Do spisu treści: /Ojczyzna
  Do głównego spisu treści


Prywatność, wspomnienia, opowiastki





Spis treści:

   1.  Godzina duchów - Prawdziwe zdarzenie
   2.  Urodziny - Pogodna historyjka z czasów wojny
   3.  Paleta zawodów - Czego to człowiek nie imał się w swoim życiu
   4.  Ubogi czy też bogaty - Sprawa nastawienia?
   5.  Podróż poślubna - Jakże inna...
   6.  Ciemność - Doświadczenie z niewidzeniem
   7.  Jeszcze jedno doświadczenie - Płynący gaz
   8.  Praktyka - Albo dokładniej: urlop turystyczny?
   9.  Kartofle i buraki - Studenci pracują
  10.  Dookoła Polski - ... ale rowerem w 1957 roku
  11.  Tadeusz - O serdecznym przyjacielu i zarazem o stosunkach międzyludzkich
  12.  Turystyka bieszczadzka - Rowerem i piechotą przez dziewiczy krajobraz 1958 roku






Godzina duchów

Działo się to wszystko w latach powojennych, chyba w 1946 roku. Chociaż już miałem 13 lat, moja znajomość polskiego języka pozostawiała wiele do życzenia. Widmo szkoły zarysowało się dopiero na horyzoncie i dopóty co, nietolerowany język niemiecki pozostał naszym językiem obiegowym. Ludność niemiecka w Gliwicach już była w mniejszości, stąd odpowiednio ograniczone też możliwości kontaktów "intelektualnych". Zaś 13-letni chłopak palił się do świata, do wiedzy. Najlepszym rozwiązaniem były książki, niemieckie oczywiście. Nie było ich dużo, stąd krążyły tym intensywniej. "Pojutrze musisz mi tę książkę oddać", to były słowa zazwyczaj towarzyszące wypożyczeniu. We własnym interesie starałem się spełniać taki lub podobny warunek, by i następna książka mogła stać sie realnością.

Pewnego dnia znów miałem książkę, bardzo interesującą książkę. Paliłem się do czytania, ale dzień był o wiele za krótki, aby pomiędzy innymi obowiązkami wykroić jeszcze czas dla spokojnego czytania. Stad próbowałem wciąż na nowo - przeciwko woli rodziców - czytać w tym czasie, w którym właściwie już powinienem spać. Gdy rodzice już zasnęli, wymykałem się cichaczem ze wspólnej sypialni i zajmowałem w kuchni od dawna wypróbowaną pozycję wygodnego czytania. Kuchnia była mała. W kącie stał stół, wyposażony w masywną płytę drewnianą oraz dodatkową półkę pod spodem, na której stały kuchenne przybory. Półka zasłonięta była szmacianym ekranem. Obok stołu moje krzesło, wciśnięte pomiędzy ten stół i tradycyjny w owych czasach kredens kuchenny. Ja zatem siedziałem na tym krześle i z głowę oparta na rękach czytałem książkę leżącą przede mną na stole. Byłem naturalnie w innym świecie, w świecie o wiele bogatszym w nadprzyrodzone, tajemnicze i niewytłumaczalne zjawiska niż to dzisiaj ma miejsce. Ta okoliczność, atmosfera książki, nocna pora i obecna w podświadomości wiedza o czynie zakazanym złożyły się na specyficzny nastrój.

I wtedy to się stało: Bumm... i w ułamek sekundy później po raz drugi: Bumm..., stół zadrżał. Zdrętwiałem, nie mogłem poruszyć cokolwiek - ale po chwili zdołałem unieść głowę znad książki, by stwierdzić, że stół jest pusty. Tylko w kącie stała papierowa torebka. Wzrok mój wzniósł się niechcący jeszcze wyżej, tam wisiał zegar. I wskazówki, jak miało być inaczej, stały obydwie na dwunastce!

Zesztywniałem, o ile to w ogóle było możliwe, jeszcze bardziej. Poczułem każdy włos stojący dęba, na głowie, na ramionach, na ciele. Trwało długie sekundy, zanim zdołałem się zmobilizować i przechylić do przodu. by jednym ruchem szarpnąć zasłonę ograniczającą widok na półkę pod stołem: ...i nic, tylko znane przyrządy na swoim miejscu!

Zrobiło mi się gorąco, siedziałem przylepiony do krzesła i przez głowę gorączkowo przebiegały moje myśli. Czy była to halucynacja? Czy ja sobie cos wymyśliłem? Nie, bo te uderzenia ja nie tylko słyszałem, ale poczułem w opartych na stole łokciach. Tak, jakby ktoś pięścią uderzył dwukrotnie w stół.

Coś niemożliwego po prostu. Siedziałem i wsłuchiwałem się, myślałem. Po minutach chyba zdołałem unieść się z krzesła. Zrobiłem krok do przodu i wtedy zobaczyłem: Za tą wysoką torebką papierową leżały dwa jabłka. Torebka pękła i te dwa jabłka wypadły na stół... I to właściwie była ta historia.
Pomimo tego banalnego wyjaśnienia sprawy, książki tej nocy już dalej nie czytałem.

  Początek strony      



Urodziny

Ostatnie trzy lata wojny przebywałem u babci w Pyskowicach, "na wsi" jak wtedy jeszcze można było powiedzieć. Rodzice i rodzeństwo nadal mieszkali w Gliwicach, na ulicy Wieczystej (wtedy Adolfstrasse - choć nazwa raczej nie od tego Adolfa), gdyż ojciec pracował na kolei, w Gliwicach.

W Pyskowicach zatem też uczęszczałem do szkoły (niedaleko ówczesnego młyna parowego przy ulicy prowadzącej z dworca do miasta) i tam mogłem przeżyć wszystkie doliny i szczyty ucznia szkoły powszechnej. Tyle że nie o tym chciałem tu opowiedzieć.
Moja klasa, wtedy 4a, była chyba typową dla owych czasów klasą: chodziło się do szkoły - bo tak trzeba było - ale było się zadowolonym, gdy można było ją opuścić i zająć się wieloma bardziej interesującymi sprawami.
Stąd też chyba zrodziła się idea zorganizowania sobie - wbrew szkolnej codzienności - dnia wolnego od nauki, być może nawet od szkoły. Wszystko to w związku z wiadomością, którą ktoś wyniósł z rozmów dorosłych: Nasz nauczyciel, p. Kopietz ma za dwa tygodnie urodziny!

Mógł uchodzić za wzorzec nauczyciela przedwojennej szkoły: surowy, autorytatywny i trzymający dystans do swoich podopiecznych. Jego słuszna postać, lekko czerwona, małymi żyłkami przetkana twarz, rozkazujące, ukryte za okrągłymi szkłami, oczy - wszystko to składało się na osobę, która była w stanie utrzymywać rozbrykana klasę w określonych granicach, często jednak za pomocą trzciny, trzeba przyznać.

Czyli urodziny nauczyciela miały stać się podstawą taktycznego posunięcia: pierwszoplanowo czcić nauczyciela - ale w rzeczywistości złamać dyscyplinę szkolną i przysporzyć nam dzień wolny. W tym celu cała klasa, moi koledzy i ja, wzięła na siebie wiele trudów. Urządziliśmy w polach, po wyjściu ze szkoły, zebranie celem omówienia przedsięwzięcia. Było to trudne zadanie, bo zgłaszane idee były różnorakie, najczęściej niewykonalne. Jednak na końcu ożywionej debaty uzgodniliśmy realizowalny program.
Najważniejszą częścią programu były podarunki; mieliśmy piąty rok wojny. Kartki żywnościowe, odzieżowe i dla palaczy wyznaczały granice konsumpcji. Dlatego orzekliśmy, że wszelkie upominki z tego zakresu na pewno będą mile widziane. Postanowiliśmy ponadto urządzić zbiórkę pieniężną dla kupienia materiałów do ozdobienia klasy (liczyliśmy na to, że odpowiednio zdobiona klasa przyczyni się do pożądanego nastroju) oraz na upominek główny. Bo taki jeden centralny prezent, wyróżniający się pośród innych upominków, koniecznie musi być.

Jednak tu zaczęła się cała historia. W Pyskowicach prezentu kupić nie można, tylko w "mieście" coś odpowiedniego można dostać. To było jednoznaczne stwierdzenie zgromadzonych i stąd niedaleko było do obarczenia mnie tym zadaniem (jesteś przecież z Gliwic, znasz się tam...).
Kilka dni przed imprezą znalazłem się z jednym pomocnikiem z klasy w pociągu-ciuchci, kursującym pomiędzy Gliwicami i Pyskowicami. Kilkadziesiąt Marek (Reichsmark) w kieszeni i odpowiedzialne zadanie klasy (na pewno znajdziesz coś odpowiedniego!) w głowie.
Zatem Gliwice, Wilhelmstrasse (dzisiaj ul. Zwycięstwa) do rynku i z powrotem. Czarne myśli, że trudno będzie coś znaleźć, zaczynają nabierać kształt. Nic, co by nas mogło zainteresować. Ewentualnie na kartki, tak - ale to nie dla nas. O pięknej fajce, którą sobie wymyśliłem, nawet nie ma co marzyć. Domy towarowe Rebensdorf (wcześniej Barasch) albo DeFaKa świeciły pustkami: Pod szklanymi ladami setki lub tysiące kartek-widokówek, na półkach podobne, nienadające się dla nas artykuły.
Już zmęczeni kilkugodzinnym włóczeniem, stanęliśmy przed wystawą sklepu (leżał po lewej stronie ulicy, za teatrem, krótko przed mostem nad Kłodnicą) i przyglądaliśmy się bez entuzjazmu wyłożonemu tam towarowi. Odznaki, chorągwie, książki i inne artykuły propagandowe nie wzbudzały emocji u młodzieńca, słabo kształtowanego ideologią III Rzeszy. Jednak zbliżająca się pora odjazdu pociągu oraz burczący żołądek skłoniły nas do wejścia. Może jednak ...? No i rzeczywiście, starszy sprzedawca po zaznajomieniu się z naszym życzeniem, oznajmił: "Tak chłopcy, mam coś odpowiedniego dla waszego nauczyciela!" I ściągnął z półki około 30-centymetrowe popiersie wodza, Adolfa. Pomimo że było ładnie wykonane i robiło solidne wrażenie (przypominając dzieło muzealne lub podobnie wzniosłą rzecz), dokonałem tego zakupu bez przekonania. I to uczucie pozostało także po przejrzeniu zakupionych rzeczy (kupiliśmy jeszcze girlandy i kolorowe papierki) przez ciocię. Chociaż nic negatywnego nie powiedziała...

I teraz sprawa już toczyła się sama. Popołudniu, dnia poprzedzającego urodziny, zebrała się grupa robocza w szkole. Szkoła była pusta, a dozorca, którego musieliśmy oczywiście wtajemniczyć w naszą akcję, wpuścił nas do klasy. Ta miała utracić swój codzienny, szary charakter i to kosztowało trochę roboty. Pomiędzy lampami, oknami i innymi punktami zdatnymi do zaczepienia nitek wieszaliśmy kupione i zrobione girlandy, na ścianach wycinanki i prymitywne kwiatki papierowe. Główną rolę odegrać miała tablica. Kolorowe kredki ze zwykle zamkniętej szafy "zorganizowaliśmy" już przedpołudniem, wykorzystując nieuwagę nauczyciela. Teraz doszło do ich stosowania: Ukryte zdolności artystyczne niektórych kolegów znalazły ujście, zamieniając tablice w kolorowe cacko z dominującym napisem życzeniowym. Byliśmy pewni, że jutro nie będzie wykorzystana do dręczenia nas. Co się zresztą sprawdziło.

W dniu urodzin klasa zjawiła się niezwykle wcześnie w szkole. Każdy przyniósł to, co obiecał. Teraz klasa miała uzyskać ostateczny świąteczny wygląd. Na ozdobionej kolorowym papierem katedrze rozłożyliśmy malowniczo naturalia: jajka w torebce, kilka weków z ogórkami, marmoladą i owocami, dwie butelki wina marki domowej, trzy cygara z opaską, paczkę tytoniu i coś tam jeszcze. Ale pośrodku tronowało popiersie Hitlera!

Byliśmy zadowoleni ze swego dzieła i w momencie odezwania się dzwonka siedzieliśmy już wzorowo w swoich dwuosobowych ławkach. Tylko jeden stał w lekko uchylonych drzwiach, by zasygnalizować nam przyjście nauczyciela i w odpowiednim momencie szeroko otwierając je, wpuścić go do klasy. To był sygnał dla nas: Podskoczyć i z wrzaskiem (bo inaczej tego nazwać nie można było - zresztą byliśmy klasą czysto "męską") odśpiewać: "Sto lat ..." było udanym dziełem chwili. Nauczyciel wszedł parę kroków do sali i stanął zaskoczony. Ozdobiona klasa, inna naraz tablica i trzydziestu wrzeszczących chłopców rzeczywiście mogły przyczynić się do zaskoczenia. Przez krótką chwilę byliśmy jeszcze zaniepokojeni, jak nauczyciel przyjmie ten cały pęczek niesubordynacji ze strony swoich podopiecznych - czy aby zaraz nie wybuchnie? Nie, bo gdy stanął za katedrą, wydawał się dalej zaskoczony lub niepewny. Ale potem uśmiech na twarzy zasygnalizował nam udaną akcję. Ale miało przyjść jeszcze lepiej.

W życzliwy, dotychczas nam nieznany sposób, wypytywał nas o różne drobiazgi, mówił o naszych dobrych(!) stronach, wręcz cnotach, chwalił nasz talent organizacyjny, mówił o pogodzie i pozwalał nam też w naszych ważnych sprawach dojść do głosu. Atmosfera była przyjemna, nawet luźna i dlatego nie byłem zdziwiony, gdy rozmowa zeszła na ostatnio nastałą wśród chłopców modę strzelania prymitywnym oprzyrządowaniem: kluczem, gwoździem i główkami zapałek. Oczywiście nietolerowaną przez dorosłych. Nauczyciel chciał wiedzieć, jak to funkcjonuje, by potem wyrazić swoje wątpliwości co do sprawności takiego układu. Tutaj wjechał nam na ambicję i jeden przez drugiego, zapominając o ewentualnych konsekwencjach, wyciągnął swój przyrząd z kieszeni. Wystarczyło nam milczące przyzwolenie nauczyciela, by startować serię prób na ścianie sali klasowej, która do wysokości około dwóch metrów pokryta była solidną farbą olejną. Że pod tym pokryciem była mniej solidna zaprawa gipsowa niwecząca pozytywne wyniki naszych eksperymentów, zauważyliśmy troszeczkę później, nauczyciel najpóźniej - mianowicie wtedy, gdy ściana ozdobiona już była kilkunastoma białymi dziurami wywołanymi nieudanymi próbami strzelenia. Ściana była po prostu za miękka albo gwoździe za twarde. Speszyliśmy się wszyscy, nauczyciel chyba najbardziej - bo część zapałek pochodziła od niego...
W tym momencie przyszło, wraz z dzwonkiem na przerwę, zbawienie dla wszystkich: Nauczyciel wypuścił nas wspaniałomyślnie do domu! Nasz cel co prawda został osiągnięty, ale przejrzeliśmy także, że to nie on w tej całej przygodzie był najważniejszy. Poznaliśmy bowiem w naszym nauczycielu człowieka,.Choć ten fakt przez niektórych zrozumiany był dopiero później. Tak jak i ja dopiero w 1945 roku, po krótkiej uwadze mojej cioci, zrozumiałem jego krótkotrwałe skrzywienie twarzy, gdy stanął za katedrą i zauważył popiersie. Pan Kopietz byłby według dzisiejszych kryteriów ciemnoczarny, inaczej powiedziawszy, był on w cichej opozycji do panującego wtedy reżimu.
Jeszcze o szkole: Jej nasze eksperymenty z kluczami najmniej zaszkodziły - już za kilka miesięcy, w 45 roku miała doszczętnie spłonąć...

  Początek strony      



Funkcje  -  Czynności   -  Zawody(?)


Patrząc wstecz na swoją, raczej długą, karierę zawodową, dochodzę do wniosku, że nazbierało się tam sporo różnych czynności wykonywanych oraz funkcji, które pełniłem w tym czasie. Zastanowiłem się kiedyś nad tym i nie chcąc tracić poglądu na całość, spróbowałem tą barwną mieszaninę mej palety zawodowej ująć w formie tabeli. Zapisy w niej nie będą koniecznie chronologicznie ujęte, ale za to umieszczę tam tylko te epizody pracy z mojego życia, które trwały co najmniej miesiąc i doszły do skutku na podstawie regularnej umowy o pracę. Zaś do tego znaku zapytania w tytule miałbym następujące wyjaśnienie: Sam nie wiem, jaki był ostatecznie mój zawód - pewne tylko jest, że nie był zgodny z tym tytułem akademickim, którego w dawnych latach zdobyłem na uczelni!

I to wygląda tak ...
Goniec      _        To był początek mojej kariery
Pracownik kancelarii      _        Pierwsze doświadczenia biurowe
Kierownik magazynu      _        Wpierw materiałów biurowych, później i przemysłowych
Referent techniczny      _        Wytwórnia gazów technicznych
Robotnik      _        Budowa kanału
Robotnik pod ziemią      _        Kopalnia węgla kamiennego
Ładowacz      _        Kopalnia węgla brunatnego
Młodszy rębacz      _        Kopalnia węgla kamiennego
Robotnik      _        Wytwórnia płyt wiórowo-cementowych
Robotnik w transporcie      _        Budownictwo
Mistrz dozoru elektrycznego      _        Walcownia metali
Nauczyciel      _        Technikum elektromechaniczne
Adiunkt      _        Instytut przemysłowy
Kierownik pracowni      _        Zakład automatyki
Wykładowca      _        Politechnika
Kierownik wydziału      _        Zakład elektroniki i mechaniki precyzyjnej
Asystent operacyjny      _        Centrum kardiochirurgiczne
Główny specjalista d/s elektroniki      _        Zakład doświadczalno-produkcyjny
Kierownik grupy projektowej      _        Centrum techniki medycznej
Główny technolog      _        Spółdzielnia inwalidzka
Kierownik zaopatrzenia i produkcji      _        Zakład produkcyjny
Inżynier rozwojowy      _        Zakład techniki medycznej
Elektryk dyżurny      _        Drukarnia
Nauczyciel zawodu      _        prawie jak przed 30 laty
Kierownik techniczny      _        Fabryka sprzętu medycznego
Kościelny      _        Kościół katolicki

 Lato 2003 r.

Poczatek strony    

Ubogi czy bogaty?


Czy pytanie to należy w zakres filozofii, czy też jest to po prosto sprawa indywidualnego zapatrywania? Można by zapytać.

Dla poszczególnego człowieka pozostaje to zazwyczaj osobiste rozstrzygnięcie. Kryterium "być bogatym" widzi się zazwyczaj bardzo subiektywnie. Wielu ludzi czuje się ubogimi, choć większość społeczeństwa widzi ich co najmniej jako "dobrze usytuowanych".
Cóż, nie chcę to w tym miejscu dalej roztrząsać. Zauważyć należy, że w życiu bywają też inne "bogactwa", bogactwa niematerialne. Te ostatnie, które ostatecznie bywają znaczące w życiu każdego człowieka, decydują o uczuciu szczęścia i zadowolenia. Anegdota usłyszana w mojej wczesnej dorosłości wprowadziła jasność w tą dotychczas tylko w mej podświadomości bytującą prawdę.

Bardzo bogaty władca, otoczony niebywałym luksusem, któremu podwładni spełniali każde, nawet bardzo wymyślne życzenie, czuł się nieszczęśliwym. Zwołał mędrców całego kraju i wypytywał ich o drogę do szczęścia. Otrzymał wiele porad, ale tam nie było takich, których nie próbował już bezskutecznie.
Stąd był bardzo zaciekawiony, gdy natknął się na bardzo starego i doświadczonego człowieka, który mu dał następującą, niecodzienną radę: "Musicie, wielmożny panie, iść pomiędzy ludzi i znaleźć takiego, który rzeczywiście zadowolony jest ze swego losu i wszystkiego, co go otacza, innymi słowy człowieka, który w pełni jest szczęśliwy. Jego koszulę musicie ubrać i wtedy i was ogarnie to uczucie szczęścia."
Władca nie widział innego wyjścia z otaczającej go melancholii, niż posłuchać rady tego człowieka. - Udał się w podróż przez swój wielki kraj i wypytywał wielu ludzi o ich stosunek do zadowolenia i szczęścia. Wszystkim powodziło się dobrze, wszyscy byli zadowoleni - tylko gdy im na końcu stawiał ostateczne pytanie o pełnię szczęścia, miał każdy swoje choćby małe "ale". Jeden potrzebował do pełni szczęścia jeszcze "to", inny byłby w pełni szczęśliwy, gdyby "tamto" zaistniało. Końcem końców nie spotkał władca wśród swoich możnych podwładnych żadnego, który by mu mógł pomóc.

Bardzo rozczarowany i nieszczęśliwy wędrował wtedy nasz władca odludnym brzegiem morza, i melancholia była jeszcze głębsza. Naraz natknął się na starego człowieka, który prymitywną siecią właśnie wyciągnął rybę z wody. Ten pozdrowił go i zaprosił na posiłek do nieopodal leżącego domostwa. Gdy tam przybyli, okazało się, że jest to bardzo biedna chata, wyposażona akurat tylko w najniezbędniejszy sprzęt do przygotowania posiłku.
Właściwie już z przyzwyczajenia władca stawił swoje pytanie. I był wielce zaskoczony, gdy ten stary człowiek odpowiedział: "Naturalnie jestem zadowolony i szczęśliwy panie. Przecież widzicie, że mam wszystko, co potrzebuję. Jestem w pełni szczęśliwy w swoim życiu!"
"Pięknie", powiedział uradowany władca, "mam jedną prośbę do ciebie. Sprzedaj mi swoją koszulę."
"Chętnie bym to uczynił, panie. Ale nie mogę. Bo nie mam koszuli."

...Że władca radę swego starego mędrca wziął zbyt dosłownie i stąd pozostał dalej nieszczęśliwy, to już inna sprawa.

Tak historia ta opowiada coś o fundamentalnym nastawieniu, które nie przez wszystkich ludzi jest zrozumiane. Ze zdziwieniem obserwuję dzisiaj ludzi, którzy jeszcze w bardzo dojrzałym wieku próbują gromadzić pieniędzy, rezygnując z realizacji własnych potrzeb lub przyjemności - bo ich na to nie stać! Albo uważają, że powinni potomstwu zapewnić dostatnie życie. Albo ...
Dla moich przodków, dla moich rodziców, chyba dla większości ludzi ze starszych generacji sprawa ta nie była problemem. Bo życie ludzi przedwojennych było na ogół skromne. Tak i ja wyrosłem w warunkach, który naprawdę nikt zaszeregować nie mógł jako dostatnie. Rodzina, najpierw z trojgiem, potem czworgiem dzieci, utrzymywała się z zarobków ojca, około 50 RM w tygodniu. (W późniejszych latach znalazłem zapiski ojca, w których skrupulatnie notował wydatki na buty i odzież rodziny).
Tak był pieniądz, dla nas dzieci, czymś abstrakcyjnym. Pfennigi, które się czasami od cioć czy znajomych dostawało, wędrowały bezpardonowo do skarbonki.
Dlatego chyba też była moja reakcja na "własne" pieniądze symptomatyczna dla mego przyszłego stosunku do wszelkich wartości w formacie bankowym. Gdy jeszcze w wieku przedszkolnym znalazłem w piaskownicy monetę 2-pfennigową, to nie było pytania: Wraz z młodszą siostrą postanowiliśmy natychmiast zmienić ten pieniądz na towar. Że przeżyliśmy z tym ogromne rozczarowanie (sklepikarz dał nam dwa cukierki), to już inna sprawa.
Oszczędność była motywem przewodnim mojego wychowania. Nie odczuwałem tego ujemnie, nawet gdy musiałem (ewentualnie nagromadzone) monety 10-pfennigowe wrzucić do walizki, którą przyniesiono na tę okazję z kasy oszczędnościowej. I otrzymać za każdą monetę jej obraz na mojej karcie oszczędnościowej. Gdy ich się 10 nagromadziło, można było pójść do kasy oszczędnościowej, gdzie urzędnik w zamian za kartę dopisał 1 RM do książecki oszczędnościowej.
Przez lata mej nauki w Gliwicach i Pyskowicach nagromadziło się tam dwadzieścia do trzydzieści RM. Do tego doszło 100 RM, jako spadek od wujka Willi, który w 1942 poległ w Rosji. Naturalnie trzeba tu powiedzieć, że cała akcja oszczędzania była niewypałem. Koniec wojny, warunki powojenne sprawiły, że już nigdy feniga z tej książeczki nie widziałem.
Za to mam dzisiaj piękną, starą książeczkę oszczędnościową, wspomnienia i zdrowe nastawienie do oszczędzania na całe moje życie.

