. Zazwyczaj byłem tam (nie
licząc portiera) sam, gdyż zakład pracował tylko na jedną
zmianę. Miałem wolną rękę dla eksperymentów i
konstruowania. Moja wizja nabrała niebawem kształtu: Na wielu
deskach montażowych zebrało się wiele setek elementów
elektronicznych, wśród których dominowały zielone
(wtedy) tranzystory. Ogólny wygląd tych płyt ze sterczącymi
tranzystorami inspirował widocznie kogoś do nazwania tego
"projektem ogródkowym".
I tak, po trzech czy
czterech miesiącach, "ogródek" dojrzał do
prezentacji większemu gronu. Stwierdzono prawidłowe funkcjonowanie
modelu, ale ilość elementów i zapowiadająca sie kubatura
całego przyrządu zaskoczyła widać odpowiedzialnych.
Przeprowadzony równolegle z moją pracą sondaż dostępności
scalonych obwodów na polskim rynku nie rokował nadziei na
poprawę sytuacji w najbliższym czasie. Stąd zapadła decyzja
zawieszenia tej pracy.
Po tym przedstawieniu zaprosił mnie p.
Wajchenig na rozmowę do siebie. I tu właściwie wyszło szydło z
worka. On prawdopodobnie przewidywał taki przebieg wydarzeń, gdyż
machnął na to tylko ręką i zapytał mnie, czy nie byłbym
zainteresowany pełnym etatem z odpowiednio większym wynagrodzeniem
i innymi możliwościami? - Oferta była zachęcająca. Nigdy więcej
do Bytomia, do Instytutu z jałowymi pracami i coraz większą
biurokracją! Znów w moim mieście rodzinnym, na uczelni!
Mógłbym zostać kierownikiem Wydziału Elektronicznego, "ale
to raczej nominalnie - bo tam już jest dobry mistrz, który
się skutecznie całą produkcją zajmuje. Bo wie pan, my tu mamy
taką inną robotę ..." wyjawił mi mój przyszły szef.
I teraz się zorientowałem (chociaż pozostało to
niewypowiedziane), że wszystkie te gadki i zachody poprzedzające
obecną chwilę, były tylko fasadą i sprawdzeniem mnie. Ostatnie
jego słowa przekonały mnie ostatecznie do przyjęcia jego
propozycji. Bo ta "inna robota" okazała sie pół
konspiracyjnym i bardzo humanitarnym przedsięwzięciem. Tu w
zakładzie zebrało się kilku ludzi, którzy niezależnie od
logiki gospodarki planowej, z dala od instytutów, zjednoczeń,
ministerstw oraz szczególnie od funkcjonariuszy partyjnych i
nawet własnego Senatu chcieli coś rzeczywiście potrzebnego
postawić na nogi. Tak sobie, obok swej normalnej pracy zawodowej,
swoją siłą i swoim umysłem, oraz ...tu trzeba to wypowiedzieć,
potencjałem produkcyjnym i materiałowym, jakim dysponował
uczelniany zakład doświadczalny.
Józef Wajchenig,
Andrzej Zembala, Rudolf Wojnar oraz w zależności od potrzeb także
inne osoby spotykały się popołudniami w zakładzie dla omówienia
bieżących spraw wokół tego projektu. I ja teraz zaliczałem
się do tego grona, tak jak Zygmunt Antoszewski, lekarz Oddziału
Kardiochirurgii Zabrzańskiej Akademii Medycznej. Właśnie ten
ostatni był szczególnym lekarzem, bo z żyłką techniczną i
dużą inwencją. On stanowił to konieczne ogniwo łączące nas
techników z medycyną, uzupełnienie zespołu, który
wziął sobie za cel zbudowanie w Polsce płucoserca, z dostępnych
w Polsce materiałów, czyli maszyny, która miała
umożliwić przeprowadzenie operacji na otwartym sercu. Na zachodzie
takie maszyny już pracowały, lecz dla polskich ośrodków
kardiochirurgicznych były ze względu na cenę (w dewizach)
nieosiągalne. Naturalnie z wyjątkami, jak zazwyczaj w życiu bywa.
W jednym czy drugim ośrodku "bliżej Warszawy" pracowano z
takim aparatem...