Później przyszedł rok 1945. Stałem się "dorosły", tzn. warunki życia wymagały to coraz częściej ode mnie. Zarobkowanie stała się maksymą, bo podstawa życia musiała być zabezpieczona. Ojciec mój pracował na kolei, praktycznie bez przerwy, nawet przez zmiany, które nastąpiły w styczniu 1945 roku. Najpierw dla Rosjan, potem dla Polskich Kolei Państwowych. Tyle że pieniądze za swoją pracę zobaczył po raz pierwszy w czerwcu/lipcu tegoż roku. Były to złotówki powojenne, bardzo niestabilne. Stąd matka je w tym samym dniu wydała, na artykuły spożywcze: sól, chleb, cukier i może jeszcze coś innego. Było tego tyle, że bez trudu zanieśliśmy to w dwie osoby do domu.
To jako ilustracja ówczesnej wartości pieniądza i ...pracy. Gdyż codzienność i tak wymagała swoje. Każdy członek rodziny (byliśmy nią czasami do dziewięciu osób) starał się, wg. swoich możliwości, przyczynić się do jej utrzymania. Ja byłem 12 czy 13 letnim chłopcem i zbierałem butelki, papier, złom i szmaty. Dostawałem za to groszy, czasem złotówki. Był to w rzeczywistości mały przyczynek dla "dobrobytu" rodziny, ale tym większy w mojej świadomości. Dużo byłoby tu do opowiedzenia, jednak ja chciałem tylko powiedzieć, że i w tych warunkach nie kiełkowało we mnie uczucie ubóstwa!
Gdy w 1947 roku życie powolutku zaczęło się toczyć normalniejszymi torami (co oznacza, że głodu w domu już nie było), wydałem czasami zarobione pieniądze (bez wiedzy rodziców) na znaczki albo i inny "bezużyteczne" drobiazgi. Zupełnie bez zahamowań i bólu nad uciekającą wizją bycia milionerem. Już w jesieni 1948 roku zacząłem swą pracę zawodową i dysponowałem stałymi dochodami. Większa część odnalazła się oczywiście zaraz w rodzinnej kasie, ale pewną sumę mogłem odłożyć na książeczkę. Miałem mianowicie ideę, którą chciałem zrealizować za wszelką cenę. I w 1949 roku było tak daleko: Przeciwko zdaniu całej rodziny i znajomych wziąłem kredyt, który z już nagromadzoną sumką starczył na Baldinę, mój wymarzony aparat fotograficzny. Za całe 36.000 zł - mój prawie czteromiesięczny zarobek. Raty spłacałem przez półtora roku, z części mi w domu przyznanego zarobku. Zwariowany pomysł, orzekli poniektórzy ludzie. Jednak ja byłem szczęśliwy i miałem mnóstwo uciechy przez wiele, wiele lat. Jeszcze dzisiaj uważam ówczesną moją decyzję za jedynie słuszną. Pomimo że właściwie byłem ubogi, czułem się bogaty.

Następną operację tego rodzaju startowałem w związku z "wyposażeniem" naszego wspólnego mieszkania, do którego wprowadziliśmy się w 1954 roku. Był to właściwie tylko pokój, lepiej pokoik, w którym stała li tylko szafka z mojego domu. I sprawa była wtedy dla mnie zupełnie jednoznaczna. Meblujemy nasz pokoik na raty! Nasze finanse były skromne: miesięcznie kilka grubych stówek ze zarobku Heli, moje mikroskopijne kieszonkowe ze szkoły oraz około dwieście złotych z moich prac dorywczych. To w stosunku do ceny mebli w granicach kilku dobrych tysięcy. I przy tym musieliśmy jeszcze żyć!  -  Jednak pomimo bólów głowy Heleny, później już mojej żony, pokonaliśmy tę barierę w niecałe dwa lata bez zasadniczych problemów - oraz żyliśmy przy tym. Szczęśliwie.

Potem przyszła następna próba ogniowa. W 1960 roku już pracowałem, mając studia na ukończeniu. Za 1.500 zł. Hela zarabiała troszeczkę więcej, gdy przyniosła elektryzującą wiadomość z pracy: Mogła otrzymać talon na motocykl, nawet nie byle jaki. Importowaną Jawę 250! Ja się napaliłem, ale żona miała obiekcje, 24.000 zł ! Jak mamy to zapłacić? "Oczywiście na raty", była moja natychmiastowa odpowiedź. Potrafiłem ją przekonać do swego stanowiska i niebawem mieliśmy przepiękny motocykl. Mogliśmy swoje rowery coraz częściej odstawić i tym zmotoryzowanym wehikułem zwiedzać okolicę. Tą bliższą i tą dalszą. Motocykl zawiózł nas nie tylko do Berlina, ale nawet do jego zachodniej części, do nieznanego nam świata. Co prawda wszystko "na raty", ale to nam nie przeszkadzało w zbieraniu doświadczeń i nowych znajomości. Najlepsze jednak, że moja ukochana i zawsze tak ostrożna żona przyznała mi po latach słuszność takiego kroku. Czyli znów: ubogi (pomimo motocykla) - ale szczęśliwy!

Później była sprawa Trabanta, która nas dużo kosztowała, bo byliśmy już w trójkę. To znaczy jeszcze więcej pracować i udzielać korepetycje, pomimo że ówczesny, urzędowy tydzień pracy był dłuższy niż 35 godzin. Jednak i tę barierę pokonaliśmy, tak jak zresztą sprawę wokół kupna drugiego Trabanta po sześciu latach. Ani ja tak jak i Helena nie narzekaliśmy na los, w każdym razie na tą część, dotyczącą sprawy materialne.
Gdyż Helena, po swoich odwiedzinach na zachodzie miała inny kąt patrzenia na nasze sprawy bytowe, zaś ja ze swoimi obowiązkami służbowymi nie ułatwiałem jej życie. Dlatego postanowiłem zrozumieć jej stanowisko i rzucić nasz skromny, wypracowany dobrobyt, na szalę wagi, kończyć nasze życie w Polsce i rozpocząć nowe na zachodzie.

Staliśmy przed wieloma przeszkodami, które poznaliśmy, dopiero gdy było tak daleko. Wyjazd z dosłowną walizką w ręce i zostawić cały praktycznie dorobek na miejscu, łącznie z babcinem domkiem i ogrodem. I wszelkie oszczędności - bo ani dewiz, ani złotówek nie wolno było wywieźć.
Czyli tym razem w czwórkę rozpocząć nowy życie, praktycznie od zera.
Udało się nam (naturalnie) i po sześciu latach pomyśleliśmy o budowie własnego domu. Helena była tym razem motorem przedsięwzięcia, choć miała - jak miało być inaczej - największe obawy. Postanowiliśmy zrealizować budowę własnym sumptem, tylko najniezbędniejsze rzeczy zlecać ...i zapłacić W tym celu podjęliśmy kredyt w wysokości 200.000 DM, który naturalnie musieliśmy zwiększyć do 300.000. I zapomnieliśmy o akurat wzrastających odsetkach. Jako że powiedzieliśmy już "A" nie zrezygnowaliśmy z naszego planu, pomimo choroby i utraty miejsca pracy. Przeżyliśmy bardzo trudny okres, jednak widzieliśmy już światło na końcu tunelu. Gdyż Roland zaczął pracę.
Innymi słowy: Także tę sprawę potrafiliśmy szczęśliwie zakończyć, z wieloma doświadczeniami i solidnym domem. Nie płacimy czynszu ani inne, niewymierzalne koszty. Mamy dom i nie musimy liczyć się z sąsiadami. Będąc w już dojrzałym wieku, ma to dla nas nieocenioną wartość.

Tu, w tym domu, skrystalizowały się też podstawowe założenia mej "filozofii życiowej" do tematu: pieniądz i życie. Bo tu potrafiłem zebrać myśli, zebrać fakty i poglądy. Każdy człowiek żyje swoje życie tylko raz. I dlatego można cnotę "oszczędność" zbyt łatwo źle interpretować. Tak jak na początku powiedziałem: Nie życzyć sobie żadnej przyjemności ale zebrać możliwie dużo pieniędzy. Nie mam jednak zastrzeżeń do innego rodzaju oszczędzania, rodzaju wynikłego z rozumnego obrotu pieniędzmi. Tak jak przeżyłem to w czasach mej młodości. Czyli oszczędzać? Tak!
Tylko umieć wydawać swe oszczędności. Zrealizować życzenia i marzenia. Według zdrowej, przemyślanej hierarchii potrzeb. Żeby potem pomimo swego materialnego "ubóstwa" w rzeczywistości być bogatym. Przy czym to "bogactwo" jest właściwie tylko sumą zadowolenia i uczuć szczęśliwości, które stają się dostępne człowiekowi, jego poruszają i stanowią podstawę jego emocjonalnego bytu.

Poczatek strony    

Podróż poślubna


Od dawna już kiełkował plan tej podróży w mej głowie. Teraz, po pierwszym roku studiów (1956), miał zostać zrealizowany. Warunki były dane, bo dzięki normalizacji naszej sytuacji finansowej, mieliśmy już drugi rower. Ze względów praktycznych też męski (bo stabilniejszy) marki Simson - Suhl, z importu NRD-owskiego. Czyli najlepsza, na rynku dostępna jakość. Oczywiście bez przekładni, raczej ciężki i archaiczny w porównaniu z dzisiejszymi rowerami. Miał jeden hamulec w piaście tylnego koła, zaś z przodu coś imitującego hamulec. Mianowicie klocek gumowy, naciskający podczas hamowania na oponę. Bardzo nieefektywne to było urządzenie, dodatkowo z bardzo krótką żywotnością. Cóż, wtedy taki hamulec był powszechnie stosowany, stąd ja zawsze miałem zapasowy przy narzędziach. Te dzisiejsze hamulce, działające przez docisk klocków na obręcz, były wtedy stosowane tylko przy rowerach wyścigowych i dla nas nieosiągalne.
Jednak my byliśmy zadowoleni tym, co posiadaliśmy. Mieliśmy za sobą obszerne przygotowania - Hela w tygodniach, poprzedzających nasz wyjazd, nakręciła kilka dobrych setek kilometrów. Wiedziała już, jaki niebezpieczny jest asfalt, kiedy na zakręcie posypany jest piaskiem...
Uszyłem własnoręcznie plecak, którego, jak nazwa wskazuje, można było nosić na plecach - ale także wozić na bagażniku rowerowym. Zaopatrzyliśmy się w pojemniki na żywność oraz dwie aluminiowe butelki do napitków - wtedy, w erze przedplastikowej, sprawa nie tak łatwa. Oraz mieliśmy półgłęboki garnek aluminiowy, z dwoma uszami i pokrywą. Miał nam służyć do przyrządzenia szybkich potraw z torebek - wtedy praktycznie tylko zupy. Nasze wyposażenie podróżne ponadto stanowiła odzież, możliwie dużo sztuk o uniwersalnym przeznaczeniu. Główną jednak częścią było ciepłe(!) ubranie treningowe dla każdego z nas. Oraz kurtka przeciwdeszczowa, marnej, jak się niebawem okazało, jakości. I jeszcze bardzo ważne: na ramie każdego roweru był koc, opatulony tkaniną olejową - przeciw deszczowi - przytrzymywany dwoma sprzączkami ze starej dętki samochodowej. Marki Zróbsesam.

I o ważnej jeszcze formalności wspomnę. Dlatego, że naszą podróż planowaliśmy odbyć częściowo w strefie nadgranicznej z Czechosłowacją i NRD, potrzebne było zaświadczenie pracodawcy o sposobie spędzania urlopu. Hela miała takie zaświadczenie, na którym ja figurowałem jako członek rodziny. Na tym papierku wypisała wiele miejscowości, które zamierzaliśmy odwiedzić. Tak: Ziegenhals/Glucholazy, Patschkau/Paczkow, Reichenstein/Zloty Stok, Bad Landeck/Ladek Zdroj, Wilhelmsthal/Boleslawów, Mittelwalde/Miedzylesie, Bad Reinerz/Duszniki Zdroj, Karlsberg/Karlow, Königswalde/Swierki, Brückenberg/Bierutowice, Oberschreiberhau/Szklarska Poreba, Bad Flinsberg/Swieradow Zdroj.

I tak, po skończeniu mej pracy wakacyjnej, nasza przygoda mógła się rozpocząć. Był to wczesny ranek sierpniowy, gdy umieściliśmy nasz, już poprzedniego spakowany bagaż, na rowerach, i po pożegnaniu się z naszą gospodynią, panią Machą, ruszyliśmy w drogę. Słońce pięknie świeciło, gdy pedałowaliśmy przez Gliwice i Sośnicowice na zachód.
Pierwszy, w spacerowym tempie przebyty, etap, zaprowadził nas późnym popołudniem do małej miejscowości w pobliżu Głuchołaz, około 100 kilometrów od domu. Helę ta odległość troszeczkę zmęczyła, stąd rozejrzeliśmy się za noclegiem. To nawet szybko poszło, bo po niezamierzonym nieporozumieniu nasze rowery znalazły miejsce w zamykanej szopie, zaś my na tapczanie w mniej używanym pokoju.
Do tego nieporozumienia należałoby tłumaczenie: Wioska zamieszkana była przez przybyszów ze wschodu, posługujących się odrobinę innym językiem, tudzież słownictwem. Starsza, na tym gospodarstwie zastana kobieta, niezupełnie widać, nas zrozumiała, gdy pytaliśmy ją o nocleg. Po powtórzeniu naszej kwestii, potaknęła głową i zaprowadziła nas do drewnianych, deskowych drzwi, z wyciętym w nich serduszkiem. Tłumaczyła, jej może nieznane słowo "nocleg" na "nocnik". Gdy jednak na podwórku zebrało się więcej osób z rodziny, nieporozumienie się szybko wyjaśniło. Zostaliśmy przyjęci, nawet następny dzień tam spędziliśmy. Bo Hela zasłużyła na odpoczynek.
Nasz pierwszy, prawdziwy dzień wakacji nastał następnego ranka. Pogoda była właściwa i dlatego wybraliśmy się po małym, prowizorycznym śniadaniu, w piękną okolicę. W małym bagażu podręcznym znalazł się prowiant i woda - i koc. Na dalszą pieszą wycieczkę, choć okolica zapraszała, nikt z nas nie miał ochoty. Chłonęliśmy widok lekko pofałdowanego i częściowo zalesionego otoczenia, w którym, jak okiem sięgnąć, żywej duszy nie można było dojrzeć. Stąd niebawem skorzystaliśmy z odpowiedniego miejsca do rozścielania koca, by na nim odpocząć do syta. No, może nie całkiem dosłownie...
Ta urlopowa okolica, pogoda i wreszcie nasze uczucia pozwoliły nam przeżyć czas w sposób prawie cudowny. Daleko od domu, bez obowiązków czy ograniczeń czasowych na najbliższe dni, momenty dotychczas nam obce. Poznaliśmy siebie z nowej strony, ...gdyż rozmawialiśmy ze sobą. Mieliśmy czas na wszystko - nawet zdołaliśmy zjeść zabrany ze sobą prowiant. Dopiero nisko stojące słońce przypomniało nam, że musimy się jeszcze postarać o żywność na następny, już znów na kółkach, dzień.
Czyli na jutro, pojutrze i tak dalej. Bo tak albo w sposób podobny nam się od teraz życie toczyło. Dni nanizały się, jeden po drugim, na sznurek - jakim był nasz urlop. Każdy jak poprzedni, ale jednak z zawsze nowymi dla nas momentami i przeżyciami. I wszystko stało pod znakiem naszej wspólnoty: Tylko my dwoje, cieleśnie i duchowo, w dobrych albo trudnych sytuacjach. Zawsze na siebie skazani, dla doświadczeń lub przeżyć.
Przykładów nie brakło. Tak koło Paczkowa zaskoczył nas deszcz. Szybko przekonaliśmy się, że nasza "odzież przeciwdeszczowa" nie nadawała się do jazdy w deszczu. Szczęśliwie jednak dobrnęliśmy, jeszcze przed całkowitym przemoczeniem, do otwartej szopy kolejowej, w której mogliśmy wraz z rowerami przeczekać dłużej trwający deszcz.
Gdy wreszcie deszcz ustał i wybraliśmy się w dalszą drogę, nie pozostało nam już wiele czasu do rozejrzenia się za noclegiem. Bez kłopotu znaleźliśmy gościnnych gospodarzy, którzy dali nam, wobec nieprzyjaźnej pogody, pomieszkać u nich także w drugi dzień. Popołudniu nastąpiła poprawa pogody i dlatego wybraliśmy się na pieszą wycieczkę w pagórkowatą i lesistą okolicę. Gawędziliśmy, żartowaliśmy i robiliśmy wszystko to, co zakochani na takim spacerze czynią.   -   W pewnym momencie, było już około 18:00 (tak, miałem zegarek!), odezwałem się do Heli: "Czas na powrót - tylko którą drogą?". Zastanowiła się, ...i wskazała jakiś kierunek. Ale poszła ze mną, gdy pokierowałem się w drugą stronę. Gdy zaś po niecałej godzinie byliśmy rzeczywiście w naszej kwaterze, stałem się dla niej autorytetem w sprawach orientacji przestrzennej.

Nasze kwatery, czasem tylko noclegi, były bardzo zróżnicowane. Ogólnie jednak ludzie byli bardzo gościnni, gdyż zawsze mieliśmy z Polakami do czynienia, którzy opuścili swoją ojczyznę w dawnej, polskiej Ukrainie. Domy czy gospodarstwa (nocowaliśmy wyłącznie w małych miejscowościach) były zazwyczaj już dosyć "zużyte". Ale ludziom brakowało z jednej strony pieniędzy lub materiału, zaś z drugiej prawdopodobnie jeszcze nie potrafili przyzwyczaić się do nowej ojczyzny. (Te układy nie wiele się zmieniły przez cały czas istnienia Polski Ludowej).
Raz nocowaliśmy w mieszkaniu, w którym dla gości zarezerwowana była kanapa, taka babcina, z bogatymi ozdobami z tyłu i boku. Nadawała się świetnie do siedzenia, nawet dla kilku osób. Ale w miarę wygodnie spać na niej, ze względu na wąskie siedzenie, mogła tylko jedna osoba. Ale nam przyszło spać we dwoje. Jako że piętrowo trudno nam było spać całą noc, musieliśmy grzecznie, na boku, leżeć obok siebie. I prawie na komendę odwrócić się na drugi bok. - Na szczęście Hela nie narzekała.
Innym razem, tak jak zawsze, chcieliśmy dostać nocleg w stodole. Jednak gościnni gospodarze wymusili na nas, byśmy spali w dobrej izbie w ich własnym łóżku! Było czysto i myśmy przeżyli (raz jeszcze) prawdziwą noc weselną. Ale spać, spaliśmy także.
Były też noce, w których spaliśmy rzeczywiście w stodole na słomie albo na stryszku w sianie. Bardzo romantyczne do tulenia i spania blisko siebie. W sianie prawie automatycznie wytwarza się wnęka, która przybliża ciało drugiej osoby i daje ciepło. Naturalnie przynosi taki nocleg także pewne niedogodności. Pojedyncze źdźbła zakradają się pod odzież lub też otrzymuje się odwiedziny od jakieś owadów pełzających. Dobrze, że mieliśmy ze sobą latarkę. Bo przy jej pomocy mogłem wtedy Helę wybawić z (wymyślonej?) opresji.

W Bolesławowie zaplanowaliśmy kilkudniowy pobyt, gdyż tam mieszkała, znana teściowej, kobieta. Mieszkała w obszerniejszym domu, dawnym schronisku lub hotelu. Dlatego dostaliśmy własny pokój, w suterenie, jednak z prymitywnym natryskiem i ciepłą wodą!  Bezpośrednio po przybyciu skorzystaliśmy z tej przyjemności, gdyż tu po raz pierwszy w życiu mogliśmy poznać zalety wspólnej kąpieli pod prysznicem. I potem jeszcze był piękny wieczór, kształtowany zgodnie z naszym gustem, łącznie z czekoladowym smakołykiem.
Bolesławowie miał stać się naszą bazą wypadową dla dwóch całodziennych wycieczek rowerowych. Śnieżnik (1425 metrów n.p.m.) był naszym pierwszym, ambitnym celem.   -   Dzień był pochmurny, kiedy myśmy wczesnym rankiem, zaopatrzeni w niewielką ilość żywności, ruszyli w drogę. Prowadziła nas wpierw normalną szosą o niewielkiej stromości. Jednak do czasu. Wzniesienie było coraz większe, Hela chciała kapitulować. (Dla przypomnienia: Mieliśmy tylko zwykłe, raczej ciężkie, rowery drogowe bez przekładni). Dlatego zaskoczyłem teraz Helę ze swoim "wynalazkiem". Pod siodełkiem swego roweru miałem ok. 5-metrową, mocną żyłkę wędkarską. Teraz ją wyciągnąłem, jeden koniec pozostał mocowany pod moim siodełkiem, podczas gdy drugi koniec, owinięty kilkakrotnie wokół środka kierownicy, Hela swobodnie przytrzymywała pod rączką.
Potem wsiedliśmy na rowery i ja stanąłem na pedałach... Tak pokonaliśmy piękny odcinek drogi, odpoczywając co jakiś czas. Gdy już bywało za stromo, pchnęliśmy zgodnie nasze, połączone jeszcze żyłką, rowery. Wszystko trwało troszeczkę, ale po godzinie czy dwóch, dotarliśmy do schroniska pod szczytem. Usiedliśmy na, jakże wygodnej, drewnianej ławce. Było spokojnie, tylko jeden czy drugi wędrownik patrzył z lekkim zdziwieniem na nasze rowery. I przypomnieliśmy sobie, że przez ostatnie godziny nie napotkaliśmy żadnego pojazdu!
Można było zamówić coś do picia i zjedliśmy swój prowiant. Zastanawialiśmy się nad dalszym postępowaniem. Do szczytu chyba jeszcze ok. 100 m różnicy poziomu i my, bez rowerów oczywiście, udaliśmy się w drogę. Jednak niedaleko. Te 20 albo 25 km w nogach, nie najlepsza widoczność już tu pod szczytem - nasz zdrowy rozsądek zwyciężył. Tym łatwiej, że musieliśmy pomyśleć jeszcze o powrocie, za dnia, i o ewentualnym deszczu, który w tej chmurzystej atmosferze, tutaj na górze, wydawał się prawdopodobny. Zatem powrót!
W związku z omawianymi okolicznościami byłem skłonny, wybrać do powrotu krótszą trasę. Nie pomyślałem, że krótsza musi być bardziej stroma. I nawierzchnia może być gorsza. Niestety i jedno i drugie się sprawdziło. Jak długo szło usiedzieć podczas jazdy, siedzieliśmy i hamowaliśmy, tylnym hamulcem oczywiście. Niebawem okazało się, że piasta za mocno się rozgrzewa: smar zostaje wyrzucony na zewnątrz! Jako pierwszą pomoc zastosowaliśmy kąpiel tylnego koła w płynącym obok strumyku, aż piasta znów była dotykalna. W efekcie nie mogliśmy hamulca już tak intensywnie użyć, przyszło nam prowadzić rowery na odcinkach bardziej stromych. I przedni hamulec tutaj okazał się pomocnym, miało się władzę nad uciekającym rowerem. Żeby nas nie opanował zbytni smutek wobec tego mało ciekawego chodzenia i prowadzenia uciekającego roweru, droga pogorszyła się tak dalece, że o jeżdżeniu i tak mowy być nie mogło. Dalej zatem szliśmy piechotą. Na szczęście każda droga się kiedyś kończy, dla nas w pobliżu osiadłego tam kamieniołomu. Tu już zaczęła się "normalna" droga z "normalnym" spadkiem, która nas doprowadziła do głównej drogi. Byliśmy punktualnie w kwaterze i ja nawet troszeczkę dumny, wobec pokonania będących za nami trudności.

I następny także dzień w Bolesławowie poświęciliśmy wycieczce rowerowej.. Tym razem już tylko na normalnych szosach, bez znacznych różnic wysokości, choć wciąż w kłodzich górach śnieżnych. W tym dniu chcieliśmy sobie urządzić prawdziwy "obiad", ugotować zupę nad ogniskiem w wolnej naturze. Dotychczas ugotowaliśmy, jeśli w ogóle, nasze zupy na piecach kuchennych naszych gospodarzy.
Pedałowaliśmy zatem zupełnie swobodnie przez urozmaicony, prawie bezludny, krajobraz i rozglądaliśmy się, już w porze obiadowej, za odpowiednim miejscem na biwak. Długi żywopłot tuż koło małego strumyczka i reszta murowanego fundamentu dawnej stodoły, dość daleko od raczej i tak pustej ulicy, wydawał się nam właściwym miejscem. Rozłożenie koca - i siebie na nim - to był początek naszego poobiednego lenistwa. Jednak czas zmusił mnie, by poszukać materiał opałowy. To było nietrudne zadanie, bo suchych gałęzi w chaszczach było dość. Zatem szybko doszło do rozpalenia ogniska. To, pomiędy trzema, specjalnie uformowanymi, drutami do trzymania garnka. Wodę mieliśmy ze sobą, nawet kilka kartofli, które miały zupę uczynić bardziej pożywną. Hela zabrała się do roboty.
Niestety teraz wyszło na jaw, że romantyczne ognisko obozowe obarczone jest wieloma niespodziankami. Najpierw się okazało, że idea z kartoflami była nie najlepsza. Pojawiający się wiatr tak tarmosił płomieniami, że one nie ogrzewały garnek, ale za to dym dmuchały zawsze w twarz. Zakończenie procesu gotowania kartofli odsunął się przez to w daleką przyszłość. I stąd zrezygnowaliśmy z tego zamiaru i ograniczyliśmy się do samej grochówki. I tą rzeczywiście zdołaliśmy ugotować. Nawet z odrobiną popiołu i aromatem ogniska. Smakowała pysznie i łącznie z posiadanymi pajdami chleba dawała dobry obiad. Dzień zatem przetrwaliśmy w dobrej kondycji, nasz garnek raczej nie. Nie uwzględniając zaczernienie, jakoś dziwnie zmiękł, i niebawem składał z prawie samych wgnieceń.

Po kilku dniach kontynuowalśmy naszą podróż. Przez Kłodzko poszło dalej na północ. Wszystkie prawie uzdrowiska leżące przy naszej trasie stały się obiektem naszych odwiedzin. Napajaliśmy się pięknym otoczeniem wciąż od nowa. Na ulicach, właściwie szosach był tylko mały ruch, zazwyczaj należały one do nas. Teren nie był górzysty, ale wyraźnie pagórkowaty. Najprzykrzejszą dla nas rzeczą było, kiedy my po dłuższym odcinku pięknie asfaltowanej drogi pod górę, cieszyliśmy się już w duchu z takiegoże komfortowego zjazdu z górki. Jednak budowniczowie dróg owych czasów prawie zawsze zdołali nam zgotować przykrą niespodziankę. Bo pozostawili "nasze" zjazdy w stanie godnym pożałowania, ze żwirem, szutrem i wybojami. I wtedy, zamiast odpocząć przy komfortowym zjeździe, staliśmy na hamulcu, i szukaliśmy naszą drogę pomiędzy dziurami. Byliśmy żli, jednak na szęście tylko do końca złej drogi.

Prawie cały dzień poświęciliśmy Szczelincowi w Górach Stołowych. Z Karłowa udaliśmy się w ten świat prawie przygodowych postaci i form skalnych. Wielorako ukształtowane skały animowały do różnych porównań. Wrażenie samotności w tym skalnym labiryncie przyczyniło się ponownie do uprzytomnienia sobie naszej wzajemnej przynależności. - Nikt nam nie przeszkadzał w odkrywaniu coraz to nowych, przez naturę stworzonych, formacji i perspektyw. Był to jeden z tych dni, które człowiek prawdopodobnie aż do końca życia będzie mógł przywołać przed swe duchowe oko.
Wtedy chodziliśmy przez ten kamienny świat sami, nikt nam godzinami nie przeszkadzał odkrywać go. Dzisiaj jest atrakcją turystyczną, za którą trzeba płacić...

Potem jeszcze była sprawa z tą czekoladą. (d. E. Wedla - Warszawa). Była dla nas ekskluzywną słodyczą, powiedzmy, ze względu na jej cenę. Mieliśmy jeszcze tabliczkę w bagażu, na czarna godzinę. Tego dnia było bardzo gorąco, szosa bezcieniowa i jazda dość wyczerpująca. Zadecydowaliśmy się w porze obiadowej na mały odpoczynek na skraju szosy. I jednomyślnie stwierdziliśmy, że potrzebujemy jakieś wzmocnienie. Czekolada miała nim być.
Zaraz, co to było, co ja wygrzebałem z plecaka? Coś miękkiego, prawie płynnego w opakowaniu czekoladowym? To była nasza czekolada! - Wylizaliśmy ją po prostu z papieru...
Dni naszej podróży upływały w sposób już prawie rutynowy, codzienne czynności wydawały nam się już normalnością. Pakowanie ranne, jeżdżenie, podziwiania świata wokół nas i potem rozglądanie się za możliwością noclegowa. Tak przeleciało nam te ponad trzy tygodni, jak kilka tylko dni. I pięknego poranka staliśmy przed drzwiami Heli krewnych w Gryfowie/Greifenberg. To miasteczko wybraliśmy na punkt końcowy naszej podróży. Jeszcze jedną króciutką wycieczkę z tamtejszą dziewczyną, Susi, do Świeradowa/Flinsberg - i nasza podróż poślubna została pakowaniem rowerów do pociągu w Jeleniej Górze/Hirschberg, zakończona.
I znów byliśmy w domu, w tym najpiękniejszym miejscu ze wszystkich celów urlopowych.
Tłumaczyłem dopiero w lipcu 2012 roku.

Poczatek strony    


Ciemność


Jest to doświadczenie, jakie zrobiłem w czasie mej nauki, w początkach lat pięćdziesiątych. Wtedy, w różnych porach roku szkolnego, zawsze wtedy, gdy któraś z okolicznych kopalń miała trudności z wykonaniem planu, przypomniano sobie o istnieniu naszej szkoły. Wszyscy uczniowie byli pełnoletni i mieli doświadczenie zawodowe w górnictwie. Starczyło, by taka kopalnia dała znać dyrektorowi o swoich kłopotach, dyskretnie wspominając o rekomendacji komitetu miejskiego partii, by ten zawiesił naukę na tydzień albo dwa i posłał 100 czy 150 par rąk do pracy w kopalni. Było to na rękę kadrze nauczycielskiej (miała wolne) i nawet nam, uczniom, gdyż w ten sposób podreperowaliśmy sobie kieszonkowe, te niepełne 30 zł miesięcznie, które otrzymaliśmy na drobne wydatki.

I tak pewnego chłodnego i dżdżystego dnia podrzuciła nas, przystosowana do przewozów osób, ciężarówka pod bramę, chyba dawnej kopalni Barbara. Tam dostaliśmy w znanych już nam okolicznościach odzież, hełm i karbidówkę i powędrowaliśmy pod szyb, do czekających na nas opiekunów. Każdy z nich miał „przydział“ na dwóch czy trzech pomocników i zanim się obejrzałem, zostałem sam z ostatnim z nich. Ten tylko głową skinął na mnie i już bez słów zjechaliśmy na dół. Mój chłop był i tam nadal milczący. Dopiero po dziesięciu czy piętnastu minutach, już w pobliżu przyszłego miejsca pracy, gdzie natknęliśmy się na dalszych dwóch pracowników jego brygady, dowiedziałem się, że będziemy pracować przy naprawie obudowy. Czyli usunąć zgniecione drewno, załadować luźną skałę na wózki, przynosić świeże drewno, przyciąć i zabudować je. To była praca, przy której mogłem współdziałać.
Później przyszedł czas, kiedy brygadzista wysupłał swój zegarek z chust, spojrzał nań i powiedział do mnie: „Dla ciebie praca jest skończona, my tu jeszcze ciągniemy drugą szychtę – pośpiesz się do szybu“. Na moją wątpliwość co do drogi – bo jestem na tym oddziale pierwszy raz – powiedział: „Idziesz do szybika, skąd braliśmy drewno, wyjdziesz do góry i stamtąd idziesz już prosto do szybu, to jest najkrótsza droga“.

Dobrze, ja chciałem być punktualnie na górze, żeby zdążyć na ciężarówkę i z nią na późną kolację w internacie. Stąd szedłem szybciutko w stronę szybika i zaczynałem wspinać się po drabinach. Jako że byłem sam, nie mogłem skorzystać z prymitywnego wyciągu dla drewna (nie dopuszczonego zresztą do przewozu ludzi) tylko śpiesznie wspinałem się po drabinach: pierwsza, podest, druga, podest, trzecia, ale po chwili już mi się ilość przebytych drabin pomyliła. Gdy mi się wydawało, że wspinam się już po ostatniej, próbowałem w mdłym świetle mej karbidówki dojrzeć zakończenie szybika. Jednak w tym właśnie momencie usłyszałem charakterystyczny dla kopalń huk i po chwili następne. To górnicy w którymś tam przodku na zakończenie szychty odstrzelali swoje ładunki. Poczułem drżenie podziemia i falę uderzeniową. Co gorsze, moja lampa poczuła ją także. Już przy pierwszym wybuchu po prostu zgasła.

Ciemność nie jest właściwym słowem dla otoczenia, w którym się znalazłem - ja zrobiłem się ślepym. Stałem na drabinie i gorączkowo myślałem. Zapałki!!! Dlaczego nie masz takich przy sobie? Byłem na siebie zły. Czy ktoś tu jeszcze przyjdzie? Nie, mogłem sobie od razu powiedzieć. Była sobota i na dole myśmy sami pracowali. Co zrobić? Wrócić do swoich? Dwanaście drabin? Zbyt niebezpieczne. Poza tym: Ciężarówka, jedzenie! Przed moim wewnętrznym okiem miałem jeszcze koniec drabiny i być może koniec szybika. Czyli naprzód, do góry! Ostrożnie wspinałem się te ostatnie szczeble, aż ręką mogłem wyczuć podest. Powolutku przeszedłem nań i zacząłem ręką i bezużyteczną teraz lampą macać za ścianą. Byle nie wpaść w jakąś dziurę, przecież szyb jest tuż, tuż! Jest ściana! Drewniana, porusza się – czyli drzwi, koniec szybika. Przeciskam się przez nie i znów szukam kontaktu z ociosem. Co najwyżej kilka metrów dalej muszą być szyny, po których transportuje się materiały do szybika. Ostrożnie zatem dalej – przy czym w głowie odgrywają się różne rzeczy.
Budzą się wspomnienia z dzieciństwa. Obok realnego niebezpieczeństwa upadku, uderzenia lub kaleczenia się bliżej nie określonymi przedmiotami, budzą się myśli irracjonalne. Już mniej jakieś duchy, raczej jakieś osoby albo inne niesprecyzowane obawy są wszechobecne - przy tym posuwaniu się w nieznaną przestrzeń. To wszystko w przeciągu tych kilka minut od drabiny do chodnika, w którym powinny być te szyny.
I nareszcie są! Ale idą w lewo i w prawo. W którą stronę się udać, po której stronie jest szyb? Przy rozstrzygnięciu tego dylematu pomogła mi moja wiedza teoretyczna o przewietrzaniu kopalń. Stanąłem pomiędzy szynami i uniosłem zwilżony palec nad głową. Wyczułem powiew z prawej i już wiedziałem, że tam leży szyb.
„Teraz szybciej“ powiedziałem do siebie i zacząłem iść. Posuwając jedną nogą po szynie, mogłem rzeczywiście prędzej pójść, bo nie musiałem się trzymać ściany, pełnej ewentualnych niespodzianek. Tak kuśtykałem może sto, może dwieście metrów, oczy wypadały mi z orbit, gdy w oddali pojawiła się wąska i pionowa jaśniejsza kreska, odblask? Wpatrywałem się z zacięciem, w to jedyne co widziałem i dalej się posuwałem. Źródło światła robiło się coraz szersze i poznałem, że to łagodny zakręt chodnika pozwala mi dojrzeć coraz wyraźniej wylot chodnika na prostopadle przebiegający – i gdzieś tam oświetlony - przekop. W tym momencie poczułem też ten ból w plecach i uświadomiłem sobie, że zgodnie z pewnym przyzwyczajeniem górniczym – w obawie przed uderzeniem głową w niski strop, wystającą deskę albo inną twardą przeszkodą – szedłem schylony i coraz bardziej się w tej ciemności schylałem.

Doszedłem do przekopu i widziałem po prawej dwóch mężczyzn siedzących na stosie drewna, oświetlonego żarówką, której światło widziałem tak daleko, nawet za odgałęzieniem. Dochodzący do nich odgłos moich kroków spowodował, że jeden z nich zeskoczył z drewna i obaj nadwyrężali wzrok w moim kierunku. Może obawiali się, że to sztygar zaskoczył ich przy leniuchowaniu, jednak szybko się uspokoili, gdy zauważyli moją niezbyt wytworną postać, która zbliżyła się do nich. Gdy do nich doszedłem, już obaj znów siedzieli. Ja zapaliłem swoją lampę, korzystając z płomienia jednej z ich lamp, wiszących na stemplu z mojej strony i zapytałem się: „Do szybu?“ wskazując palącą się już lampą kierunek. Odpowiedzieli jeszcze bardziej lakonicznie, bo bez słowa, kiwnięciem głowy. Ja teraz już naprawdę żwawo pomaszerowałem w stronę szybu i doszedłem tam dość szybko. Zdążyłem się umyć i złapać ciężarówkę, warunek na normalną kolację w internacie.
Pomimo że potem o swojej przygodzie prawie nigdy nie rozmawiałem, pozostała ona bardzo żywo w mojej pamięci, stając się ważnym doświadczeniem w moim życiu: Kilkanaście minut być pozbawionym wzroku, pozostając jednak nadal aktywnym w zupełnie obcym otoczeniu.

Poczatek strony    


CO2  -  Dwutlenek węgla, zwany też kwasem węglowym


We wczesnych latach pięćdziesiątych znów kiedyś nastał period szkolnego kształcenia, kiedy nie musiałem wysiadywać w ławce szkolnej, ale mogłem pomóc zabrzańskiej kopalni wypełnić plan. Naturalnie nie ja sam, ale wszyscy uczniowie naszej szkoły.
Tak zostałem członkiem małej brygady, której zadaniem było udostępnienie opuszczonego jeszcze w czasie wojny, pola wydobywczego. Nasze miejsce pracy leżało na najniższym poziomie, 700 czy 800 metrów pod ziemią. Ta duża głębokość wraz z silnie zredukowaną szybkością jazdy (2 - 3 m/s), dawała niezwykły czas wjazdu lub wyjazdu, mianowicie dobre cztery albo i pięć minut. I dalsze znamię naszego miejsca pracy: temperatura. O ile ono na podszybiu lub przekopie była do zniesienia, to na przodku, tam gdzie się pracowało, osiągała tropikalne wartości.
Ze względów na bezpieczeństwo(?), nasz rębacz miał zawsze, umieszczony na deseczce, termometr ze sobą. Podczas pracy wisiał na stemplu, w pobliżu przodka. Dla mnie ten termometr był raczej nieciekawy, nawet gdy rębacz powiedział: "Znów prawie 35°". Ja wtedy najwyżej pomyślałem o kąpielisku, podczas gdy dla niego to była kontrola przewietrzania.
Gdyż to przewietrzanie było dla tu pracujących ludzi sprawą zdrowia lub nawet życia. Jak się później miało okazać.

Praca w naszym przodku odbywała się w ślepym zaułku, 80 czy 100 metrów (albo było tego nawet więcej?) od chodnika, który był już "normalnie" przewietrzany, mianowicie głównym prądem powietrza pomiędy dwoma szybami. Wymiana powietrza w naszym przodku odbywała się przez lutnię, czyli takiej blaszanej rurze o średnicy ok. 40 cm. Wbudowany w ten rurociąg elektryczny wentylator pchał powietrze od chodnika do naszego przodka. Jednak przy tej dużej odległości jego wydajność była mierna Bowiem miał nam dostarczyć nie tylko powietrze do oddychania, ale także obniżyć temperaturę w przodku.
Zaś ta, w przeciągu tych tygodni mojej pracy, była wysoka. W tej sytuacji niewiele pomogło nawet otworzenie zaworu sprężonego powietrza, normalnie używanego dla pneumatycznych narzędzi. Poza tym syczenie wypływającego powietrza było na tyle nieznośne, że rzadko górnicy z tego korzystali.  -  Pozostało zatem gorąco.
To zaś, zazwyczaj ciężka praca fizyczna oraz nie najlepsze powietrze do oddychania przyczyniły się do obfitego pocenia. Stąd miało się zawsze pragnienie. Tak każdy miał swoją (albo swoje) butelkę z możliwie wielką ilością napitku ze sobą. Tylko ja, pierwszego dnia, nie. Tak byłem zmuszony skorzystać z przez kopalnię oferowanego płynu...
Była to 6 - 8 litrów mieszcząca konewka, z przymocowanymi do niej garnuszkami, którymi można się było płynem, prawdopodobnie herbatą, raczyć. Konewka miała kształt stożkowy i przykryta była blaszaną pokrywą, dorobioną przez mechanika kopalnianego. Przynoszono ją gdzieś w połowie szychty na przodek.

Jak już wspomniałem, pocili się wszyscy. Stąd górnicy stosowali strój roboczy dwuczęściowy. Na głowie hełm, wtedy jeszcze skórzany, a na nogach buty. Innego odzienia nie było. Dla mnie, w obliczu tych dyndających faktów, było trudno dostosować się do tam panujących zwyczajów. Pracowałem zatem zawsze w moich "skromnych" kąpielówkach, które jednak bardzo prędko były przemoczone. Choć nadawały się do wykręcenia, zrobiłem to raz na koniec szychty, przed ubieraniem reszty odzienia roboczego. Tak, i prawie bym zapomniał: Podczas pracy opróżniłem od czasu do czasu swoje buty - naturalnie tylko od potu. Pot był tak wszechobecny, że pod koniec zmiany miewałem dłonie zupełnie pomarszczone, jak po dniu pracy w pralni matki. (Wtedy bieliznę się jeszcze ręcznie prało).
I najnieprawdopodobniejsze w całej historii: Pomimo bardzo niesprzyjających warunków pracy, z gorącem i wilgocią, z przeciągiem w przekopie, koszu wyciągowym i na drodze do łaźni, nigdy tam nie chorowałem.

Ale teraz do właściwego tematu mej historii. Jak już powiedziałem, udostępnione miało być stare pole wydobywcze. Nasza brygada pędziła w tym celu dość szeroki chodnik w pokładzie węgla. Czyli należało wykonać wszystkie pracy typowo górnicze: wiercenie, strzelanie, ładowanie węgla do wózków i zabezpieczenie chodnika obudową drewnianą. Tym najmłodszym członkom brygady przypisano ładowanie i transport wózków do chodnika głównego. Innymi słowy: łopata była moim narzędziem pracy praktycznie przez cały dzień.
Raz znów tak daleko było. Po odstrzale zawsze trwało kilka minut, aż dym przez powietrze z lutni na tyle był rozrzedrzony i częściowo już wyparty z przodka, że my z bezpiecznej odległości wracali na miejsce pracy. Ja chętnie udawałem się tam jako pierwszy, by zobaczyć, ile to węgla mamy do ładowania.
Zdziwiony popatrzyłem się na niezwykle dużą kupę węgla, której wysokość sięgała połowy chodnika. I nad tym węglem było jeszcze coś bardziej czarnego. Z bliższej odległości można było poznać dziurę!  Czegoś takiego jeszcze nie widziałem w swojej dotychczasowej karierze górniczej. I zanim zdążyłem wdrapać się na hałdę węgla, rębacz zawołał: "Stop, ostrożnie - tam jest na pewno gaz!". W pierwszym momencie byłem głęboko przestraszony, bo z teorii znałem katastrofalne skutki wybuchu gazu kopalnianego - metanu.
Tylko chwilę później znów byłem w rzeczywistości: Kopalnia nie należała do kategorii gazowych, wszyscy górnicy wyposażeni byli w "karbidki", czyli lampami z otwartym płomieniem. Rębacz myślał o dwutlenku węgla! I rzeczywiście. Gdy wydrapał się na hałdę ustrzelonego węgla i ze swoją lampą dostał się w pobliże otworu, ta natychmiast zgasła. Wtedy ze stoickim spokojem zwrócił się do nas i powiedział: "Nie siedzieć, pracować! A lampy powieście wysoko". Coś innego zresztą nam nie pozostawało. Tylko mnie ta dziura, tam na górze, magicznie przyciągała...
Tak skorzystałem z pierwszej okazji (gdy nie było wózka), by to nieznane rozpoznać. Najpierw mogłem stwierdzić, że mi lampa nie zgasła, jesli ją w pobliżu stropu do dziury zbliżyłem. Dopiero podczas zniżenia zaczęła kopcić i zgasła. Kilka dalszych prób w pobliżu otworu, na zwałowisku węgla i na spągu chodnika, pokazało mi niewidoczną rzekę gazu. Wypływała ona, jak woda, z otworu i po zwale do chodnika. Tam, mieszając się z powietrzem, robiła się niezauważalna.
Gdy to zrozumiałem, ciągnęło mnie do otworu. Tylko że rębacz miał inne zdanie. "Ty pozostaniesz grzecznie tu!", było jego kategoryczne żądanie. Prawdopodobnie też miał rację. Za to mogłem ze względnie bezpiecznej przestrzeni przodka, "odkryć" przy pomocy mej lampy reflektorowej, tajemnice tego starego wyrobiska.
Był ono częścią jakiegoś chodnika, biegnącego prostopadle do naszego i ze spągiem leżącym troszeczkę wyżej niż ten naszego miejsca pracy. Zasypany był mnóstwem odłamów węgla i skały. Drewno obudowy było częściowo zgniecione lub połamane i pokryte rażąco białymi grzybami, tak przynajmniej to wyglądało to w otaczającej czerni. Grzyby obrosły drewno w formach półkulistych lub zwisały na cienkich nitkach jak kule, wielkości głowy dziecięcej, ze stropu. Prawie jak lampy na współczesnych wystawach sztuki. Ta duża ilość bieli reflektowała słabe przecież światło lampy i pozwalały na daleki wgląd w dziewiczy świat sprzed 10 czy 20 laty. I interesująco: W tym hermetycznie zamkniętym świecie, w którym tlen prawdopodobnie dawno był zużyty, w tej ciepłej CO2-atmosferze, właśnie grzyby znalazły swoje warunki bytowania.
To doświadczenie, ten kontakt z pustą, przez człowieka dawno stworzoną przestrzenią pod ziemią, miało zostać dla mnie dalszym, znaczącym przeżyciem.