Ale cóż, myśmy byli w Gliwicach, na
Śląsku. A Śląsk był obszarem traktowanym przez Warszawę często
po macoszemu i stąd też pokazywał chętnie swoje mocne strony. W
tym przypadku miało nią zostać płucoserce.
Gdzieś za
rok rzeczywiście tak daleko było. Jednak na razie przed nami było dużo
pracy i trudu. Największym było zaopatrzenie się w potrzebne
materiały. W stosunku do tego sprawy konstrukcyjne i organizacyjne
stanowiły mniejszy problem. Praktyczny okazał się podział
potrzebnych materiałów na te o profilu medycznym i te inne. O
te inne materiały, tzn. całą mechanikę, elektrykę i elektronikę
myśmy się starali - pierwsze załatwiła Akademia Medyczna w ramach
swoich możliwości zaopatrzeniowych.
Prawie zbędne w tym
miejscu jest powiedzenie, że do większości potrzebnych nam
materiałów dotarliśmy drogą nielegalną. Każdy z nas miał
w jakimś tam zakładzie, jakiegoś znajomego z czasów
szkolnych czy studenckich, który z kolei w swoim zakładzie
dysponował takim czy innym nam potrzebnym materiałem. I wprowadzony
w szczytny cel, jakim materiał miał służyć, chętnie się z nami
podzielił. - Takie po prostu były obyczaje w Polsce lat sześć- i
siedemdziesiątych, polskiej gospodarki planowej. Może dlatego tylko potrafiliśmy w stosunkowo
krótkim czasie postawić prototyp na nogi. Bo
załatwienie/kupno materiałów normalną drogą trwało
miesiące, jeśli nie lata. Do tej szybkiej realizacji przyczyniło
się zasadniczo prężne Biuro Konstrukcyjne naszego zakładu z inż.
Rudolfem Wojnarem i jego prawą ręką, jaką był Günter
Voelkel, obaj widoczni tu na starej fotografii .
O szczegółach nie będę w tym miejscu pisał, choć
konstrukcja i wszystkie pozostałe prace dały nam nieraz w kość. - (Jeśli by jednak kogoś te szczegóły techniczne interesowały, odsyłam go do artykułu omawiającego ogólnie aparaty tego rodzaju, zaś szczególnie Śląskie Płucoserce, artykułu, przeznaczonego uprzednio dla Wikipedii.)
Przeskoczę do tego dnia wiosennego, w którym maszyna po wielu
próbach wewnętrznych znalazła się w Koźlu, w Zakładzie
Doświadczalnym Akademii Medycznej, gdzie przygotowano próbę
ogniową: dla naszego aparatu i zespołu operacyjnego pod
kierownictwem prof. Tadeusza Paliwody, kierownika Oddziału
Kardiochirurgicznego zabrzańskiej kliniki. Z ramienia naszego
zakładu był tam nasz szef, Józef Wajchenig oraz konstruktor
mechaniki, Rudolf Wojnar. Obiektem doświadczalnym były dwa cielęta,
na których profesor próbował zabieg przeszczepu.
Nasi
wyszli po zabiegu satysfakcjonowani: aparat i operator zdali egzamin!
Dowiedzieliśmy się następnego dnia o wielu szczegółach
przebiegu próby i ...jak miało być inaczej, możliwościach
dalszego doskonalenia pewnych detali konstrukcyjnych aparatu.
Ale
nie tylko my byliśmy tymi, którzy się czegoś dowiedzieli:
był nim również rektor Politechniki, do którego
dotarły wieści z Akademii Medycznej. Nie było co prawdę wielkiego
rabanu wobec takiej samowoli zakładu politechnicznego, ale konkretne
przykazanie: Aparat wróci do Politechniki i tu nastąpi
oficjalne przekazanie go rektorowi Akademii Medycznej! Oczywiście
odpowiednio głośno (...w ramach współpracy
międzyuczelnianej itd.) oraz z udziałem mediów.
Na tym nasza praca się oczywiście nie skończyła. Ale teraz odbywała
się już na oczach "całego świata" oraz w glorii
współpracy. Tak też czas wykończenia drugiego prototypu był
krótki i szybko nastał dzień, w którym odbyć się
miała pierwsza operacja w Zabrzu. Oczywiście z udziałem jednego
technika - tak życzyła sobie klinika - bo nigdy nie wiadomo, czy
anestezjologowi w razie czego, np. przy składaniu aparatu czy też w
czasie ruchu, starczy wiedzy technicznej... No i w ogóle,
lekarze czuliby się raźniej. Stąd zapadła decyzja, że
płucosercu towarzyszyć będzie mój kolega, konstruktor
części mechanicznej aparatu, Rudolf Wojnar. Maszyna spisała się
dobrze i zdała test, gorzej było z Rudkiem (tak myśmy go nazwali).