Poczatek strony    


Praktyka

Tą opowieść, wspomnienia z okresu studiów, przedstawiam w dwóch wersjach: Raz, jak widział naszą praktykę mój serdeczny kolega i współuczestnik tych sześciu tygodni a dwa, jak zostały one w mojej pamięci.


Gdyż czas mija i wspomnienia blakną. Dlatego pisząc te słowa, z przyjemnością odświeżyłem je, lub w oparciu o słowa mego kolegi przywołałem znów do pamięci. Jeden wniosek zdołałem już wysnuć: W naszych pamięciach utrwaliły się różne momenty, spojrzenia i kąty patrzenia. Stąd też przez tą pierwszą rekapitulację, porównanie naszych obrazów pamięciowych owe chwile stały się ponownie bogatsze i bardziej plastyczne. Proszę poczytać i wejść w życie dwóch studentów, pięćdziesiąt lat temu.

.   .   .   .   .   .   .

Wałbrzych I

Oddaję głos Tadkowi:
Na apel, a można też powiedzieć, na wezwanie mojego kolegi, z którym odbyłem tę praktykę, stoję przed nie lada trudnym zadaniem, bo po blisko pół wieku grzebię w pamięci, aby wydobyć stamtąd jakieś mocno już przykurzone wspomnienia. Ponieważ po pierwszym roku w innym nieco składzie byłem również na praktyce w tej miejscowości, niewykluczone, że niektóre wydarzenia mogą mi się mylić w czasie.

Ówczesnym zwyczajem, w celu przybliżenia studentom wiedzy praktycznej, było odbywanie praktyk zawodowych. W zależności od tego, gdzie się trafiło i jaki solidny zakładowy pracownik sprawował nad nami nadzór, pobyt przybierał bardzo różny charakter. Na ogół byliśmy traktowani jako Ci, którzy nakazem z "góry" przybyli i muszą się kręcić, a faktycznie nie wiadomo było co z nami zrobić. W trakcie szóstego semestru, dowiedzieliśmy się, że można sobie w jakiś sposób uatrakcyjnić, lub nawet "zorganizować" na własną rękę w wybranym przez siebie zakładzie pracy obowiązkową praktykę. Organizowały się wtedy różne grupy kolegów chcących razem przeżyć przygodę wakacyjną. Miejscowi załatwiali sobie pracę w kopalniach lub w jakichś innych firmach, związanych z górnictwem.

Mały Kaziu i ja byliśmy z Bożej łaski małopolskimi górnikami, nie przystawaliśmy swoją górniczą postawą do reszty grupy i w zasadzie było nam "ganz egal", gdzie zaliczymy te parę tygodni praktyki. Nasze ochoty szły raczej w kierunku połączenia turystyki z uczelnianym obowiązkiem. Do naszego myślenia dołączył Karol, który zazwyczaj w wakacje pracował zarobkowo, ale tym razem zdecydował się na wyjazd z Gliwic. On to w imieniu naszej trójki napisał list do kop. Mieszko w Wałbrzychu, bo przy tej kopalni była elektrownia i to było chyba dla nas zasadniczą zawodową zachętą. A ze względu na bardzo dużą krajoznawczą atrakcyjność tamtejszych terenów, pobyt w Wałbrzychu rysował się bardzo ciekawie. Kiedy po jakimś czasie "przyszła" z kopalni na Politechnikę zgoda, mieliśmy już sprawę "zaklepaną" i po zdaniu paru egzaminów letniej sesji wyruszyliśmy we trójkę do Wałbrzycha, gdyż praktyka rozpoczynała się 1 lipca 1958 roku.
Pojechaliśmy pociągiem przez Wrocław, i dalej przez Jaworzynę Śląską, Świebodzice. Do dziś mam w oczach sterczące na wysokości ok. 20 - 40 cm kikuty słupów trakcji elektrycznej wzdłuż tej linii kolejowej. Były to pozostałości konstrukcji stalowych ściętych palnikami gazowymi po wkroczeniu Rosjan na te tereny, a wywiezionych jako zdobycz wojenna. Trudno odgadnąć dalszą przydatność, demontowanych w ten niszczący sposób urządzeń elektrycznych, dla rozwoju kolejnictwa na wschodzie. Kopalnia zakwaterowała nas - jedynych mieszkańców pustego w wakacje, dużego internatu jakiejś szkoły kopalnianej. Budynek położonego był w dzielnicy Pogórze, na górującym nad pozostałym terenem, niewielkim wzniesieniu.

Nie byliśmy nazbyt gorliwymi praktykantami. Wydaje mi się, że zaledwie kilka razy zgłosiliśmy się, aby się przypomnieć, że istniejemy. Nikogo to jakoś w zakładzie nie interesowało. Do dziś w pamięci pozostały mi tylko dwa spotkania z celem naszej praktyki: raz w kopalni i raz na tzw. zapoznaniu się z elektrownią kopalnianą. Do kopalni zjechaliśmy we "wzmocnionej" grupie o Helę -/ żonę Karola, bo na kilka dni przyjechała z Gliwic do męża. "Robiła" za naszą koleżankę i udawała studentkę, nie było żadnych formalnych problemów, abyśmy wszyscy razem w towarzystwie nas oprowadzającego, przebrani za prawdziwych górników parę godzin spędzili na dole. Byłem, podobnie jak Mały Kazik zupełnie "zielonym" w kopalnianym obejściu i wszystko dla nas było nowością. Padliśmy nawet ofiarą dowcipu, jaki wyrządził nam nasz opiekun. Gdzieś w bocznej wnęce chodnika stało kilka kubłów, zakrytych wiekami. Zainteresowaliśmy się tym - pytając, co to jest? Nasz przewodnik miał widocznie poczucie humoru, bo podpowiedział nam, abyśmy unieśli pokrywy i sami zaglądnęli do wnętrza. Któryś z nas to zrobił, a wtedy wydobył się stamtąd smród charakterystyczny dla "zapachów" szamba. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że w kopalniach górnicy też czasem mają naturalne potrzeby i coś z "tym" trzeba później zrobić. Już teraz nie pamiętam, czy dociekaliśmy dalej szczegółów.
Natomiast z wiedzy technicznej z tej praktyki do dziś noszę w pamięci wrażenie, jaki zrobił na nas silnik asynchroniczny krótkozwarty o mocy 2 MW. Dla nas elektryków takie urządzenie było ciekawostką bardzo dużej miary. Silnik ten miał swój oddzielny transformator, który zasilał go w czasie rozruchu, odbywającego się bardzo rzadko. Silnik napędzał pompę zasilającą kocioł parowy w wodę.

Nie będąc solidnymi praktykantami, wypadało nam jakoś w inny sposób wypełniać sobie czas. Zwiedzaliśmy więc okolice, wędrując na bliższe i dalsze wycieczki. Byliśmy w Karpaczu połączonym z wejściem na Śnieżkę i zaglądnięciem do Bierutowic, aby zobaczyć drewniany, przeniesiony kiedyś ze Skandynawii - kościółek Wang - gdyż do Karkonoszy nie było daleko i taki wyjazd mieścił się w jednym dniu i nie musieliśmy wydawać drobnych na jakiś nocleg. Na Śnieżce "obowiązkowo" należało zaglądnąć do czeskiego schroniska turystycznego, bo to była już zagranica, choć nielegalnie przekroczona. Granicy pilnie strzegli polscy i czescy pogranicznicy. Kiedy wchodziłem do schroniska, usiłowałem udawać "Czecha" i zaimponować swoją znajomością obcych języków - pozdrowiłem obsługę słowem "nashledano", co po naszemu znaczy "do widzenia" i w ten sposób zdradziłem się, że jestem Polakiem, co oczywiście sprawiło, że zostałem wyproszony. Koledzy - Karol i Mały Kazik - byli sprytniejsi, nic nie mówili i mogli pozostać w schronisku.

Nasza kwatera w Wałbrzychu, początek wszelkich wypraw, była nieopodal tunelu toru kolejowego prowadzącego z Wałbrzycha w kierunku Jedliny Zdrój. Nie pomnę już jak to, ze względu na nasze bezpieczeństwo, było możliwe, że dość często chodziliśmy tym tunelem w kierunku Jedliny, gdyż górą przez las, było zbyt "daleko" dla nas. W 1958 roku, od wojny minęło już 13 lat, jednak wszędzie można było jeszcze znaleźć jej ślady. Biedne, choć zapewne kiedyś zadbane domostwa, teraz zamieszkałe chyba w większości przez byłych mieszkańców ziem zostawionych za Bugiem, ludzi, którzy nie czuli się tam właścicielami, ani gospodarzami robiły na mnie okropne wrażenie. W jedlińskim zdrojowym parku były tylko cokoły po dawnych pomnikach, teraz pozbawionych figur. Wszystko zdewastowane i zniszczone. W moim starych zdjęciach z tamtych czasów, zachowała się fotka, jak z dość głupawą miną stoję na cokole i udaję jakąś postać.
Zostało mi w pamięci, że kilkakrotnym celem udawania się do Jedliny była jakaś dziewczyna, ale skąd ona na naszej drodze się znalazła, tego już nie pamiętam. Karol, który w moich oczach był zawsze "pies, albo lew na kobiety" nadawał ton tym spotkaniom. Kiedyś w jakiś deszczowy dzień, doszło nawet do obrażenia się Karola na mnie i Kazika, bo jakoś nie przejawialiśmy obaj ochoty na pójście na spotkanie z Tereską (chyba tak miała na imię). Jako powód nieporozumienia Karol podawał nam, że nie wypada być niesłownym, bo przecież umówiliśmy się z nią. Ja się nie umawiałem, bo cała inicjatywa tych kontaktów była w ręku Karola, gdyż ani Kazik, ani ja nie byliśmy "lwami salonowymi", tym bardziej, że to dziewczę nie było czymś szczególnym. Nie rozumiałem imponderabiliów naszego starszego kolegi, ale koniec końców, obrażony na nas, poszedł na spotkanie, aby w ten sposób samotnie ratować nasze honory.

Kiedyś wracaliśmy z Jedliny bardzo późną porą, aby nie powiedzieć nocą. Zwykle chodziliśmy leśną ścieżka, ale teraz jakoś nie zdecydowaliśmy się iść tamtędy i wybraliśmy się okrężną, pustą o tej porze drogą, co spowodowało, że się nam mocno ściągnęło, do tego stopnia, że koło północy jeszcze byliśmy daleko od "swojego" internatu. Gdyśmy środkiem szosy "drałowali", nagle zostaliśmy oświetleni światłami samochodowymi i otoczeni przez milicjantów. Zaskoczeni tym zajściem wszyscy trzej straciliśmy język w gębie, gdy zarzuciły nas pytania patrolu - kim jesteśmy, skąd i dokąd idziemy i dlaczego się tak plączmy po nocy?. Chyba mieliśmy ze sobą legitymacje studenckie i naszym wyjaśnieniom widocznie milicjanci dali wiarę, bo wszystko zakończyło się tym, że samochodem, ku naszej radości zostaliśmy podwiezieni do naszej bursy. Już w samochodzie milicyjnym objaśniono nam, że te tereny są bardzo niebezpieczne, że nie należy się wałęsać po nocy, bo kręci się różna szumowina, a kilka dni temu popełniono w okolicy morderstwo. Przy okazji należy wspomnieć, że tzw. Domy Górnicze, których w Wałbrzychu było bardzo wiele, a w których była zakwaterowana zbieranina z całej Polski, pracująca w okolicznych licznych kopalniach, w tym czasie nie cieszyły się dobrą sławą, bo były siedliskiem różnych podejrzanych elementów prowadzących ze sobą porachunki i gdzie jedyną rozrywką było picie wódki i przy tej okazji mordobicia.

W ramach poszukiwań atrakcji turystyczno-krajobrazowych łaziliśmy szlakami turystycznymi w Górach Sowich, położonych niedaleko Wałbrzycha. Wpierw pociągiem trasą z Wałbrzycha na Nową Rudę, zajechaliśmy do stacji kolejowej Świerk (ze względu na nazwę tej miejscowości, do dziś ją pamiętam). Stamtąd już za znakami turystycznymi wyszliśmy na najwyższe wzniesienie Gór Sowich - Wielką Sowę. Na tym szczycie była murowana w kształcie wąskiej wysokiej rotundy, znacznie górująca nad drzewami - wieża widokowa, skąd roztaczał się bardzo rozległy widok na okolice z zagłębiem wałbrzyskim włącznie. Z Wielkiej Sowy zeszliśmy w kierunku wschodnim do Walimia. Atrakcją dla nas była dalsza jazda z Walimia jedno-wagonową torową kolejką, coś w rodzaju tramwaju, bo o napędzie elektrycznym. Szkoda, że będąc w tej miejscowości, nie poszwendaliśmy się więcej po okolicy, bo być może natrafilibyśmy na pozostałości potężnych budowli zlokalizowanych w okolicznych lasach i pagórkach.
Już znacznie później od czasu, do czasu publikatory podawały sensacyjne wieści o tamtejszych tajemnych podziemnych fabrykach pracujących na rzecz potęgi militarnej Hitlera. Przy tych olbrzymich pracach budowlanych zatrudnieni byli więźniowie obozu koncentracyjnego w Gross Rosen obecnie Rogoźnica, specjalnie urządzonego dla tego celu. Ponieważ to przedsięwzięcie w machinie wojennej było uznane jako tajne, wszyscy zatrudnieni pracowali z wyrokiem śmierci, choć o tym nie mieli pojęcia. Do tej pory zachowały się potężne betonowe sztolnie zalane wodą i inne wyminowane hale podziemne. Trudno teraz ocenić co jest plotką, a co jest prawdą. Podobno tam była budowana i już częściowo nawet pracowała fabryka "Wunderwaffe". Faktem jest, że do tej pory ciągle organizowane są jakieś grupy poszukiwawcze, które penetrują tamtejsze ruiny i podziemia.

Chodzi mi też po głowie zwiedzanie Kłodzka z imponującą, górującą nad miastem cytadelą, Bolesławca z muzeum Kutuzowa, Świebodzic, zamek w Książu i innych okolicznych miejscowości, ale może to było innym razem. Jak wspomniałem wyżej, w Wałbrzychu byłem też już wcześniej, ale również i potem, bo w Szczawnie Zdroju na przełomie lat 80/90 leczyłem w sanatorium swoją kamicę nerkową. W 1968 roku w Legnicy, czyli też niedaleko, spędziłem 2 miesiące na przeszkoleniu wojskowym i każdą wolną chwilę poświęcałem na zwiedzanie tamtych terenów.

Osobną uwagę chcę poświęcić mojemu dziwactwu, bo gdy jestem gdzieś w świecie, czy w kraju, czy za granicą i kiedy dysponuję wolną chwilą, mam hobby chodzenia po miejscowych, szczególnie starych cmentarzach. I tutaj wspomnę moje przygnębiające wrażenie, jakie siedzi we mnie od tamtych czasów, kiedy zaglądałem na wałbrzyskie i okoliczne cmentarze. Wszystko, co nosiło znaki czasów przedwojennych, było zdewastowane, sprofanowane i zniszczone. W takiej sytuacji zawsze starałem się przenieść wyobraźnią na polskie cmentarze, które zostały na wschodzie za obecną granicą. O tym, jak nasze, opuszczone wschodnie cmentarze wyglądały podobnie do tych na tzw. "ziemiach odzyskanych" i że przeszła przez nie ta sama wschodnia "kultura", przekonałem się za kilka lat, kiedy 1969 roku, w drodze do Bułgarii, będąc we Lwowie, zaglądnęliśmy na słynny cmentarz Łyczakowski. Dziwne jest podejście ludzi do tych spraw, bo ci, co niszczyli cmentarze niemieckie, zostawili przecież daleko groby swoich bliskich i nie przyszło im do głowy to, że one też mogą być tam za Bugiem w ten sam sposób profanowane.

Widocznie jakaś szczególnie ciepła aura zaprowadziła nas nad sztuczne jeziorko na rzece Bystrzyca, koło Zagórza Śląskiego, nieopodal Wałbrzycha. Korzystaliśmy tam z kąpieli i uprawialiśmy kajakarstwo. Przy okazji zwiedziliśmy górujące nad tym jeziorkiem dobrze zachowane ruiny zamku z XIII wieku - Grodno. Na dziedziniec zamkowy wchodziło się przez ładną, potężną w kształcie wieży dobrze zachowaną bramę, a nad portalem było barwne malowidło (chyba nowszej historii) sceny z polowania na jelenia. Do dziś pamiętam wrażenie, jakie zrobiły na mnie kości kiedyś uwięzionej osoby w lochu głodowym. Na umieszczonej obok tablicy przeczytaliśmy legendę o Księżniczce. Teraz gdy po latach piszę o tej historii, z własnej ciekawości zaglądnąłem do przewodnika i w pamięci odżyła treść słyszanej legendy:

--- Pojawi się odrobinę później ---

Wypełniając nasz czas turystycznym łazęgowaniem, celem naszym było też wzniosłe wzgórze podobne do stożka wulkanu, górującego nad Wałbrzychem. Tramwajem można było dojechać do dzielnicy Wałbrzycha - Biały Kamień, a dalej pieszo drogą wiodącą na szczyt tego wzniesienia, które chyba ze względu na swój kształt nazywała się Chełm. Trasa na szczyt wiodła spiralnie w koło, coś na wzór kopca Kościuszki w Krakowie. Na szczyt jednak nie było nam wskazane wejść, gdyż znacznie poniżej dalszego dostępu bronił płot siatkowy z drutami kolczastymi i tabliczki z napisami "wstęp wzbroniony - terem wojskowy". Jak domyślaliśmy się, znajdowały się tam zabudowania radiostacji i maszty anteny nadawczej stacji zagłuszającej Radio Wolnej Europa. Jak niepyszni wracaliśmy, ale aby całkiem nie być na straconej pozycji, zatrzymaliśmy na miejscu wolnym od drzew, skąd mogliśmy podziwiać piękny, bardzo rozległy widok na stronę północą. Od czasu do czasu w dali widać było obłok pyłu, a chwile potem dochodził do nas odgłos wybuchu. Razem z nami oglądał tę panoramę jakiś przypadkowo spotkany starszy pan (może miał z 60 lat). Jak myślę, był miejscowym i w języku niemieckim usiłował nam wytłumaczyć, że te wybuchy pochodzą z kamieniołomów. Ja rozumiałem wtedy jedynie słowo "stein". Karol, o którym wiedzieliśmy z lektoratu, że doskonale posługuje się tym językiem, jakoś dziwnie nie ujawnił tej znajomości i tylko przytakiwał kiwaniem głową. Zapamiętałem to wydarzenie, bo dla mnie było to jakieś dziwne zachowanie naszego kolegi. Nie mogłem wywnioskować, czy krępuje go (choć niby dlaczego) nasza obecność, czy obecność tego nieznajomego człowieka. Wtedy skojarzyłem tę scenę z rok wcześniej podobną sytuacją, kiedy razem z Karolem objeżdżaliśmy rowerem dookoła Polskę i na Mazurach w rejonie gdzie zaczyna się Kanał Ostródzki w miejscowości Miłomłyn, zanocowaliśmy w stodole. Rano, kiedy myłem się na podwórku przy studni, w pewnej odległości ode mnie, po niemiecku Karol, przekonany, że nie słyszę, rozmawiał z "naszą" gospodynią. Odczułem to szczególnie jako nieszczere wobec mnie zachowanie mojego najlepszego kolegi. W tych czasach moja świadomość na tematy poplątanych dziejów ludzi ze Śląska była równa prawie zeru, ale uważałem, że swoją postawą i moim zachowaniem nie zasługiwałem na takie traktowanie. Teraz bardzo mi żal, że w owych czasach nie reagowałem na to i nie wciągałem mojego kolegi w rozmowy o tym wszystkim, co można nazwać poczuciem narodowości i związanych z tym postaw ludzkich.

Czas naszej "praktyki" słodko mijał. Na kilkanaście dni przed końcem praktykowania, zgodnie stwierdziliśmy, że nasza "kasa", którą dysponowaliśmy na dalsze sprawy bytowe, nie wytrzyma dotychczasowego sposobu życia. Zrobiliśmy obrachunek i okazało się, że aby dotrwać w Wałbrzychu jeszcze kilka dni, możemy jedynie "szaleć" jedząc raz dziennie w barze mlecznym pierogi z borówkami. Aby zapobiec traceniu energii na zbędny ruch, większość czasu spędzaliśmy w łóżku, tym bardziej że sprzyjała temu fatalna pogoda, bo lało jak z przysłowiowego cebra. Z pokojowego kołchoźnika dowiadywaliśmy się co słychać w Polsce, jakie i gdzie są powodzie. Choć w geografii na ogół poruszałem się sprawnie i wiedziałem, że istnieje miasto Żywiec, to chyba po raz pierwszy świadomie zarejestrowałem tę nazwę, bo tam został zerwany most, przez wezbrane wody od długotrwałych deszczów, na rzece Sole. Wtedy nie miałem świadomości, że za kilka lat moje drogi się tak ułożą, że z tą miejscowością związane będą losy mojego całego dorosłego życia, a na Sołę będę mógł patrzeć w dowolnej chwili z okna mojej komputerowni. Ale to już zupełnie inna historia, bo z Żywca pochodzi szczęście mojego życia. Natomiast zniszczony most na Sole został odbudowany, co zostało upamiętnione stosowną tablicą, którą można zobaczyć do dziś obok mostu. Na szumną uroczystość otwarcia po odbudowie mostu do Żywca przyjechał jeden z ówczesnych właścicieli Polski Ludowej, we własnej osobie premier Józef Cyrankiewicz.
Na koniec naszego pobytu w Wałbrzychu pozostało jeszcze zdobycie od władz kopalni koniecznego do przedłożenia na Uczelni zaświadczenia o odbyciu 6cio tygodniowej praktyki. W jaki sposób uzyskaliśmy ten papierek, tego niestety nie pamiętam, ale faktem jest, że w moim indeksie figuruje "jak byk" zaliczenie tego studenckiego obowiązku.
TR

Poczatek strony    

.   .   .   .   .

Wałbrzych II

I wreszcie moje zapiski:

Uczelnia, trzeci rok. Za mną już doświadczenia z wypraw turystycznych i kilku (w czasie wakacji) przepracowanych pod ziemią miesięcy. Co zatem bliżej leżało, niż posłuchać mego obrotnego kolegę, i pomyśleć o przypadającej praktyce w kategoriach bardziej wypoczynkowych. Konkretnie: wyjść z tego czarnego Śląska w inną dzielnicę kraju i być może spędzić kilka tygodni w nowym, ciekawszym otoczeniu. I konkretna propozycja: Wałbrzych, kopalnia z własną, zakładową elektrownią. Należało tylko mieć zgodę tej kopalni na przyjęcie kilku, będących "in statu nascendi" naukowców z Politechniki. Mnie jakoś przypadła rola napisania odpowiedniego listu do dyrektora kopalni "Mieszko", i przekonać go o wielkim zysku dla kopalni, jeśli przyjmie nas na okres sześciu tygodni w swe progi. Napisałem i dostaliśmy nawet stosunkowo szybką odpowiedź: pozytywną, ale ze zastrzeżeniem, że kopalnia nie zapewni nam wyżywienia ani mieszkania.

Końcem końców te zastrzeżenia nas nie odstraszyły, bo 1 lipca 1958r znaleźliśmy się w Wałbrzychu: Tadek, Kazik i ja. I bez specjalnych kłopotów zdołaliśmy załatwić sobie mieszkanie w pustym o tym czasie internacie szkoły górniczej. Opiekuna praktykantów kopalni nastawiliśmy zaraz przy pierwszym spotkaniu delikatnie, że w związku z koniecznością załatwienia spraw bytowych i aklimatyzacji w tym otoczeniu (nieprawda, tego ostatniego myśmy oczywiście nie powiedzieli) nie będziemy mogli pojawić się na drugi, a może nawet dalszy dzień w kopalni. Musiał to być wyrozumiały człowiek, bo w ogóle nie był niemile zaskoczony. Myśmy to odpowiednio zinterpretowali - jako prawie zupełną swobodę. Korzystaliśmy z niej, poznając bliższą i potem dalszą okolicę.

Najbliższe interesujące miejsce było niedaleko internatu: wlot do tunelu kolejowego. Obchodziliśmy go, zajrzeliśmy w tą czarną czeluść, która z drugiej strony miała kończyć się w Jedlinie. Dwa razy przebyłem potem tę trasę, pociągiem osobowym w starym, dzisiaj już nie spotykanym wagonie wielodrzwiowym. Były to drogi powrotne z dwóch ostatnich odwiedzin Jedliny, po spotkaniach z pewną panią, mieszkanką Jedliny Zdroju.

Poznaliśmy ją na naszej pierwszej włóczędze przez górę w stronę tej właśnie miejscowości. Wybraliśmy się wtedy z Tadziem pewnym popołudniem na odkrycia dróżką przez las ponad tunelem. I rzeczywiście po jednym czy dwóch kilometrach dobrnęliśmy już do normalnej ulicy i domostw spodziewanej Jedliny. Będąc potem już prawie w drodze powrotnej, z przeciwka nadeszła młoda kobieta, w miarę zgrabna (do czego chyba głównie przyczyniła się jej obszerna spódnica plisowana), która zareagowała na naszą zaczepkę. Piszę naszą, ale to Tadek chciał się upewnić przy wyborze naszej ewentualnej drogi powrotnej - gdyż to on był odpowiedzialny za nawigację. Jako że dziewczę było miłe, pogaworzyliśmy sobie na tej drodze chyba kilkanaście minut. Musieliśmy się rozstać, bo żołądki i nadchodząca ciemność dały znać o sobie. Ale wobec przyjemnej atmosfery wszystko się przeciągnęło i zrodziła się propozycja, że panna będzie naszym przewodnikiem podczas następnych odwiedzin Jedliny.

Wieczór nadszedł niespodziewanie szybko, zaskoczył nas tuż po rozstaniu. Zrobiło się bardzo ciemno i doszliśmy już w dwójkę do wniosku, że powrót przez górę i las, dosyć niewyraźną i nieznaną ścieżką, kryje za duże ryzyko. Jako że mój kolega miał i tak mapę w głowie, postanowiliśmy wrócić drogą okrężną, szosą. Nałożyć kilka dobrych kilometrów, ale nie łamać sobie nóg w nieznanym, górzystym terenie. I nawet tu, wobec rzeczywiście egipskich ciemności, szliśmy środkiem drogi, bezpieczniejszym, bo z dala od drzew, krzaków i tam ewentualnie czających się niespodzianek. Już niedaleko Wałbrzycha spotkaliśmy jeszcze zmotoryzowany patrol milicji, który chciał się upewnić co do naszej nieszkodliwości. Milicjanci ostrzegli nas przed podejrzanymi elementami tych okolic. Na szczęście nas tym już zbytnio nie przestraszyli, bo doszliśmy niebawem do zabudowań. Tutaj zdałem się już całkowicie na zmysł orientacyjny mego kolegi i tak wędrowaliśmy przez śpiący Wałbrzych.

No nie całkiem śpiący. Obok naszego szlaku przez miasto zauważyliśmy otwarte i oświetlone okna i równocześnie doszedł nas zapach pieczywa. To nas skłoniło do zboczenia z drogi i zajrzenia przez okna: rzeczywiście piekarnia, ale pieką tylko wafle! Na naszą zaczepkę podano nocnym wędrownikom coś do skosztowania. Troszeczkę dalej minęliśmy ruchliwy jeszcze o tej porze odcinek uliczny. Jakieś kino, restauracja, w każdym razie kręciło się tam więcej ludzi. Ja zajęty obejrzeniem wystaw czy plakatów kinowych zostałem mimo woli kilka kroków za moim kolegą, gdy do mnie zbliżyła się jakaś kobieta i powiedziała: "Chodź!" Musiała mnie chyba wyrwać z zamyślenia, bo gdy na nią spojrzałem troszeczkę nieprzytomnym wzrokiem, powtórzyła: "Chodź ze mną!". Ja byłem na tyle zaskoczony, że potrafiłem tylko przecząco ruszyć głowa i szybciutko, lekko przestraszony, doszlusować do mego towarzysza. Powiedziałem mu o tym, przez niego nie zauważonym zdarzeniu. Jednak obaj widać, byliśmy już zmęczeni albo mieliśmy za mało doświadczenia czy pewności siebie, by roztrząsać tak drażliwy na owe czasy temat. Milcząco dotarliśmy do naszej kwatery.

Jako że omówiliśmy się z nową znajomą na zwiedzanie Jedliny, chodziliśmy już następnego dnia w trójkę po niezbyt wielkiej miejscowości, po leśnym parku, w którym spotkać można było cokoły popomnikowe. Wygłupialiśmy się, zrobiliśmy zdjęcia, było miło. Pogoda zapowiadała się i na następne dni dobrze i doszło do omówienia się na dłuższy spacer-wędrówkę na trzeci czy czwarty dzień.
Gdy jednak nadszedł dzień następnego spotkania, mojemu koledzy już się nie chciało pójść na spacer i spróbował namówić Kazika, by wybrał się ze mną w tę drogę i ratował honor studentów Politechniki. Ale ten jeszcze bardziej stronił od tego zadania...
Spotkanie miało miejsce, bo ja zawsze starałem się być słownym człowiekiem, nie lubię sprawiać komuś zawodu. Jednak spotkanie tym razem nie obfitowało w ciekawe momenty, może brakowało trzeciej osoby? Stąd też nie utrwaliło się specjalnie w pamięci. Wiem tylko, że matka naszej dziewicy wyposażyła nas w taką ilość jedzenia i picia, że głównym naszym zadaniem podczas wycieczki stało się spożycie tego prowiantu. Dlatego nie zaszliśmy też daleko, kilometr nad Jedliną, na obszernym trawiastym stoku, z ładnym widokiem na miejscowość i okolice, rozbiliśmy swój obóz w cieniu pojedynczego drzewa. Jedliśmy, piliśmy i chyba gadaliśmy - ale o czym, tego już nie wiem. I późnym popołudniem miałem już wypatrzony pociąg, którym wróciłem do naszego biwaku w internacie szkoły górniczej.

Wszelkie inne, warte wspomnienia przedsięwzięcia wałbrzyskie, odbyły się już z udziałem Heleny, mojej żony, która przyjechała do Wałbrzycha po swoich wczasach w Kamionkowie. Jak w szczegółach załatwiliśmy jej kwaterunek w naszym internacie, tego dokładnie już nie pamiętam. W każdym razie odfajkowaliśmy wszelkie sprawy wokół tego ślepego pasażera (jakim była Hela w naszym praktykowym przedsięwzięciu) z brawurą i przemyślnością, na jaką bym się dzisiaj już nie zdecydował. Pamiętamy zbiurokratyzowany aparat państwowy PRL, przepisy, meldunki, zgłoszenia, zakazy, zaświadczenia i legitymacje. Jednak z drugiej strony pamiętamy także ludzi, którzy wiedząc czy nie wiedząc, poszli potrzebującemu (tu biednym studentom) na rękę, odkładając biurokrację do szuflady.   -   Polska po prostu.

Najdłuższy dzień w moim życiu, takie miałem wtedy wrażenie, przeżyłem w związku z naszą wycieczką w Karkonosze. Bardzo wczesnym rankiem siedzieliśmy już w pociągu wiozącym nas w kierunku bardziej prawdziwych gór, Karkonoszy. Słońce już świeciło, ale rosa pokrywała wszelki inwentarz zewnętrzny, zamkniętego jeszcze baru, przed którym przycupnęliśmy, by spożyć przyniesione ze sobą śniadanie. I zaraz potem zaczęła się nasza wycieczka: podeszliśmy szlakiem turystycznym w kierunku Śnieżki, 1602 metrów n.p.m. Najpierw było słonecznie i ciepło, szczególnie w związku z pokonywaniem kolejnych metrów wysokości. Gdy podeszliśmy wreszcie tą zygzakowatą drogą na szczyt, niebo się zachmurzyło i zaczął wiać nieprzyjemny wiatr. Po płaskim szczycie kręciło się wiele osób, z tym że większość to byli turyści z drugiej strony góry, Czesi. A oni mieli wyciąg! I tu uzmysłowiliśmy sobie raz jeszcze, że znajdujemy się na granicy państwa. Granicy, która przebiegała dokładnie przez szczyt Śnieżki. Na szczęście nie ustawiono tam żadnego muru czy płotu i turyści, jedni i drudzy, swobodnie kręcili się po szczycie, przekraczając bezkarnie (w tamtych czasach w ogóle nieoczywista sprawa) tamtejszy odcinek granicy.
Po polskiej stronie nie było żadnych urządzeń turystycznych, tylko budynek stacji meteorologicznej. Stąd po nasyceniu się widokiem okolicznych gór, niestety przy nie najlepszej widoczności, lekko przemarznięci pomyśleliśmy, że dobrze byłoby wejść do schroniska po czeskiej stronie i napić się czegoś gorącego. No i poszliśmy: Hela w czołówce, tuż za nią my z Kazikiem i na końcu Tadek. Jako dobrze wychowany młody człowiek powtórzyłem za Helą słowa wypowiedziane do człowieka stojącego w przedsionku tamtejszego schroniska: "Dobri den". Tadek natomiast, jako patriota nigdy nie zatajający swego pochodzenia, powiedział grzecznie, głośno i wyraźnie: "Dzień dobry". Na te słowa podskoczył ten wykidajło (bo teraz się ujawnił): "Polaki ne" i gestykulując, wyrzucił Tadka bezceremonialnie przed drzwi. Myśmy to oczywiście zauważyli, weszli jednak dalej do środka, by się rozejrzeć. Odetchnęliśmy cieplejszym, chociaż ciężkim powietrzem i wróciliśmy do naszego postponowanego kolegi. Opuściliśmy wszyscy razem niegościnną ziemię czeską i po krótkiej naradzie także szczyt tej góry. Wróciliśmy inną drogą w cieplejszą i mniej wietrzną cześć Karkonoszy, by potem znaleźć się w Bierutowicach. Tam obowiązkowo zajrzeć do atrakcji turystycznej, kościołka Wang, który o dziwo (tak mi się wydaje) nie był kościołem katolickim. Późnym wieczorem siedzieliśmy znów w pociągu, już zdrowo zmęczeni. Przed moimi oczyma przewijał się film tego dnia: Bardzo wczesna pobudka, dworzec, widoki z okna pociągu, śniadanie w plenerze, miejscowości, przez które niosły nas nasze nogi i wreszcie te wrażenia wzrokowe i krajoznawcze na tych wiele godzin długich szlakach turystycznych przez piękne okolice górskie. Naprawdę bogaty dzień!

Jeszcze jedna przyjemna wycieczka krajoznawcza pozostała w mej pamięci: Piesza, całodzienna wyprawa nad małe jezioro z możliwością pływania: we wodzie i na kajakach. Korzystaliśmy z tego chętnie, bo mogłem zaspokoić swoje wczesnomłodzieńcze ciągotki kajakowe. Nad jeziorem górował zamek, lepiej ruina zamkowa (Tadek mi podpowiedział:) Grodno. Z ruin zamkowych znałem do tego czasu praktycznie tylko ruinę w Toszku. Tutaj byłem troszeczkę zdziwiony, bo w tej ruinie zauważyć można było mieszkanie (chyba dozorcy) i niektóre pomieszczenia miały jeszcze sufity. Nawet wejścia nikt nam nie bronił i z platformy wieży zamkowej, mieliśmy przyjemny widok na jezioro i dalszą okolicę.
Nie pamiętałbym tego wszystkiego tak dokładnie, gdybym tam w holu zamkowym nie odkrył wielkiego, obramowanego obrazu olejnego, który obudził we mnie wspomnienia z lat dziecięcych: opowiastkę-legendę z książki szkolnej. 17 lat wcześniej czytałem o dziecku szlacheckim, które podczas samotnej jazdy konnej w górach, na wąskiej ścieżce obok przepaści straciło przytomność i zawisło w strzemieniu głową w dół, nad przepaścią. I mądry rumak w tym momencie znieruchomiał i tak czekał dłuższy czas, aż do nadejścia pomocy. Właśnie tą scenę uwieczniono na obrazie. Ale więcej jeszcze: W dolnej części obrazu umieszczony był kilkuwierszowy opis całej historii, napisany gotycką frakturą w języku niemieckim. Wynikało z niego, że historia ta związana jest z tym zamkiem. W każdym razie byłem podwójnie zaskoczony całą historią. Raz, ze spotkania opowiastki elementarzowej w formie realnego obrazu w ruinie zamkowej, a dwa, że ten obraz z niemieckim napisem przetrwał tam przez tyle lat powojennych. Opowiedziałem kolegom ową historię i nawet tłumaczyłem fragmenty napisu. Doszliśmy do wniosku, że tu, na Dolnym Śląsku w latach powojennych działały inne mechanizmy niż w Gliwicach.

Były potem jeszcze dalsze wyprawy krajoznawcze, które zostawiły mniej wspomnień. Z wędrówki po masywie Wielkiej Sowy pamiętam nasze wejście na wieżę triangulacyjną. Czy myśmy się tam, śladem wielu innych poprzedników, uwiecznili scyzorykiem na desce imitującej stolik, nie mogę wykluczyć.

Jednak Wałbrzych to były także obowiązki. Ostatecznie byliśmy na praktyce i musieliśmy zadbać, by o nas nie zapomniano. Żeby na końcu nie było kłopotów z otrzymaniem zaświadczenia o odbyciu praktyki!!!
Stąd pokazaliśmy się już po pierwszym tygodniu pobytu w kopalni, by omówić możliwość zapoznania się z elektrownią przyzakładową. Jako że była to sprawa skomplikowana, musiało ona odpowiednio potrwać i termin wejścia na elektrownię przeciągnął się o kilka dalsze dni. W dniu naszych odwiedzin ruch był normalny, żaden remont, żadne inne kłopoty zakładowe i kierownik elektrowni miał czas dla tych pilnie odbywających praktykę studentów. Była to dla naszej grupy pierwsza realna elektrownia. Wszystko to, cośmy dotychczas na temat elektrowni wiedzieli, było czystą teorią. Musieliśmy ją uzupełnić wyobraźnią. Tutaj weszliśmy na teren zakładu przemysłowego, gdzie było ciepło i głośno, gdzie widzieliśmy kocioł, opalany miałem węglowym, zespoły turbinowo-prądnicowe, olbrzymi gąszcz różnych rur i pomniejszych maszyn oraz pompy zasilające kocioł wodą. I przy nich napędy, które niezupełnie pasowały do naszej teorii: silniki asynchroniczne o mocy dwóch megawatów, jednak bez rozrusznika lub innej pomocy rozruchowej!
No i szef nam wyjaśnił, że na czas rozruchu takiego silnika zdejmuje się wszelkie obciążenie od głównego zespołu (elektrownia pracowała też na potrzeby sieci pozakopalnianej) i dopuszcza się na kilkanaście sekund do znacznego spadku napięcia! Były to oczywiście zdarzenia stosunkowo rzadkie, zawsze wtedy, gdy przypadał okres inspekcji kotła lub zmiana pompy.
I drugi moment, który zapisał się w mojej pamięci: pierwsze samodzielna akcja łączeniowa przy urządzeniu wysokiego napięcia. Nasz opiekun chciał nam zademonstrować tajniki WN, czyli zjawiska występujące przy takich czynnościach jak zamknięcie lub otwarcie odłącznika. Ja w każdym razie spróbowałem! Stojąc na macie gumowej przed celką WN (była to rozdzielnia 10 lub może 15 KV), dostałem półtora czy dwumetrową żerdź bakelitową do ręki i miałem jej metalowym zakończeniem (przypominającym mi narzędzie rzeźnika zdejmującego nim kiełbasę z wyższych haków w sklepie) założyć otwarty jeszcze biegun odłącznika. Stanąłem z odpowiednim respektem przed celką i celowałem w oczko odłącznika. Jeszcze go nie dotknąłem, jak z właściwym takiemu wydarzeniu trzaskiem, przeskoczył łuk do mojej żerdzi. Oczywiście się przestraszyłem, odruchowo lekko odsunąłem żerdź, ale głos opiekuna zwrócił mi pewność siebie i dokończyłem operację. Dla mnie zaskoczeniem była odległość, przy której nastąpił przeskok oraz widoczna "ilość prądu" potrzebna do naładowania mnie i żerdzi. I jeszcze jedna ciekawostka techniczna: Nad rozdzielnią wysokiego napięcia świeciła dobrze zewsząd widoczna, duża neonówka, sygnalizująca istnienie napięcia w rozdzielni. I opiekun wskazując na tę lampę, powiedział nam, że ona, wciąż ta sama, świeci tam już od czasów przedwojennych!

Druga ważna wizyta w kopalni związana była z chęcią moich górniczo mniej doświadczonych kolegów zobaczenia kopalni z dołu. Dlatego, że w tym czasie bawiła u nas już Hela, postanowiliśmy i jej umożliwić zjazd. Mieliśmy (my mężczyźni) umówioną datę zjazdu, który odbyć się miał w towarzystwie sztygara objazdowego. Zjawiliśmy się punktualnie przed jego biurem i zaskoczyliśmy go towarzystwem mieszanym. Prawdopodobnie nie powiedziano mu kto i ilu ma z nim zjechać i stąd mogliśmy mu przedstawić "koleżankę z grupy". Zrobił ten chłop też wszystko, by należycie obsłużyć damskie towarzystwo. Na szczęście bywały wtedy jeszcze łaźnie męskie i damskie oraz odpowiednia odzież robocza, w którą musieliśmy się przebrać: Heli załatwił to w damskiej, zaś my przebraliśmy się w łaźni dozoru. Potem spotkaliśmy się wszyscy razem i naśmiewaliśmy się nawzajem z siebie. Wyglądaliśmy rzeczywiście bojowo, bo odzież i hełmy niekoniecznie były dopasowane do nosiciela. Najbardziej musiała cierpieć Hela, bo nawet najmniejsza para butów gumowych była o kilka numerów za duża. Napchała tam dodatkowe onuce, ale i tak chodziła odpowiednio koślawo.
Jednak sztygar musiał do swojej pracy, załatwił nam jeszcze lampy i powędrowaliśmy wspólnie w stronę szybu. Tam dostaliśmy specjalną klatkę, tzn. bez wozów, i zjechaliśmy te kilkaset metrów w dół. Dla moich towarzyszy rozpoczęła się przygoda, dla mnie był to znany z przeszłości chleb codzienny. Obeszliśmy ze sztygarem różne miejsca, szczególnie te związane z ruchem elektrycznym, gdzie załatwiał swoje sprawy.
Ale pozwolił zasmakować nam też prawdziwego górnictwa. Przeciągnął nas przez niewysoką ścianę, gdzie trwały jakieś prace pomocnicze przy przenośniku pancernym. Trzeba było miejscami chodzić na "wszystkich czterech" lub przeciskać się pomiędzy ociosem i złożonym materiałem. Gdy minęliśmy grupę pracujących tam górników, wymieniliśmy tradycyjne "Szczęść Boże" i napatrzyliśmy się wzajemnie na siebie. Ja szedłem ostatni i miałem okazję spoglądać na pocących się kolegów, szczególnie Kazika, który po wyjściu do normalnego chodnika sformułował swoje negatywne doznania, które ogarnęły go przy przejściu przez to "miejsce pracy".
Koledzy mieli jeszcze przygodę z przenośną ubikacją. Okrągły pojemnik z blachy ocynkowanej o średnicy ok. 40 cm i wysokości około pół metra z wytłoczoną, prawie że ozdobną pokrywą stał sobie z boku przy wejściu do pomieszczenia ruchu elektrycznego, imitując jakieś nieznane urządzenie elektryczne. Mój kolega, impulsywny i zawsze ciekawy wszystkich nowinek technicznych podszedł do tego kubła i zanim ja lub sztygar zdążyli wypowiedzieć słowo, podniósł wieko tego "urządzenia". Widać od dłuższego czasu było ono nie opróżniane, po brzeg pełne i pokryty kożuchem sfermentowanej zawartości. Kolor i kształt powierzchni nie dopuściły na pierwszy rzut oka określenie zawartości i stąd nasz szybki Bill zdołał jeszcze wypowiedzieć pełne treści pytanie: "Co to jest?" Nie wiem czy to odpowiedź, czy też zapach prędzej dotarł do świadomości mego kolegi - w każdym razie opuścił szybciutko wieczko i myśmy rechotali ze śmiechu. I tak wędrowaliśmy przez te podziemia, sztygar szczególnie chętnie tłumaczył Heli tajniki górniczej elektryki, aż po trzech czy czterech godzinach odstawił nas po szybem. Wyjechaliśmy sami, oddali lampy, i po umyciu i przebraniu się, także robocze ciuchy - i znów byliśmy wolnymi praktykantami.

Historia oficjalna naszej praktyki skończyła się po czwartej czy piątej wizycie w kopalni uzyskaniem potrzebnego nam zaświadczenia o odbyciu sześciotygodniowej praktyki górniczej o charakterze elektrycznym.
KM



Poczatek strony    



Kartofle i buraki

Akcja. Kto nie znał tego słowa? Akcja albo czyn społeczny? Od początków mej pracy zawodowej w 1948 roku, przez późniejszą szkołę, uczelnię i dalej jeszcze stykałem się z tym słowem. Wydawać by się mogło, że należy ono do repertuaru funkcjonującego aparatu państwowego, że jest ono nieodzownym składnikiem porządku społecznego.
Chociaż w tym miejscu, wraz ze wzrostem umiejętności krytycznego spojrzenia na otaczające mnie środowisko, miewałem uzasadnione wątpliwości co do celowości i skuteczności takich działań....