Dla niego wrażenia z sali operacyjnej, widok krwi, zapachy i atmosfera
były barierą, której nie mógł przeskoczyć. I ja
siebie podobnie oceniłem ...
Pomimo tego, ktoś przecież
musiał to zrobić. Tak do tego doszło, że to ja asystowałem przy
następnej operacji w Zabrzu. I ten fakt zapoczątkował moją
medyczną karierę, moją dłuższą medyczną karierę - bo trwającą
całe moje życie zawodowe. I znamienne, że właśnie tą operację,
od przygotowania maszyny, samą operację i końcowe
omówienia szczegółów u profesora, mam jeszcze
dzisiaj przed oczyma.
Przygotowania maszyny w małym
pomieszczeniu obok sali operacyjnej przebiegały rutynowo,
anestezjolog, dr Zygmunt Antoszewski miał te czynności już opanowane.
Następnie przesunęliśmy częściowo napełnioną maszynę do sali
i ustawili ją koło stołu operacyjnego. Tu już leżała
przygotowana do operacji pacjentka i profesor po wymianie kilku zdań
z anestezjologami dał sygnał do kontynuacji pracy. I teraz, podczas
otwierania klatki piersiowej, miałem swój osobisty i jedyny
niż w sali operacyjnej. Na szczęście trwał on tylko krótko
- uchylone okno i kilka głębokich wdechów pomogły mi go
przezwyciężyć. Nikt niczego nie zauważył, a ja mogłem aktywnie
uczestniczyć w dalszej operacji.
Operacja trwała troszeczkę
dłużej niż przewidywano, pierwszyzna po prostu. Wszyscy byli
szczęśliwi, gdy profesor dał hasło do zapoczątkowania końcowej
fazy krążenia pozaustrojowego, oddawania pacjentce potrzebnej ilości krwi. I potem było tak daleko: Maszyna
stanęła, zrobiliśmy bilans płynów i byliśmy zadowoleni,
że trafiliśmy z tym dość dobrze. Gdy lekarze już byli przy
zaszywaniu klatki piersiowej wypchnęliśmy maszynę do sąsiedniego
pomieszczenia. Rozbiórka, przygotowanie jej do czyszczenia i
późniejszej sterylizacji części mających kontakt z krwią
przebiegały w sposób już wyćwiczony. Potem spotkaliśmy się
u profesora dla omówienia przebiegu operacji i wniosków
wynikających ze stosowania naszego płucoserca. Póki te
operacje nie stały się bardziej powszednie, dyskusje były
obszerne. Zaś wniosków dotyczących udoskonaleń aparatu,
wiele. Tutaj często musiałem moich rozmówców
sprowadzić z obłoków w ówczesną rzeczywistość i
wyjaśnić możliwości techniczne uczelni.
Jeszcze króciutko
wrócę do mojej pierwszej operacji. Na drugi czy trzeci dzień
miałem jakąś sprawę w klinice. Tam mnie złapał profesor i
zaprowadził do pacjentki, którą zastaliśmy półsiedzącą
na łóżku. "Widzi pani" powiedział do niej, "to
jest pan Mosler, który w czasie operacji obsługiwał maszynę"
wyolbrzymiając lekko moje zasługi. Ona, mając i tak już
szczęśliwy wyraz twarzy, uśmiechnęła się do mnie i mówiła
z przejęciem: "Widzi pan, ja teraz już sama potrafię wstać i
chodzić - tego poprzednio nie potrafiłam". I dodając: "Proszę
tu posłuchać jak klika!" animowała mnie do obsłuchania
wszczepionej zastawki. Słyszałem ją rzeczywiście bardzo wyraźnie.
Całe to zdarzenie miało stać się dla mnie jednym z kluczowych
przeżyć w mojej "medycznej karierze".