Opowiem wszystkim, przypomnę niektórym, jedną taką akcję z czasów naszych studiów. Więcej, pokażę nawet kilka ocalałych zdjęć, niestety nie ma na nich mego serdecznego kolegę - poniekąd bohatera tej opowieści. (Wróć to tempo: Dostałem zdjęcie i umieściłem! Dziękuję)

Było to w jesieni 1956r. Uczelnia zawiesiła działalność, bo PGR-y miały kłopoty z terminowym zbiorem plonów. Przeprowadzono agitację wśród studentów, by zgłosili się do wyjazdu w zagrożone rejony. Uczelnia dawała ubiory robocze (Studium Wojskowe dysponowało dużymi chyba remanentami mundurów) i nęciła możliwościami zarobienia żywej gotówki na miejscu. Mi tego nie trzeba było dwa razy powiedzieć. Zgłosiłem sie, wraz ze mną co najmniej kilkanaście kolegów z semestru.

I przyszło to popołudnie, ten wieczór, w którym po "fasowaniu" ubioru roboczego, znaleźliśmy się na dworcu gliwickiem, gdzie załadowywano nas w przedziały starodawnych wagonów osobowych i ruszyliśmy w nastałą noc. Nie pamiętam, czy miałem wtedy jakikolwiek pojęcie o celu - wiadomo było, że jedziemy w kierunku Dolnego Śląska. Właściwie było to też bez znaczenia. Kiedyś nad ranem byliśmy na małej stacji, gdzie nastąpił podział naszej "brygady" na poręczne grupy po ok. dwudziestu do trzydziestu chłopa. Zabrała nas ciężarówka i zatrzęsła następne kilkanaście kilometrów do miejsca naszego przeznaczenia.  PGR Grabno!

Był to kiedyś typowy, dolnośląski dwór z dużym prostokątem zabudowań gospodarczych. Krótszy bok prostokąta zajmowany był przez wtedy raczej już zdewastowany, praktycznie nie wykorzystany "zamek", dawne mieszkanie właściciela. Szerokie, łukowato zakończone schody, prowadziły do holu wejściowego. Kunsztownie przeszklone drzwi wewnętrzne i zewnętrzne świadczyły o jego dawnej świetności. W czasie naszej bytności dużo szkła juz brakowało, dykta lub deski je zastąpiły. Boazeria i podłogi były zniszczone i całość robiła niezbyt wytwornego wrażenia. Ale co to było dla takiej ekipy!
Zastaliśmy jedno duże pomieszczenie, wyposażone w prycze metalowe i piec kaflowy, czyli podstawowe warunki bytowania.
Mieliśmy nawet służbę, z urzędu. Jedna taka babulka paliła w piecu (gdy było bardzo zimno), sprzątała być może także i stanowiła element łączący pomiędzy nami i raczej niewidocznym kierownictwem PGR-u. Była odpowiedzialna za trzy posiłki dziennie, czyli kucharką, chociaż ten ostatni tytuł nadałbym jej z największą rezerwą...
Pamiętam jej budyń, którym chciała nas pewnego dnia zaskoczyć i uszczęśliwić: ugotowała i podała po obiedzie rozbełtany, bo wcześniej stężały budyń. I zaskoczyła nas rzeczywiście.   ...Był to chyba jej pierwszy w życiu budyń. No i była naszą znachorką - przy bolączkach i odniesionych ranach.

Przyjechaliśmy do pracy. Kierownictwo miało z nami nie lada kłopot. Tyle (niedoświadczonych) rąk naraz. Jak to zorganizować? Był zatem ten inspektor, dozorca "niewolników". Delegował nas na wyznaczone pole, na którym traktor poprzednio odsłonił rząd kartofli, rozrzucając je na szerokość ok. dwóch metrów. Stworzono ekipy dwuosobowe, każda ekipa - w moim przypadku mój serdeczny kolega i ja - otrzymała kosz wiklinowy z dwoma uchwytami. Zadaniem ekipy było zebranie rozrzuconych kartofli i po napełnieniu kosza opróżnienie go do furmanki albo przyczepy odstawionej obok pola. Inspektor stał obok i pilnował, aby każdy kosz przed wysypaniem był wypełniony. Bo za jeden kosz dostawało się zielony znaczek papierowy. Za dziesięć zielonych jeden czerwony, za....itd.
W każdym razie ten dość prosty z jednej strony system zaczynał się chwiać, gdy ktoś chciał wymieniać swoje zielone na czerwone a kilku innych wysypywać kosze i otrzymać zielone. Wtedy naszemu biednemu dozorcy mogło zabraknąć rąk i oczu, by sprostać temu zadaniu. Na domiar złego i wiatr miał czasem coś do powiedzenia. Pamiętam sytuację, gdy naraz po polu posypało się kolorowe konfetti i studenci biegiem pomagali inspektorowi zbierać te znaczki.... Podejrzewam, że przy rozliczeniach końcowych księgowy PGR-u miał pewne kłopoty. Przypuszczalnie musiał stosować współczynniki, aby z grubsza dojść do równowagi pomiędzy ilością zebranych kartofli i wydanych znaczków.

Tak upływał nam dzień za dniem. Rano zdarzały się przymrozki i niezbyt przyjemnie było wstać i pójść w pole. Jednak przyzwyczailiśmy się do tego trybu życia i zaglądaliśmy nawet poza obręb PGRu i jego pól. Wokoło były piękne lasy ...i grzyby. Prawdziwki. Towar atrakcyjny w wielu gospodarstwach domowych, także u mnie. Tylko co zrobić: grzyby w lesie a my na polu i trudno było wykroić czas na systematyczny zbiór. Przerwa obiadowa była krótka a po pracy błyskawicznie było ciemno. Stąd wpadliśmy z Kazikiem na pomysł wykorzystania czasu pomiędzy świtem i momentem rozpoczęcia pracy na zbieranie grzybów. Trudno nam było łudzić się, że obudzimy się o właściwej porze, zresztą nawet nie mieliśmy zegarków. Stąd jedyna rada: Babuleńka nasza, przyrządzając śniadanie, była wystarczająco wcześnie na nogach, by ja poprosić o obudzenie nas o szóstej. Chcieliśmy jeszcze przed wyjściem zjeść nasz chleb z marmoladą, wypić coś i dojść do wypatrzonego miejsca w lesie akurat z nastaniem dnia.
No i byliśmy na nogach: ciemno, zimno, za pazuchą po jednej Trybunie Ludu na przyszłe zbiory i po 15 minutach marszu już w lesie, nawet trafiliśmy w pobliże "grzybodajnego" miejsca. Tylko co z ta jasnością? W lesie było jeszcze ciemniej niż na polach. Jako że lada chwila musiał nastać ranek, przykucnęliśmy między krzakami i cichutko (bo atmosfera ciemnego lasu sprzyjała różnym myślom) wymienialiśmy swoje zdanie na temat brakującej widoczności. Upłynęło już więcej niż 15 minut i zamiast oczekiwanego brzasku usłyszeliśmy człapanie, kroki! Sza, co to? Kto to? Kroki się zbliżały i na tle nieba widzimy ciemną postać, chyba ze strzelbą na ramieniu. Zrobiło się nam bardzo nieswojo, zamarliśmy w bezruchu i ciszy. Na szczęście zjawisko się oddaliło i nam wróciła normalna werwa. Chociaż do nastania dnia musieliśmy jeszcze poczekać z pół godziny, reszta naszej eskapady przebiegła w przewidywany sposób. Las nam wynagrodził wysiłek; zebraliśmy szybko tyle wspaniałych grzybów, że ich transport w gazecie był trudny. Tym niemniej donieśliśmy swoje ładunki do miejsca pracy w polu, gdzie pozostali koledzy z nieukrywanym szacunkiem popatrzyli na grzyby i takoż ocenili nasz wysiłek.
Po powrocie do "bazy" w porze obiadowej musieliśmy się szybko pokrzątać koło naszych grzybów, oczyścić, pokroić i rozłożyć je w kuchni - wokół i nad piecem - by się szybko suszyły.
I tu w kuchni wyjaśniło się nasze czekanie: Babuleńce pomylił się czas, obudziła nas godzinę wcześniej....

Pogodny, słoneczny ranek. Jesteśmy na polu graniczącym z zadrzewionym pasem terenu. Grzejemy się, siedzimy, pleciemy głupstwa i właściwie nie wiadomo co ze sobą począć. Traktor, czy też koparka ma jakiś problem techniczny, a my czekamy. W tej atmosferze leniuchowania, patrzymy na dwa obok siebie, ale wolnostojące drzewa. Dochodzimy do wniosku, że wobec ich regularnego wzrostu i ładnego ogałęzienia, nadawałyby się dobrze do wspinaczki. Z lewej strony brzoza, z prawej sosna, obydwa na samym skraju pola i obydwa pięć do sześć metrów wysokie.
Narodził się pomysł współzawodnictwa. Nie pamiętam, kto rzucił wezwanie: mój serdeczny kolega albo Włodek. W każdym razie jeden drugiemu udowadniał, że byłby prędzej na czubku. Czyli co prostszego niż w eksperymencie rozstrzygnąć to zagadnienie. Mój serdeczny kolega wziął na siebie chyba trudniejsze zadanie: sosnę. Stanęli zatem obok swoich drzew i na komendę: raz, dwa, trzy, ruszyli do ataku. Mój serdeczny kolega, fizycznie bardzo sprawny, jak wiewiórka owinął się wokół pnia, przeskakiwał z gałęzi na gałąź i rzeczywiście dotarł jako pierwszy na czubek sosny. Obejmując prawą ręką pieniek, lewą zrobił gest zwycięstwa w naszą stronę i poparł go głośnym okrzykiem, odchylając się przy tym od pionu. Ale to był błąd! - Gdyż w tym momencie pieniek strzelił tuż pod trzymającą go ręką, okrzyk zamarł i zwycięzca turnieju pożeglował z czubkiem sosny w ręce - jak figura z chorągwią uwiecznioną w wielu ówczesnych rzeźbach - w stronę kartofliska. To trwało stosunkowo niedługo, potem huknęło, myśmy tylko na moment zamarli, by zaraz potem zgromadzić się nad leżącym.
Kątem oka widziałem jeszcze Włodka, zjeżdżającego po brzozie o wiele szybciej niż w drugą stronę. Nie wiadomo, kiedy był na dole. Ofiara wypadku tymczasem leżała na roli, ciężko dysząc. Na szczęście powolutku wracała mu możliwość normalnego oddychania. Okazało się jednak, że ręka, nadgarstek lub ramię są nadwyrężone, bolą. Staliśmy troszeczkę bezradni wokół tego też już stojącego zawodnika i doszliśmy do wniosku, że trzeba wrócić do bazy. Miałem z nim pójść, on jednak stanowczo odmówił, uważając, że jest w pełni sprawny. Podałem się jego sugestii tymbardziej, że na polu pojawił się traktor i zaczęła się praca. A ja musiałem teraz pracować za dwóch...
Po godzinie gdzieś wrócił mój wspólnik, lewa ręka podwieszona i opatrzona bandażem. Nasza lekarko-kucharka po zabiegach leczniczych zastosowała wspomniany bandaż i temblak.
Byliśmy teraz spółką trójręczną   -   ale jakoś sobie w przyszłych dniach i tak radziliśmy.

Aż do tego dnia, w którym zabrakło kartoflisk i trzeba było brać się za buraki. Burak, jak wiadomo, składa się z dwóch części: zielonej naci, która jest nad ziemią i właściwego buraka, który początkowo jest pod ziemia. I my byliśmy do tego powołani, by ciągnąć odpowiednio mocno za nać spowodować, by podziemna część znalazła się na wierzchu. Ale dla porządku trzeba jeszcze było oddzielić nać od korzenia, czyli buraka. W tym celu dano nam sierpy. Identycznie te same, które znaliśmy z godła sąsiedniego państwa. Mój serdeczny kolega razem ze mną szarpał te buraki z ziemi, co mu jednak wyraźnie gorzej szło, bo mógł to uczynić jedną tylko ręką. Stąd też krytycznym okiem patrzył na moją technikę pozbawienia buraków naci. Widocznie wyliczył sobie większą wydajność pracy dla naszego zespołu, jeśli by jemu przypadła rola odgławiania buraków. Stąd w pewnym momencie usłyszałem: "Ej, nie tak - ja ci pokażę, jak to należy robić." Chcąc, niechcąc, oddałem mu sierp. (Tu trzeba przypomnieć, że po ostatniej kontuzji lewą rękę wciąż nosił w temblaku.) Złapał zatem lewą ręką buraka za nać, stanął nad kupą już obciętych buraków i wytwornie, jak panna pijąca herbatę z porcelanowej filiżaneczki, odchylił mały palec od naci, i: "zobacz, tak ciachniesz", jednym machnięciem sierpa obciął buraka ...i czubek małego palca!
Pozostało nam zrobić mu prowizoryczny opatrunek dla tamowania krwi, zaś jemu pozostał marszerunek w stronę PGR-u do znanej mu już wielofunkcyjnej babci. Dostał jodynę i trwalszy opatrunek, z którym po pewnym czasie wrócił do pracującej gromadki. Byliśmy teraz ostatecznie trójręczną brygadą!

Dobrze, że czas naszego pobytu w Grabnie chylił się ku końcowi. Gdyż ten pobyt w spartańskich warunkach, przy monotonnej pracy nie był tym wymarzonym celem w życiu studenta. I faktu tego nie zmieniły różne momenty zabawne, pouczające lub dla nas nowe. Prowadziliśmy dysputy na tematy rolnicze i techniczne, obserwowaliśmy naszych kolegów koreańskich oraz reakcje tubylców na egzotycznych gości. Ale sumarycznie czas tam spędzony, ten czas wolny od pracy, pozostał bardzo bezbarwny. Nie przypominam sobie szczególnych zajęć wieczorami; jakieś spacery tak. Ale na tym i koniec.
Nastał ostatni dzień pobytu, wypłata w miernej wysokości, troszeczkę prowiantu na drogę, ciężarówka i PKP. Ileż godzin później byłem w domu - a moi koledzy w akademikach.

Uczelnia nas znów miała, my zaś mieliśmy argumenty przy następnych kolokwiach i egzaminach: wykopki!

2004 r.

. . . . . . . .

A tutaj tych kilka obiecanych zdjęć:

Zdjęcie robotników z narzędziami i "martwą" przyrodą.




Następny dowód pracy:  Przy burakach




Dumny kierowca




Zajęcia w czasie wolnym od pracy, wygłupianie się




Oraz widok naszej komfortowej łazienki
Kto poznaje delikwenta?




No i wreszcie bohater naszej opowieści z trofeum
(W prawej oczywiście ręce)




Jeszcze jedna ilustracja naszego pobytu w PGR: Oczekiwanie na odjazd

  Początek strony      




Wycieczka lat pięćdziesiątych

               . . . . . Rowerem dookoła Polski

Zamiast prologu.
Lata pięćdziesiąte - wojna skończyła się dziesięć lat temu, ale jej ślady przetrwały. Wszędzie można je było dostrzec, gorzej, też odczuć. Żyliśmy w ustroju, który miał wielkie aspiracje - przynajmniej na papierze. Rzeczywistość wyglądała bardziej szaro, ale stała się naszą codziennością. W dziedzinie konsumpcji i ideologii. Z pierwszą można było jakoś żyć, zaś z drugą różnie bywało. Tyle że nie o tym tu ma być.
W tamtejszej rzeczywistości zaplanowaliśmy przedsięwzięcie, które odstawało od szarej codzienności swym indywidualnym charakterem, ignorancją wszechobecnej organizacji owego systemu. Wyrwaliśmy się spod klosza narosłych zwyczajów i tymi bardzo ograniczonymi środkami owych lat zorganizowaliśmy ekspedycję, poniekąd w przyszłość.
Chyba dopiero dzisiaj potrafimy zrozumieć niepokoje naszych matek, puszczających nas w taką przygodę. Zbyt bliskie były wspomnienia wojny i związane z nią niepokoje. Które dla nas już takie wszechobecne nie były. I tak, bez tego bagażu przeszłości, potrafiliśmy wtedy podjąć decyzję organizacji opisanej tu wyprawy dookoła Polski.

Jeszcze jedna uwaga techniczna: Wspomnienia sprzed 50ciu lat spisaliśmy, Tadeusz Rodzoń i ja, w ostatnich miesiącach - zupełnie niezależnie i bez uzgodnień szczegółów. By uwypuklić różne punkty widzenia naszych wspomnień, przedstawię tu w miarę chronologicznie konglomerat obu opracowań, przy czym dla łatwiejszego czytania słowa Tadka są w kolorze granatowym. Warto jednak pamiętać, że będą to tylko fragmenty, lepiej przeczytać całość.

.   .   .   .   .   .   .






Warto na wstępie poświęcić słów kilka okolicznościom, na których tle dojrzewały takie np. przedsięwzięcia. Lata pięćdziesiąte nie znały wielu rzeczy, które dzisiaj dla wielu ludzi są oczywiste, po prostu nie znają, nie potrafią sobie wyobrazić życia w tamtym, innym świecie.
I nie mówię tu o pieniądzach, które i dzisiaj dla wielu ludzi są dobrem deficytowym. Gdyż i my wtedy należeliśmy do tej kategorii - ale to nie miało zasadniczego wpływu na nasze decyzje. Z jednym wyjątkiem. Planując nasze przedsięwzięcie, zrezygnowaliśmy z góry z komfortu nocowania w hotelopodobnych okolicznościach. I jadąc bez namiotu (bo kto go wtedy miał), myśleliśmy o bardzo ciepłych nocach lub gościnnych ludziach oraz ich stodołach.
Innymi słowy, pieniądze, którymi dysponowaliśmy, przeznaczone były na wyżywienie lub inne, niezbędne wydatki.

I jeszcze kilka słów do naszego "wyposażenia". Patrząc te 50 lat wstecz (dokładnie tyle minęło od czasów naszej eskapady), rzuca mi się w oczy spartańskość naszego, towarzyszącego nam dobytku.
Zacznę od rowerów. Ja miałem stosunkowo solidny, (proszę czytać: ciężki), rower z NRD, marki Simson Suhl. Bez wszelkich szykan typu biegi albo hamulców szczękowych. Zasadniczo jeden tylko hamulec w piaście tylnego koła - bo tzw. przedni, (guma dociskana do opony), nie zasłużył na miano hamulca. Nad tylnym kołem był seryjny, pojedynczy bagażnik. I na nim przytroczony, niezbyt duży plecak, marki "Samsezrób", ten sam, który przeszedł próbę ogniową rok wcześniej, podczas podróży poślubnej z Heleną.
Tadek miał rower odrobinę lżejszy, marki "SPORT", produkcji czeskiej. Chyba z wolnobieżką i hamulcami szczękowymi, nie, z jednym hamulcem! I bez błotników. Z tyłu podobny do mego, plecak i na ramie, tak, jak i ja, koc otulony osłoną wodoodporną.
W ramach przygotowań moim zmartwieniem był rower, podstawowe przecież wyposażenie konieczne do tej wycieczki. Choć w domu zostało ich kilka, to nie wiedziałem, czy z nich potrafię złożyć jeden taki, który wytrzyma, wg naszych planów, długą trasą. Przed wyruszeniem w drogę udało mi się jakoś skompletować całość na bazie, pochodzącej z roweru Józka, czeskiej ramy Eska-Sport, jedynego naszego nowego, kupionego parę lat wcześniej, ale niestety już dość mocno przez nas zdewastowanego.
W sumie wyposażenie, które przez dzisiejszego wycieczkowicza, nie korzystającego z dobrodziejstw bazy turystycznej, oceniane byłoby jako niewystarczające na dwudniową wycieczkę poza miasto. Nam musiało wystarczyć dla wymaganej higieny, na chłodniejsze dni i noce (!) oraz inne kaprysy pogody. I pamiętaliśmy oczywiście także o "żelaznej" racji żywnościowej i butelce aluminiowej z życiodajnym płynem.
Wyposażenie nasze było bardzo skromne i siermiężne. Jakiś przypadkowy skafander, krótkie spodenki i na nogach szmaciano-gumowe obuwie, zwane trampkami – socjalistyczny, popularny pierwowzór obecnie znanych adidasów. Na ramie mieliśmy koce zabezpieczone przed deszczem ceratą, a na bagażniku plecak, w którym znalazła się reszta naszego ruchomego dobytku. Najważniejszym i raczej podstawowym sprzętem, był spirytusowy kocher, na którym przygotowywaliśmy sobie jakieś posiłki, gdyż nasze zasoby finansowe nie pozwalały na korzystanie z innej formy żywienia.

W ostatnich tygodniach przed wakacjami uzgadnialiśmy stopniowo wszystkie szczegóły naszej planowanej podróży - przerwy podczas zajęć świetnie nadawały się do tego celu, ale bardziej jeszcze do przeniesienia się myślami do tej tak nęcącej przygody. Bo nęcić, to ona nas nęciła...
Nie pamiętam, kto był pomysłodawcą tego przedsięwzięcia - ... chyba Tadek? Być może, że czerpał inspirację z opowiadań o mojej podróży przed rokiem? Albo przypomniał sobie wcześniejsze własne eskapady rowerowe? Faktem jest, że obaj byliśmy napaleni do poznania kraju, ludzi i nowych terenów. Bo w ówczesnej Polsce Ludowej jedynymi rozpowszechnionymi formami wypoczynku z dala od miejsca zamieszkania były wczasy pracowniczej (centralnie organizowane przez FWP) lub jednodniowe, niedzielne wycieczki przystosowanymi ciężarówkami z zakładu pracy, rzadziej autobusami. Niedzielnymi, bo wtedy pracowało się jeszcze 6 dni w tygodniu. Oczywiście też propagowana i znana była turystyka piesza - ale jak daleko można zajść na nogach? O wycieczkach zagranicznych natomiast nie śniło się przeciętnemu śmiertelnikowi.
W naszym kręgu bardzo często przebywał Karol, miejscowy Gliwiczanin, którego poznałem już w lipcu 1955 r przy tablicy z wynikami egzaminów wstępnych. W kilku kolegów tworzyliśmy paczkę i do zbytków i do nauki. Kiedy po drugim roku studiów zbliżały się wakacje, Karol zaproponował, czy nie wybralibyśmy się wspólnie na rowerach dookoła Polski. Zamierzał też jechać z nami Mały Kaziu, ale potem zrezygnował, bo nad przygody i przyjemności stawiał wyżej pomoc w gospodarstwie Taty.
Stąd perspektywa nieorganizowanego przez żadne towarzystwo, taniego "urlopu", praktycznie w nieznane, uważaliśmy za świetny pomysł. Należało, jeszcze przed wakacjami dopiąć, domówić wszystkie szczegóły, by w połowie czerwca, już bez dodatkowego porozumienia ruszyć w drogę. Bo telefonowanie było zbyt ekskluzywne, by w ogóle brać je pod uwagę, telegrafowanie zbyt drogie, zaś listowne porozumienie długotrwałe i niepewne.

Czyli pewnego lipcowego dnia, zgodnie z umową, pakowałem swoje manatki, pożegnałem Helenę w naszym małym pokoiku-mieszkaniu na Michałowskiego w Gliwicach i rozpocząłem swoją przygodę. Bo jako przygodę odczuwałem już wykupywanie nie tylko biletu do Rzeszowa dla siebie, ale także dla roweru w kasie bagażowej. Wręczono mi tam przywieszkę, na podstawie której konduktor w wagonie bagażowym przyjął mój rower. Wagon ten był tuż za lokomotywą, ja zaś spieszyłem ze swoim bagażem, do którego z wagonów drugiej klasy. Potem pociąg już ruszył, i ja miałem czas do myślenia. Po raz pierwszy w życiu jechałem tak daleko na wschód, do prawdziwej Polski. Do polskiej, nieznanej mi rodziny i progu pewnej przygody. Pociąg, choć "przyspieszony" toczył się dostojnie, za Krakowem przez zupełnie obce tereny i stacje o nazwach prawie też zupełnie obcych. Aż po wielu godzinach wiedziałem, że cel mojej podróży kolejowej dobiega końca.

Rzeszów, dworzec miasta wojewódzkiego, przedstawiłem sobie na wzór znanych mi z innych miast wojewódzkich: Wrocławia, Katowic, Krakowa, zaś na pewno nie mniej reprezentacyjnie niż dworzec Gliwicki. Tymczasem szok: dworzec malutki, żadnych przejść podziemnych, zaś regularny peron, przy którym zatrzymał się mój pociąg, kończył się przedwcześnie tak, że rower z wagonu bagażowego musieliśmy wyjąć na taki ukośnie usypany peron pomocniczy. Piszę musieliśmy, bo oczywiście na peronie już czekał Tadek - do przywitania i pomocy.

I pojechaliśmy w miasto, które nie dostarczyło mi żadnych specjalnych wrażeń. Może dlatego, że absorbowany byłem czymś innym, to obce miasto było teraz tylko tłem. W podświadomości rejestrowałem co prawdę rosłe, stare miasto z jego budynkami i ulicami oraz część nowych, socjalistycznych, powiedziałbym budowli. Ale to tak jak przez mgłę, bo w głowie miałem inne myśli. Podążając za Tadziem, który jako gospodarz na swoim rowerze sunął przede mną, myślałem o domu, który mnie miał przyjąć.
No, i przybyliśmy! Wjechaliśmy na podwórko, gdzie po lewej ręce był dom mieszkalny, szary z dwoma czy trzema schodkami do wejścia. I tam przywitała nas już matka mego kolegi, serdecznie i z uśmiechem. Poczułem się raźniej i to uczucie pogłębiło się za chwilę, gdy w ten sam sposób zostałem przywitany przez jego starszą siostrę, Nuśkę. Pierwszy raz słyszałem to zdrobnienie, ale teraz już wiedziałem, że w metryce wpisano jej "Anna". Po domu kręcił się jeszcze młodszy brat Tadka, Zygmunt, ale jego prawie że nie zauważyłem. Dzisiaj dla mnie okazja, by uzmysłowić sobie naszą ówczesną "dorosłość": Ktoś siedmioletni nie był już obiektem do zapamiętania!
W ciągu tych kilku dni rzeszowskich poznałem nie tylko dom, jego otoczenie i odrobinę miasta, ale byłem dobrze karmiony i czułem się zupełnie swojsko. Tadziu prezentował mi swoje domostwo, pokazał kąty i skarby domu. Piwnicę z pozostałością warsztatu, pamiątką po ojcu. Zabudowania z funkcjonującym śrutownikiem, gdzie on w czasie swego pobytu był zarządcą. Sprawnie wsypywał, przywieziony przez okolicznych drobnych hodowców trzody i bydła, ziarno do śrutownika, uruchamiał silnik asynchroniczny, by po skończonym cyklu śrutowania zważyć produkt, odjąć przepisową część (ubytki i straty) oraz pobrać opłatę za usługę. To był jego (niewielki) zarobek w czasie tych dni w domu - ale w moich oczach stanął wtedy nie tylko jako gospodarz chałupy, ale rzeczywiście dorosły przedsiębiorca. Te okoliczności i wnioski z naszego "napiętego" programu każdego dnia (mieliśmy jeszcze m. in. do załatwienia sprawy w PTTK w mieście) doprowadziły u mnie do niewypowiedzianego wniosku, do przeżycia pewnego rozczarowania ...i nauczki dla mego dalszego życia.

Otóż jeszcze w Gliwicach, w czasie Studium Wojskowego, zaoferowano Tadziowi lampę radiową do przenośnego odbiornika radiowego. Zwykły (sieciowy) odbiornik radiowy był wtedy jeszcze dobrem niecodziennym, a cóż dopiero odbiornik bateryjny! Stąd i jemu widać, wizja zbudowania takiego aparatu przedstawiała się ponętnie. Kupił tę lampę i od tego czasu rozmawialiśmy czasami o takim odbiorniku. Ja ze swym (marnym) doświadczeniem lat czterdziestych, widziałem w nim eksperta - stąd było niedaleko do myśli o wspólnie zbudowanym odbiornika. Sprawa nabrała kolorów w drugim roku studiów, gdy plany naszej wycieczki stały się namacalne. Rozważaliśmy takie czy inne konstrukcje i ja już widziałem aparat w jakimś pudle, przytroczony do ramy roweru. Słyszałem już muzykę na biwaku, a może nawet też podczas jazdy? Nie przejmowałem się szczegółami technicznymi, materiałowymi i pracochłonnością takiego przedsięwzięcia domniemając, że mój zacny kolega jest nie tylko w teorii radiofonicznej lepszy ode mnie, ale byłem pewny, że w Rzeszowie dysponuje odpowiednią bazą. Stąd moja jazda do Rzeszowa stała pod znakiem wielkiego zamiaru dobudowania otoczenia do tej jednej lampy radiowej ...i korzystania z odbiornika bateryjnego podczas naszej wycieczki.
Omawialiśmy z Karolem przygotowania do wyprawy i naszym marzeniem było posiadanie w drodze przenośnego radioodbiornika.
Cóż, po pierwszym dniu i wstępnym rozeznaniu faktycznych możliwości, jakimi dysponował Tadek, zacząłem mieć pewne wątpliwości. Stały się one pewnością po nieśmiałym (nie chciałem go zrazić) poruszeniu tej sprawy: rozłożył ręce i zaapelował do mego rozumu. Zrozumiałem.

Ale to rozczarowanie, wywołane głównie moim naiwnym zrozumieniem nadmiernych możliwości innych ludzi, nie pozostało na szczęście dominującym wrażeniem rzeszowskim.
Przyczynił się do tego klimat, w jakim przebywałem, nowe doznania, gorączka przed wyprawą i nie na końcu potrawy, które zazwyczaj odbiegały od znanych mi na Śląsku. Tak np. ciastka z "dżemem z róż". Z róż? Zrobiłem wielkie oczy, ale Nusia już miała w ręce słoik i łyżeczką. Wraz z próbką dostarczono mi przepis na taki smakołyk. No, może niezupełnie. Bo smak tego specjału na łyżeczce był zbyt ostry, skoncentrowany. Choć z tym stwierdzeniem może lekko rozczarowałem gospodarzy, wiem od tego czasu, że surowcem do dżemu są płatki dzikiej róży przerabiane z cukrem.

Łańcut. W przeddzień naszego startu do wielkiej podróży Tadek zaproponował pół dniową wycieczkę do Łańcuta, kilkanaście kilometrów w jedną stronę. W tamtejszym zamku urządzone jest muzeum, i nam, jako kulturalnym członkom społeczeństwa, wypada takie placówki zwiedzić. Nie powiem, interesujące było. W kapciach na obuwiu przeszuraliśmy przez kilka sal z meblami i innymi zabytkami byłych epok niesocjalistycznych. Pamiętam bogato zdobioną, jasną szafę-gruszkę i pewne elementy innych mebli, których wytworzenie musiało kosztować mnóstwo pracy. Wtedy, gdy te meble produkowano, nie zastanawiano się chyba nad użytecznością i praktycznością.
I były tam jeszcze figury porcelanowe, bożki czy też zwyczajni, dobrze żywieni przedstawiciele żółtej rasy. Nieustannie kiwały głowami...
I była powozownia, zamiast dzisiejszego garażu. Karoce, dorożki i inne typy pojazdów końskich stały tam pięknie wypucowane i dawały pojęcie o sposobie poruszania się w erze przedsamochodowej. Choć wyobrażam sobie, że i później. Bo z mojej młodości pamiętam orszaki weselne na wsi gliwickiej. I nie tylko, bo przecież publiczny transport osobowy w pierwszych latach powojennych w Gliwicach też opierał się na dorożkach konnych. Stąd istniały wtedy nawet specjalne, trzyosobowe ekipy, które regularnie czyściły, zagłębione w ulicy, szyny tramwajowe.
Ale co mówić o dawnych czasach, we Wiedniu chyba jeszcze dzisiaj kursują nostalgiczne dorożki? W każdym razie na pewno widać je dorywczo w Glessen, tak sobie, albo z okazji szczególnie uroczystego ślubu kościelnego.

Początek podróży. Jako że wycieczka do Łańcuta wykazało zadowalającą sprawność turystów, postanowiliśmy w następny dzień ruszyć w drogę. Była to sobota, 13.VII.1957 r.
Po śniadaniu pożegnaliśmy się z domownikami, ja na lata, zaś Tadek na kilkanaście dni - po czym ruszyliśmy w drogę. Na północ. I Tadek był w swoim elemencie. To on sprawował opiekę nad naszym kursem i decydował o trasie. Szczególnie w pierwszych dniach, gdy znajdowaliśmy się na jego swojskich terenach : Kolbuszowej, Tarnobrzegu i Sandomierza, które osiągnęliśmy zgodnie z jego planem. Nie jego już winą była mokra pogoda i duża część drogi pod zdechłem Azorkiem. Tu dojechaliśmy do Wisły i ja podziwiałem stromą skałę ze zamczyskiem, otoczenie różniące się znamiennie od poprzednio przebytych kilometrów.
Ale nas ciągnęło dalej, jeszcze aż pod Opatów, malutkiego miasteczka z klasztorem. Gdzież tam w okolicy znaleźliśmy pierwszą stodołę i nocleg, po przeszło 120 km drogi. Noclegu konkretnie nie pamiętam, natomiast pierwsze kilometry w niedzielny poranek przy świetnej pogodzie i lepszej nawierzchni. Kierunek Ostrowiec.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy pewnym małym kościele, gdzie dzwony wzywały na mszę. To Tadek zmobilizował mnie do tego kroku - bo przecież niedziela. Kościołek był chyba drewniany, wokół drzewa i jakieś zabudowania, baraki czy kioski. Dużo ludzi tam było, drzwi do kościoła na oścież otwarte i ja uczestniczyłem w nabożeństwie, patrząc jednym okiem na odstawione w polu widzenia rowery. Msza się skończyła i my w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wróciliśmy na szosę, by kontynuować jazdę.
Jednak niezbyt daleko, bo chcieliśmy jeszcze podbudować i utrwalić dobry nastrój tego poranka. Zatrzymaliśmy się na łagodnym łuku pięknie asfaltowanej drogi i zrobiliśmy przerwę śniadaniową. Na zboczu trawiastym nad drogą rozłożyliśmy koc i nasze zapasy żywnościowe i zrobiliśmy sobie dobrze. Rozmawialiśmy przy tym troszeczkę, Tadek szkicował słownie leżącą przed nami trasę i wspólnie syciliśmy wzrok lekkim, długim spadkiem szosy, którą za chwilę będziemy jechali. Było przyjemnie i prawie świątecznie.
Moja Mamusia martwiła się, że ruszamy na taką poniewierkę, ale co mogła, to nam na drogę włożyła do plecaka. Do dziś pozostał mi w pamięci kawał wędzonej słoniny, którą posilaliśmy się i traktowaliśmy ją jako duży rarytas. Niestety, przy naszych apetytach, nie na długo jej wystarczyło. Teraz chyba nie stanowiłaby dla mnie takiej atrakcji, jaką była wtedy. Staraliśmy się mieć zawsze ze sobą jakiś mały zapasik zupy w proszku, co w owych czasach wcale nie tak prosto można było kupić. Dość łatwo osiągalna była jedynie zupa grochowa w prasowanych kostkach i ona najczęściej była podstawą naszego podróżnego żywienia. Jeśli ranną lub obiadową porą przejeżdżaliśmy przez miasto, w którym był bar mleczny, chętnie z niego korzystaliśmy. Bary mleczne, które teraz zupełnie znikły, wówczas były bardzo dobrą formą taniego, szybkiego i smacznego posilania się.
Było jeszcze wczesne przedpołudnie, gdy ruszyliśmy rzeczywiście w drogę: Ostrowiec, Iłża, Radom. Po drodze tankowaliśmy w jednym czy drugim barze mlecznym, by wyrównać nasz bilans płynowy. W ogóle, bary mleczne, rzeczywiste osiągnięcie tamtych lat, były dla nas głównymi punktami żywieniowo-pitnymi. Za stosunkowo niewielką sumę można było napić się mleka, maślanki lub kefiru, a nawet posilić prostymi potrawami typu kasza, makaron, jajecznica. Jednym słowem, po kilkudziesięciu kilometrach, raj na ziemi.
Tak i w tym dniu byliśmy w świetnej formie, wiatru przeciwnego nie było i my pedałowaliśmy pięknym popołudniem obok siebie(!), już za Radomiem, chyba w okolicach Grojca, i naraz czytamy na drogowskazie: Warszawa 62 km. Spojrzeliśmy na siebie i równocześnie sformułowaliśmy pytanie: "A może dzisiaj jeszcze do Warszawy?". I natychmiast zapadła decyzja: tak!
Zaczęliśmy wobec tego już na serio deptać pedały, nie oglądając się na uroki mijanych miejscowości; minęliśmy Grójec i Tarczyn jak w śnie, by wczesnym wieczorem przeczytać tabliczkę z nazwą miejscowości: Warszawa.

Warszawa. Tutaj wyjątkowo mieliśmy wypatrzone schronisko PTTK, niedaleko Pałacu Kultury. Dotarliśmy do baraku schroniska o lekkim zmroku, odrobinę, jak nam się wydawało, zmęczeni po tych niecałych 200 kilometrach w tym długim dniu. Załatwiliśmy formalności (kartka meldunkowa, dowód osobisty, opłata) i mogliśmy nawet zabrać rowery do małej sali noclegowej. W której byliśmy jedynymi gośćmi, jeśli dobrze pamiętam. No i spaliśmy odpowiednio mocno.
Dzień następny rozpoczęliśmy, jak miało być inaczej, w nieopodal leżącym barze mlecznym. Tam omawialiśmy przed nami leżący dzień. Czyli mały objazd przez Warszawę i potem na wschód. Ja "znalem" Warszawę sprzed dwóch lat, kiedy to byłem tam na międzynarodowym zlocie młodzieży. Odrobinę odświeżyłem tamtejszy wrażenia, ale tak bez zapału. Ruch w Warszawie był większy niż na naszej dotychczasowej drodze, tramwaje, hałas i ludzie, tak, że postanowiliśmy jeszcze przed południem opuścić to miasto. I dopiero później zacząłem podejrzewać, że na nasz brak entuzjazmu przy zwiedzaniu miasta wpłynęła nasza nadwyrężona poprzednim dniem kondycja.

Na wschód od Warszawy. Przejechaliśmy przez Wisłę i Marki i kierowaliśmy się na Wyszków. Szosa prawie prosta i płaska, o dobrej nawierzchni betonowej (którą poprzednio tylko znałem z autostrady pod Gliwicami) ciągnęła się w kierunku północno-wschodnim. A wiatr, jak na złość, wiał z tego właśnie kierunku. Nasza słabsza w tym dniu kondycja, ten wiatr i monotonna droga dały się nam we znaki. Stąd wizja krótkiego etapu stała się coraz realniejsza. Robiliśmy jeszcze zakupy, biwakowaliśmy pod jakąś wiatą drewnianą, przy sklepie czy kiosku, i spożyliśmy swój główny posiłek. Mieliśmy odpowiedni apetyt i chyba obaj patrzyliśmy pożądliwie na puszkę śledzi w oliwie, którą nabyliśmy na dzisiejszą ucztę. Tadek był szybszy z przygotowaniami i ja go wtedy wspaniałomyślnie częstowałem śledziami. Zaczął jeść, ale po pierwszych kęsach coś się skrzywił i odstąpił mi całą resztę puszki - jakoś mu nie smakowało. Po chwili się okazało, że i ja miałem podobne wrażenie i poszedłem z resztą śledzi w puszce i moim chlebem za wiatę, gdzie poprzednio za przegrodą widziałem świnie. Rzeczywiście przytruchtały od razu na mój widok i nie skarżyły się na niewłaściwy smak ani śledzi, ani mego chleba. Coś mi się wydaje, że i Tadek odstąpił im swoją część chleba ze śledziem. Tak dla nas uczta zmieniła się raptem w skromny posiłek: chleb ze serem topionym.
Coś mi nie dało spokoju, i przed wrzuceniem puszki do kosza na śmieci odlepiłem banderolę i schowałem ją przy swoich dokumentach. Nie na darmo widać, bo faktycznie mieliśmy po tym zajściu "pewne" problemy ze swoimi przewodami trawiennymi, szczegółów jednak pominę.
Zawartość puszki nie nadawała się do jedzenia i obeszliśmy się smakiem. Karol skrupulatnie zdjął banderolę i schował. Kiedy po wakacjach spotkaliśmy się w Gliwicach, opowiedział mi, że po powrocie do domu wysłał do producenta tą papierową opaskę z opisem sytuacji i że Zakłady Rybne w Szczecinie okazały się wspaniałomyślne, uznały bowiem reklamację i przysłały dobrą puszkę. Dodał też, że niestety nie zachował dla mnie należącej mi się połowy, tylko całość zjadł sam, a może podzielił się z żoną. Mnie pokazał jedynie przepraszające nas pismo ze Szczecina, które mi zostało i długo było w moich szpargałach, ale już gdzieś się zawieruszyło, bo go nie znalazłem, a chciałem je załączyć do wspomnień, na dowód, że prawdą jest to, co piszę. Jednak, jak widzisz, Tadziu, się odnalazło - i nikt nie może Cię posądzić, że kłamałeś.
Nasz kolejny dzień podróży skończył się w każdym razie już w okolicach Wyszkowa, około 60 km za Warszawą.

Ten ubiegły, i następne dni żyłem pod wrażeniem innego krajobrazu, lepiej, widocznego otoczenia stworzonego przez ludzi. Świat wyglądał inaczej i uzmysłowiłem sobie, że znajdujemy się na terenach ze znamionami wschodnimi, tymi, które mi się kojarzyły z Rosją. Może to było wpływy byłej zależności od carskiej Rosji? A może po prostu wzajemne oddziaływanie sposobów budowy i gospodarowania przestrzenią w czasach, gdy granicy nie miały charakteru znanego nam żyjącym w realnym socjalizmie? Gdy przenikanie przyzwyczajeń, gwary i sposobów bycia było podobne do układów znanych mi z przedwojennego Śląska?
Faktycznie poruszałem się w nowym dla mnie świecie i odczuwałem to z pewnym podnieceniem i zarazem zadowoleniem. Tutaj odczułem tak jakoś bardziej "namacalnie" sens naszej wyprawy. Ta inność zresztą nie ograniczała się do rzeczy martwych. Spotkałem, spotkaliśmy w następnych dniach ludzi, których zacząłem utożsamić z Polakami, jednym z rodzai prawdziwych, dawnych Polaków.
Do tej pory sprzyjała nam pogoda, ale tego dnia się zmieniła i gdzieś przed Zabłudowem w szczerym polu złapała nas duża burza. Początkowo usiłowaliśmy się schronić pod przydrożnymi drzewami, ale przy takiej ulewie niewiele to pomagało. Dodatkowo uświadomiliśmy sobie, że pioruny „lubią” szukać wysokich drzew, a ponieważ byliśmy już dostatecznie przemoczeni, pomimo deszczu udaliśmy się w dalszą drogę. Niedługo potem niedaleko naszej trasy, widzieliśmy dogasający już pożar jakiegoś gospodarstwa wiejskiego, najprawdopodobniej skutek uderzenia pioruna. Z Zabłudowa pojechaliśmy na Wysokie Mazowieckie i w Szepietowie znaleźliśmy jakieś przychylne nam przytulisko na nocleg. W gospodarstwie tym przebywał jakiś starszy od nas, ale jeszcze młody człowiek, który bardzo zainteresował się naszym nietypowym kolarskim wyczynem, i bardzo długo z nami rozmawiał. Po bliższym zapoznaniu okazało się, był pracownikiem jakiejś poznańskiej uczelni. Zainteresował się nawet używanym przez nas, wg receptury Karola, „duchem smaku” – glutamianem sodu dodatkiem do pitraszonej wówczas na tym postoju strawy. Karol, ten preparat (biały proszek) zabrał w drogę, gdyż przeczytał o nim, że mała szczypta dodana do posiłku znacząco wpływa na poprawienie walorów smakowo-odżywczych. Sądzę, że w tej wycieczce po, jakby nie było, znaczącym całodziennym wysiłku, każda strawa, nawet bez tego smakowałaby nam dostatecznie dobrze.
Wyruszyliśmy z naszego noclegu pod Wyszkowem przy nie najlepszej pogodzie, krótkie burzy i deszcze urozmaiciły nam trasę na Ostrów Mazowiecką i potem Zambrów i Wysokie Mazowieckie. Tutaj, jeszcze przed Zambrowem zmokliśmy zdrowo i wykorzystaliśmy pojawiające się znów słońce na odpoczynek, suszenie i posiłek.
Było to na odcinku drogi, tuż za kilkoma zabudowaniami i parkanem, miejscem zupełnie suchym, gdzie deszczu chyba od kilku dni nie było. Rozłożyliśmy swoje rzeczy i byliśmy akurat przy jedzeniu, gdy wybuchły niespodziewanie nasze emocje. Woziliśmy je już jakiś czas ze sobą, nie zdając sobie z tego sprawy, że w każdym z nas coś się zebrało. Dzisiaj wiem, że bliskie współżycie z drugą osobą, ciągłe przebywanie ze sobą i pewnego rodzaju wzajemne uzależnienie, zawsze niesie ze sobą zalążki konfliktów. I teraz w tym miejscu, po ostatnich przejściach, naszej awarii żywieniowej, po monotonnej prostej drodze z wiatrem i deszczem poróżniliśmy się o jakąś błahostkę: jedzenie, obraną drogę czy też czas ruszenia w dalszą drogę. Doszło do sprzeczki i wzajemnego obrażania się. W milczeniu pakowaliśmy manatki i już bez dyskusji udaliśmy się w drogę, wyznaczoną przez przewodnika - Tadzia.
Pedałowaliśmy bez słowa przez Zambrów i Wysokie, ale gdy zaczynał zbliżyć się wieczór, konieczność rozejrzenia się za noclegiem-stodołą rozwiązała nam języki i w ten sposób zakończył się nasz burzliwy epizod.

Załatwienie noclegu, rozgoszczenie się w stodole gościnnych gospodarzy, załatwialiśmy już prawie rutynowo: Wypatrywaliśmy obiekt, znaleźliśmy właściciela, przedstawiliśmy się grzecznie i prosiliśmy o zezwolenie przespania się na słomie. I rutynowo otrzymywaliśmy zezwolenie. Bywało, że chciano nas nawet w domu ugościć, ale tu myśmy stanowczo odmawiali. Co przezorniejszy gospodarz upomniał nas jeszcze, by nie używać otwartego ognia - zbędne ostrzeżenie u dwóch tak dbałych o bezpieczeństwo młodych.
Tak i dzisiaj, zatrzymaliśmy się w Szepietowie, niecałe 100 km od naszego ostatniego noclegu. Przeciwności dzisiejszego dnia dały i dzisiaj o sobie znać. Spaliśmy dobrze.