Moje dalsze
kontakty z kliniką stały się coraz intensywniejsze, w każdym
razie uczestniczyłem przy wszystkich operacjach w następnych tygodniach
i miesiącach. Prawie od siebie wytworzyły się wielorakie kontakty.
Stałem się dla lekarzy pewnym "autorytetem" technicznym,
w każdym razie zgłoszono się do mnie ze wszelkimi sprawami
technicznymi. Czy były to niewłaściwie funkcjonujące aparaty, czy
pomysły do ewentualnej realizacji. Z tymi ostatnimi bywało gorzej,
bo choć miałem związki z techniką i za sobą uczelniany zakład
doświadczalny, mała tylko ilość tych zgłaszanych pomysłów była
realna. Nie wszystko mogłem - czy umiałem
zrobić.
Mimo tego niebawem rozpowszechniło się w klinice ...i
potem zakładzie, zdanie o najlepszym inżynierze wśród
medyków i najlepszym medyku wśród inżynierów.
Pochlebne dla mnie zdanie.
Zresztą starałem się rzeczywiście
sprostać nadziejom we mnie pokładanym. Wiele uwag dotyczących
płucoserca zrealizowano w trakcie pierwszych miesięcy. Ale
powstały też nowe przyrządy czy narzędzia, które ułatwić
miały pracę lekarzy i pomóc pacjentom. Gdyż patrząc teraz
z perspektywy lat na ówczesne warunki leczenia i pracy lekarzy
trzeba powiedzieć, że były to warunki pionierskie. W tym czasie
powstało np. małe urządzenie elektryczne, które w czasie
operacji miało zapobiec niekontrolowanym ruchom serca, utrudniające
pracę chirurga. Był to mój chrzest bojowy przy stole
operacyjnym, bo w czasie pierwszych operacji z tym przyrządem stałem
i ja bezpośrednio przy stole operacyjnym i miałem swoje zadanie jak
każdy inny członek ekipy!
Albo przenośny defibrylator. Klinika
dysponowała jednym takim urządzeniem, dużym i ciężkim, dlatego
przewoźnym. Szybkie dotarcie nim do miejsc zastosowania na wielu
piętrach kliniki było ociążliwe, często bezskuteczne. Stąd
pomysł zbudowania aparatu lekkiego i przenośnego. W oparciu o
potencjał zakładu zaprojektowałem taki aparat i z dużym nakładem
pracy selekcjonowaliśmy następnie elementy do jego budowy. (Trzeba
pamiętać, że do dyspozycji były wyłącznie elementy dostępne na
rynku krajowym.) Powstał aparat, który spełniał wszelkie
wymogi kliniki. Był przenośny, po kilku- do kilkunastu sekundach
gotowy do pracy i dysponował dokładnym dawkowaniem energii do 400
Ws. Czyli mógł być stosowany zarówno w sali
operacyjnej na otwartym sercu lub w warunkach normalnych na sali
chorych.
"Mój" defibrylator (zbudowany środkami
uczelni, choć bez jej wiedzy) spisywał się w praktyce klinicznej
tak dobrze, że stał się powodem przetargów. Mianowicie, gdy
po roku mniej więcej, kardiochirurgia została wydzielona z
chirurgii ogólnej i przeniósła się do oddzielnego budynku,
powstał spór pomiędzy prof. Paliwodą i kierownikiem Kliniki
Chirurgicznej. Każdy czuł się właścicielem defibrylatora i każdy
chciał go widzieć u siebie. Ostatecznie został w kardiochirurgii i
nadal (przynajmniej przez te następne lata, przez które tam
bywałem) był niezbędną częścią osprzętu i spisywał się bez
zastrzeżeń.
Powodzenie techniki operacyjnej bazującej na
krążeniu pozaustrojowym stało się bodźcem do myślenia nad innym
zastosowaniem tej techniki. Prof. Paliwoda rozważał możliwość,
czy całkowita wymiana chorej krwi u pacjenta z żółtaczką
zakaźną będącego już w śpiączce, w stanie przedagonalnym, nie
pozwoliłaby mu wyzdrowieć ...?
Od myśli do czynu: Pierwszy
prototyp płucoserca został przewieziony do Szpitala Chorób
Zakaźnych w Bytomiu. I tam przygotowano kompletną transfuzję krwi
dla pacjenta, któremu lekarze w inny sposób już nie mogli pomóc.
Nasza akcja tam musiała być dobrze i szybko zorganizowana. Przygotowano
8 czy 10 litrów krwi i podobna ilość płynu fizjologicznego,
termostat, duże naczynia umożliwiające mierzenie ilości płynów
i duży zegar. Nieprzytomnego już pacjenta przygotowano w prawie
zwykły sposób do transfuzji i w pierwszej fazie schłodzono
jego ciało od zewnątrz i wewnątrz. To ostatnie przy pomocy
termostatu, przez który przepuszczono jego krew. Schłodzenie
miało na celu powiększenie krytycznego czasu, w którym mózg
będzie pozbawiony normalnej dostawy tlenu.
Rozpoczęto
transfuzję przez otwieranie obiegu zewnętrznego: krew pacjenta
kierowano do naczyń, zaś do pacjenta pompowano chłodny płyn
płuczący. Po kilku minutach zastąpiono płyn utlenioną krwią. W
fazie końcowej należało jeszcze dokonać możliwie dokładny
bilans płynów, przeprowadzić ostatnie dawkowanie krwi i
potem: maszyna stop! Dla obsługi maszyny praca się skończyła, nie
wspominając rozbiórki i jej czyszczenie. Chirurdzy jeszcze
pracowali, aż i oni pozostawić mogli pacjenta personelowi
pielęgniarskiemu.
Stosowanie płucoserca w warunkach
szpitala zakaźnego niosło ze sobą naturalnie więcej obciążeń dla ekipy
niż normalne operacje. Tutaj trzeba było przepisy sterylnego
obchodzenia się z aparatem, płynami i krwią szczególnie
dokładnie przestrzegać. Nie tylko ze względu na chorego - ale i na
siebie. W czasie pracowania w obszarze operacyjnym, przy otwieraniu
obiegu krwi, przelewania krwi do zbiorników mogło łatwo
dojść do niezamierzonego kontaktu z krwią. Z tego powodu wśród
zespołu operacyjnego odezwały się coraz większe zastrzeżenia do
współpracy przy tych operacjach. Tak doszło do tego, że
przy trzeciej operacji zabrakło anestezjologa do płucoserca.
Profesor nie miał obiekcji: "Przecież pan potrafi przygotować
aparat, prowadzić go i dopilnować bilansu?" I tak stałem
naraz sam wobec wszystkich problemów związanych z aparatem -
i po cichu dopowiem: dałem sobie radę!
Jednak potem inna
okoliczność zakończyła ten cykl eksperymentów: Asystentka
profesora zachorowała na żółtaczkę.
Dla mnie osobiście
te odmienne od zwykłych operacji eksperymenty, oprócz
większego wysiłku i obaw o własne zdrowie, dostarczyły także
dalsze, motywujące mnie przeżycie: Rozmawiałem z jednym z naszych
tamtejszych pacjentów, górnikiem, w normalnym już
szpitalu podczas jego pobytu rekonwalescencyjnego!
Podczas
gdy w Zabrzu płucoserce było w normalnej eksploatacji, zakład
zajęty był produkcją krótkiej serii aparatów. Także
inne centra kardiochirurgiczne były nim zainteresowane. Oznaczało
to dla mnie serię wyjazdów rozpoznawczych czy też
wdrożeniowych. Tak poznałem kliniki w Warszawie, Białymstoku,
Krakowie i Łodzi. Miałem okazję rozszerzenia swej wiedzy w tej
dziedzinie i dokonania porównań, bo okazało się, że jeden
czy drugi ośrodek zdołał zdobyć fundusze na aparat importowany
(dla Warszawy właściwie samo przez się zrozumiałe).
Były to
lata pouczające, te lata konstruowania i wprowadzenia polskiego
płucoserca.
I prawie byłbym zapomniał: Choć nikt z
zaangażowanych w ten projekt nie otrzymał za to choć złotówki
wynagrodzenia, uhonorowano nasze dzieło w inny sposób.
Trybuna Robotnicza, organ PZPR, największy i prawie jedyny wtedy
dziennik na Śląsku, ustanowił nagrodę dla ludzi działających
bezinteresownie dla dobra innych. My otrzymaliśmy ją, - dyplom
przechowuję oczywiście do dziś.
Spisano w maju 2005 r.
(Aktualizacja w 2010 r.)
Do spisu treści: /Ojczyzna
Do główngo spisu treści