Białowieża. Dzisiaj mieliśmy przed sobą znamienny cel: Białowieżę, tą od żubrów i puszczy. Ruszyliśmy przy zachmurzonym niebie i chłodnej aurze. Wiatr mieliśmy w oczy i drogi w większości o kiepskiej nawierzchni. Dopiero za Hajnówką, gdy wjechaliśmy w puszczę, odprężyliśmy się. Wiatr się gubił między drzewami, było zielono i droga nie najgorsza. Jakaś leśniczówka po drodze. I cisza. Nie wiem, czy spotkaliśmy kogoś na tych 20 kilometrach. Potem Białowieża, znów 100 km za Szepietowem. I tu nadal bardzo spokojnie, powiedziałbym wieś zabita deskami. Schronisko PTTK w parku, drugie i ostatnie na naszej drodze.
Staraliśmy się pozostałą nam resztę popołudnia i wczesne przedpołudnie następnego dnia wykorzystać, by możliwie dużo z tamtejszej atmosfery puszczy i rezerwatu wchłonąć. Myślę, że się nam to udało, jeśli dzisiaj, po pięćdziesięciu latach mam mnóstwo szczegółów tamtejszego zakątka przyrody przed oczyma. Najwięcej z tamtejszego muzeum przyrodniczego: wiedzę o żubrach, puszczy i jej mieszkańcach. W gablocie stał piękny okaz kruka, widziałem tego z opisów dobrze mi znanego ptaka po raz pierwszy. Olbrzymi u nasady dziób zrobił na mnie duże wrażenie. Dalej okazy różnych ptaków i chyba ewenement przyrody: wielobarwne ptaki brodzące, bataliony, o których się mówi, że nie ma na świecie dwóch samców jednakowo ubarwionych.
Zaniosło nas też w stronę puszczy, czyli ścisłego rezerwatu przyrody. Wstęp do rezerwatu dopuszczalny był tylko po wyznaczonych ścieżkach, i to w towarzystwie przewodnika. Puszcza emanowała olbrzymim spokojem, oprócz szumu wiatru w listowiu żadnej żywej duszy nie doświadczyliśmy. To dotyczyło też ewentualnego przewodnika, który nie był pod ręką i stąd z bijącym sercem zapuszczaliśmy się te kilkadziesiąt czy sto metrów po ścieżce w tą zieloną gęstwinę, w której zwalone drzewa leżały tak, jak starość albo wiatr je zwaliły, nawet w poprzek drogi. W miejscach takich rosły krzaki lub młode drzewa. Powiedziano nam, że rezerwat jest domeną przyrody, człowiek nie ingeruje, tylko obserwuje. Stąd niedaleko schroniska swą siedzibę miała placówka Polskiej Akademii Nauk, która się tym zajmowała.

Nas jednak znów ciągnęło dalej, droga wołała. Następnym celem był Białystok. Tadkowi nie uśmiechnęła się myśl powrotu tą samą drogą do Hajnówki i dalsza jazda po nawierzchni niewiadomej jakości na północ. Stąd na swojej mapce odnalazł dróżkę, która niedaleko Białowieży biegła na północ i zahaczała o miejscowości Narewka i Narew, krótszą. Wiedząc, że leśne dróżki bywają często lepiej przejezdne niż dziurawy asfalt, zgodziłem się chętnie na taki wariant trasy.
Stąd bacznie obserwowaliśmy dróżki odchodzące z szosy w prawo i rzeczywiście nie przeoczyliśmy naszej. Początkowo nam się po niej bardzo dobrze jechało, choć czasami trzeba było omijać kałuży. Przejeżdżaliśmy koło małych zbiorników wodnych i droga powolutku pięła się w górę. Robiła się też bardziej piaszczysta i zaczęliśmy jeździć obok drogi, na igliwiu lasu sosnowego. Niestety nie zawsze to szło, czasami byliśmy zmuszeni do pchania naszych pojazdów. Pocieszaliśmy się tym, że niebawem musimy dotrzeć do miejscowości Narewka - a stamtąd już chyba będzie lepsza droga...
Wybrana przez nas dalsza droga prowadziła przez Brańsk, Bielsk Podlaski, Hajnówkę i dalej do serca Puszczy Białowieskiej w Białowieży. Skorzystaliśmy z noclegu w miejscowym schronisku turystycznym i przy okazji zwiedziliśmy tamtejsze bogate w okazy muzeum flory i fauny. Bardzo poznawcza była taka lekcja, gdyż wiele można było się dowiedzieć nie tylko o Puszczy Białowieskiej, ale ogólnie o przyrodzie. Naszą chęcią było przejechanie przez kompleks Parku Narodowego i wybraliśmy się boczną dróżką na północ w kierunku Białegostoku. Ten teren Polski należał i chyba nadal należy do obszarów zupełnie zapomnianych przez wszystkich, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze. Leśna droga, po kilkunastu kilometrach, zamieniła się w piaszczysty trakt i dalsza jazda naszymi rowerami była niemożliwa. Dalej musieliśmy dużymi odcinkami rowery prowadzić, ale i to nie było proste, bo należało w piachu czasami unosić przednie koło. Mijaliśmy zapuszczone osady i stanowiliśmy dla miejscowych dzieci dużą atrakcję, bo grupką asystowali nam i z dala wołali „kolarze, kolarze”.
I dotarliśmy. Jednak zostaliśmy także rozczarowani. Wioskę, nie, tych kilka domów chyba postawiono na wydmie. Od płotka jednej chałupy do płotka drugiej ciągnął się piach, piach tak głęboki, że z trudem pchaliśmy swoje rowery. Bawiła nas przy tym dzieciarnia, która towarzyszyła nam okrzykami: "Kolejarze, kolejarze, ...". Nie wyobrażałem sobie normalnego życia w tamtych warunkach, bez normalnych dróg, bez energii elektrycznej, do następnej osady kilometry, na zakupy chyba jeszcze dalej.   -   No cóż, myśmy pojechali dalej. Stopniowo mieliśmy coraz bardziej cywilizowane drogi i po pięciu chyba godzinach pokonaliśmy te trzydzieści pięć kilometrów do Narwi. Teraz już szybciutko do Zabłudowa, do wytęsknionego baru mlecznego!
Potem zaliczyliśmy Białystok. Tu przeżyliśmy pierwsze niepowodzenia, szukając taniego (stodołowego) noclegu. Okazało się, że ludność podmiejska była nam mniej przychylna, niż ludzie na wsi. Stąd zbliżaliśmy się stopniowo do rogatek tego miasta, nie znajdując kwatery i podjęliśmy decyzję opuszczenia miasta. Bo Tadek twierdził, że i tak nic ciekawego tam nie ma. Jednak kilka kilometrów za miastem znaleźliśmy kolejny dach nad głową.

Dalej na północny-zachód. Opuszczając okolice Białegostoku, zaczęliśmy myśleć o Pojezierzu Mazurskim. Powoli zapominaliśmy kiepskie drogi i mając początkowo jeszcze mżystą pogodę, szybko nazbierały się nam kilometry dalszej, pagórkowatej i urozmaiconej lasami trasy. Knyszyn, Grajewo, Ełk pozostawiliśmy za sobą. Nocowaliśmy w okolicach Orzysza, by następnego dnia dotrzeć do Mikołajek. Atrybutem tej miejscowości nie są ani wielkość, ani specjalne zabytki, ale jej położenie nad jeziorem będącym częścią wielkiego pojezierza, atrakcją żeglarską. Stąd i my byliśmy ciekawi tej polskiej stolicy żeglarskiej. Pogodę, choć wietrzna, mieliśmy świetną. Staliśmy na moście nad jeziorem, patrząc na wodę z jednej i drugiej strony, na małe żaglówki i ruch w okolicy.
I w tym momencie przyszło nieszczęście: Silniejszy podmuch wiatru przewrócił mój, oparty o balustradę, rower! Podskoczyłem, niestety za późno, Mój rower, na który tak chuchałem, był pozbawiony uchwytu na kierownicy. Ten uchwyt, wtedy jeszcze solidna konstrukcja bakielitowo-papierowo-metalowa, nie wytrzymał upadku i rozsypał się. Oczywiście obręcz metalowa wraz z częścią bakelitu pozostała na kierownicy - chyba dla wiecznego przypomnienia mi mego gapiostwa. Wiecznego, bo instytucja części zamiennych wtedy jeszcze nie działała.
W Mikołajkach nie zabawiliśmy długo, braliśmy kurs na Olsztyn, przez Mrągowo i Biskupiec. Pogoda nam dalej sprzyjała, choć wiatr dał się nam we znaki. Tak ciągnęliśmy swoją trasą, raczej żwawo po szosach, zaś umiarkowanie, z rozglądaniem i obserwacją otoczenia przez wioski. I pamiętam taki moment, gdzie w naszym polu widzenia pojawiła się kobieta, patrząca z otwartego okna parterowego na ruch uliczny. Zapewne i na nas - ale jeszcze bardziej chyba ja na nią. Bo oparta na ramionach i parapecie wystawiła niechcąco(?) znamienną część, poprawniej, dwie części ciała na widok publiczny. Byłem tak zahipnotyzowany widokiem, że rower samodzielnie toczył się swoją drogą, wprost na ustawiony tam - nie wiadomo poco - pachołek kamienny. W ostatnim momencie, ekwilibrystycznym zamachem zdołałem uniknąć zderzenia - wywołując tym radość mego kolegi ...i tej pani chyba. Ale ja tam już nie patrzyłem.
W tych gorących dniach, późnym popołudniem, zdołaliśmy napić się najlepszej w życiu maślanki. W Olsztynie, po ponad 120 km jazdy, natknęliśmy się w ciasnej, cienistej uliczce na bar mleczny. Nie byliśmy głodni, tylko spragnieni. Stąd zdecydowaliśmy się na maślankę, każdy pół litra. Była świetna, nieporównywalna z tą dzisiaj pod mianem maślanki sprzedawaną kwaśnawą wodą. Wobec przystępnej nawet dla nas ceny oraz trwającego pragnienia wypiliśmy następne porcje, nie pamiętam czy półlitrowe. W każdym razie zdołaliśmy wyrównać swój bilans płynowy i lekko ociężali powłóczyliśmy się troszeczkę po mieście, by następnie wyjechać z miasta, szukać noclegu. Droga biegła przez las, który wydawał się bez końca. Jednak tak nie było, bo raptem się skończył i znaleźliśmy się w Nagladach, wiosce tuż za lasem - która też udzieliła nam gościnę.
Gdzieś za Ostródą, chyba koło Miłomłyna, droga wiodła pomiędzy dwoma jeziorami. Pod koniec dnia widok jak zresztą na całych Mazurach, sielankowy. Skorzystaliśmy z okazji, zrobiliśmy przerwę w podróży i wykąpaliśmy się. Nieopodal było dość zaniedbane gospodarstwo, gdzie chętnie nas przyjęto na nocleg w zabudowaniach gospodarczych. Rano do umycia się skorzystaliśmy z podwórkowej studni, a potem robiliśmy sobie śniadanie. Gospodyni była bardzo zainteresowana naszym kucharzeniem i z ciekawością nam się przyglądała. Potem jakoś zostałem sam, bo mój kolega poszedł z gosposią chyba po mleko dla nas. W drodze do domu rozmawiali w języku niemieckim i kiedy Karol wrócił, wspomniał mi, że ta kobieta mieszka tu od czasów niemieckich i że ciężko była doświadczona nową rzeczywistością, kiedy nastała Polska Ludowa. Przeciętnie dziennie pokonywaliśmy dystans 150 – 170 km, przy niezbyt zawrotnym tempie pokonując w 3 godz. ok. 50 km - cały dzień spędzaliśmy na siodełku. Nasza trasa wiodła wzdłuż kanału Ostródzko-Elbląskiego, który przebiega przez wiele jezior i jest dużą turystyczną atrakcją. W czasie kiedy myśmy tamtędy przejeżdżali w 1957 roku, nie był czynny, bo był zapuszczony i zaniedbany po wojennych zniszczeniach i powojennych dewastacjach. Obecnie już służy turystycznym przejazdom i trasę o długości ok. 120 km przepływa się barką, która częściowo porusza się też po lądzie. Podobno na świecie są tylko dwie tego typu drogi wodne.

Ku wybrzeżu. Już rano zbieraliśmy się do następnego etapu, który miał kończyć się w Elblągu, wizytą u naszego kolegi, Andrzeja. Byliśmy troszeczkę podnieceni, bo po tygodniu wśród nieznajomych, mieliśmy spotkać "na obczyźnie" bliskiego człowieka. Stąd nam droga, przy pięknej pogodzie i wiatrem z tyłu(!), szybko przeleciała i ledwo minęło południe, to byliśmy pod Elblągiem. Tam natknęliśmy się na niedokończony węzeł autostradowy, obecna droga go tylko częściowo wykorzystała. Z mostu, czyli górnej części węzła patrzyliśmy na całość i snuliśmy domysły, jak to miało funkcjonować. W każdym razie pozwoliliśmy sobie na jeden fantazyjny zjazd po betonowej pętli donikąd.
Najbliższym naszym celem był Elbląg, bo tam, dorabiając do studenckiej kieszeni w czasie wakacji, wychowawcą na koloni z młodzieżą ze Śląska, był nasz kolega z roku - zabrzański Andrzej, którego zamierzaliśmy odwiedzić. Nam takie odwiedziny wyszły na zdrowie, bo w internacie, gdzie była kolonia, Andrzej umożliwił nam zakwaterowanie, porządne umycie się (choć w drodze kąpaliśmy się w jeziorach) i spanie chyba przez dwie, a może trzy noce w normalnym łóżku, co przyjęliśmy z radością. Z Elbląga, bez rowerów, bo zostały u Andrzeja, statkiem żeglugi turystycznej, przez Zalew Wiślany, popłynęliśmy do Krynicy Morskiej. Tam pierwszy raz w życiu zobaczyłem prawdziwe morze i z radością wspominam przekonanie się, że woda w nim jest słona. Nie przypuszczałem wtedy, że w życiu tak mi się ładnie ułoży, że będę miał sposobność skosztować wody jeszcze w kilku innych np. Adriatyku, Morzu Czarnym, Tyreńskim, Jońskim, Marmara, Egejskim, Śródziemnomorskim, a wspomnę też o Kaspijskim i Zatoce Perskiej.
Potem wjechaliśmy do miasta, szukając "biwaku" Andrzeja, który tu corocznym zwyczajem przebywał jako wychowawca uczniów na kolonii. Bez kłopotów dobiliśmy do internatu szkoły, w którym - chyba zabrzańska - młodzież przebywała na feriach. Pamiętam porządnie ubranego Andrzeja, szefa tam poniekąd, który załatwił nam nie tylko noclegi, miejsce na rowery i coś jadalnego, ale podjął się także roli przewodnika po mieście - gdy obowiązki mu na to pozwalały. Poznaliśmy miasto, bulwar nad kanałem i inne punkty strategiczne, które miały nam w następny dzień umożliwić wycieczkę statkiem-promem do Krynicy Morskiej (Łysicy) na Mierzei Wiślanej. Wycieczka się odbyła, tyle że nie pamiętam punktu, z którego prom wypłynął. Czy to było w samym Elblągu, czy w Tolkmicku? Zapamiętałem buro-żółtawe wody zalewu oraz przyjemniejszy dla oka kolor wód Bałtyku. A my w ciągu dnia byliśmy i tu i tam. Ciekawe dla mnie spostrzeżenie: jęzor lądowy, tylko kilka setek metrów gruntu oddziela dwa akweny wodne.
Z tym oddzieleniem mieliśmy dwa tematy do dyskusji: Jak to z poziomem wody tu i tam? Jednak to było proste.
Trudniejszy drugi natomiast z aspektem politycznym. Byliśmy w strefie przygranicznej i ten jęzor lądowy, wyrosły w Polsce, został w połowie obcięty. Zaś ten kawałek, taka wyspa polityczna, należał do ówczesnego wielkiego brata Polski. Tak jak i przesmyk wodny, to jedyne wyjście z zalewu na otwarty Bałtyk. Wydawało mi się to skomplikowane i nielogiczne - ale do roztrząsania aspektów politycznych tego rozwiązania między nami nie doszło. Widać, mieliśmy jeszcze jakieś ukryte bariery, niepozwalające nam mówić o "drażliwych" w tamtym ustroju, tematach. Podobnie bywało z językiem niemieckim. Serdeczny mój kolega, w innym miejscu wyraził swoje krytyczne uwagi w związku z domniemanym moim ukrywaniem się znajomością języka. Myślę, że dzisiaj znamy się lepiej i nie jest to problem. Szczególnie tak myślę po moich pisemnych wyjaśnieniach sprzed lat.
(http://www.kmosler.de/PL/Ojczyzna/Alte-Heimat/35.html#2)
Ale my byliśmy jeszcze w Krynicy czy Łysicy, niepozornej wiosce z jakimiś domami wypoczynkowymi i parkiem. Nas ciągnęło dalej, wzdłuż wybrzeża i przez lasek sosnowy. Właściwie nic osobliwego, niż sam wąski jęzor lądowy, nie pozostał w mojej pamięci. Woda była zimna i myśmy zamoczyli tylko nogi. Zresztą czas nam szybko biegł i pilnowaliśmy, żeby nie spóźnić się na prom powrotny. Dzień skończyliśmy w towarzystwie Andrzeja w Elblągu.

Kierunek: południe. Już rano nastąpiło przesilenie naszej podróży: Z górki, bo na mapie w dół, ale bardziej na serio dlatego, że pozostało nam już tylko kilka dni naszej eskapady. Malbork był pierwszym miastem na tej części naszej trasy. Pogoda zaczęła się psuć i my zadowoliliśmy się ogólnymi wrażeniami z miasta i obejrzeniem zamku krzyżackiego z zewnątrz. Stąd w pamięci kojarzy mi się Malbork z czerwonym kolorem gotyckich budowli.
Z Malborka przez Sztum, Kwidzyń, Grudziądz, gdzie przekroczyliśmy Wisłę, dalej przez Świecie kierowaliśmy się na Bydgoszcz. Gdzieś przed Grudziądzem mieliśmy przygodę, która ze względu na swoją osobliwość utkwiła mi w pamięci. Na bezpiecznym odcinku szosy dopędziła nas kolumna wojskowych samochodów ciągnących działa. Przy sprzyjających warunkach i dopingujących nas nawoływaniach siedzących na pakach samochodów wojaków, złapaliśmy się któregoś działa i holowani przez samochód jechaliśmy zadowoleni „za darmo”, szybko pokonując dystans. Pogoda w tym dniu była mokra i skutkiem tego szosa też. W tych czasach nawet główne szosy dość często były używane przez konne zaprzęgi, a konie wiadomo, czasem też mają potrzeby naturalne i ozdabiają drogę. Spokojnie holowani jechaliśmy dość długo, do czasu, aż żołnierze zaczęli się śmiać i coś nam pokazywać. Spojrzeliśmy z Karolem na siebie i zrozumieliśmy przyczynę wesołości życzliwych nam ludzi w mundurach – byliśmy obryzgani od kół odchodami końskimi. Szkoda było zrezygnować z dalszej wygodnej jazdy, a jednak przeszliśmy na własny napęd, aby doprowadzić się do przyzwoitego wyglądu przy jakiejś studni.
Dalej jechaliśmy na Sztum, Kwidzyń i Grudziądz, by w pobliżu tego ostatniego miasta przenocować. Pogoda w tym dniu była bardzo urozmaicona, sumarycznie nieżyczliwa. Spanie zrobiło nam bardzo dobrze, stąd następnego poranka świeżymi siłami udaliśmy się w dalszą drogę. Pogoda nadal była niedobra: deszcze, silne wiatry boczne i czołowe. Jedynie nawierzchnia drogi nas podtrzymywała na duchu przy pokonaniu trasy z Grudziądza, przez Świecie, Bydgoszcz, Szubin, Żnin, Gniezno do Łubowa, razem prawie 150 km w tym dniu.
Sytuacja meteorologiczna i drogowa w nowym dniu była podobna, ale odległość pokonana znów odrobinę większa, mianowicie ponad 150 km poza Rawicz, przez Kostrzyń, Poznań, Stęczew, Kościan i Leszno. Ciągnęło nas do stajni? Przenocować chcieliśmy w miejscowości Przywsie, tuż za Rawiczem. Ale tu po raz pierwszy nie chciano nas przyjąć w okazałym gospodarstwie. Musieliśmy zapukać do drugiego i trzeciego, by móc przespać się pod dachem. Zbytnio się tym nie przejęliśmy, bo czuliśmy zbliżający się koniec podróży. Około 60 kilometrów do Wrocławia, do miasta, w którym prawie rok pracowałem, czyli do miejsca swojskiego. A potem pozostałyby te etapy z Wrocławia do Gliwic, które znałem na pamięć - z moich podróży koleją.
W następny dzień, jeszcze przedpołudniem, po przejechaniu przez Żmigród i Trzebnicę, byliśmy we Wrocławiu. Przejąłem inicjatywę i zapilotowałem nas do przestronnego baru mlecznego, w którym zamierzaliśmy zjeść obfity posiłek. Bo każdy z nas, bez wypowiedzenia tego głośno, liczył z zakończeniem etapu w Gliwicach. Ale w barze niebawem się okazało, że nasze finanse są w stanie agonalnym - zamiast obfitego, zjedliśmy skromny posiłek, zostawiając sobie minimalną rezerwę na ewentualny napitek na czekającej nas drodze. I tu, w tym barze, została podjęta decyzja o zakończeniu naszej jazdy jeszcze w tym samym dniu! Czułem się troszeczkę nieswojo, bo widziałem dalsze 160 km przed nami...
Nie zatrzymaliśmy się zatem dłużej we Wrocławiu, tylko ruszyliśmy w drogę. Brzeg, Opole, Strzelce, Gliwice w namiarze. Wiatr i nie najlepsza być może kondycja (kaszki z baru mlecznego widać nie były tym optymalnym pożywieniem dla "wyczynowców") spowodowały, że droga zaczęła nam się dłużyć. Stąd nieśmiałe spojrzenia w kierunku wyprzedzających nas od czasu do czasu ciężarówek.
I kawałek przed Opolem dojrzeliśmy. Porozmawialiśmy z kierowcą stojącej akurat ciężarówki, pustej ciężarówki, i dowiedzieliśmy się, że dąży do Bytomia i stąd Pyskowice leżą na jego drodze. Gdy jeszcze wyraził zgodę zabrania nas wraz z rowerami, byliśmy bardzo zadowoleni. Nasz zaplanowany czas jazdy, 5 - 6 godzin, skurczył się do dwóch godzin, po których miły kierowca wysadził nas na pyskowickim rynku.   -   Pyskowice, miejsce mej młodości niewiele się zmieniły. Nie traciliśmy tam jednak czasu, bo w moim koledzy narodziła się myśl, że zdąży jeszcze w tym dniu na pociąg do Rzeszowa. Stąd droga z Pyskowic do Gliwic, przez las łabędzki, przeleciała nam, jak z bicza strzelił. Jeszcze dzisiaj czuję wspaniałą gładkość drogi rowerowej w chłodnawym już lesie, gdzie rower się toczył jak gdyby miał drugi, obok pedałów, dyskretny napęd.
I raptem byliśmy na dworcu gliwickim. Upewniliśmy się co do pociągu i środków finansowych w posiadaniu Tadzia   - ...i pożegnaliśmy się. Bo Tadek nie musiał się specjalnie wysilić, by mnie przekonać, że sam sobie poradzi, ja zaś mogę śmiało udać się do domu. Co też chętnie uczyniłem. Hela już była w domu i przywitanie było radosne. Nie wiedziała bowiem kiedy wrócę, dzisiaj czy za tydzień.
Gdyż wtedy praktycznie brak było możliwości skutecznego porozumiewania się - ale o tym już wspomniałem.

Jakby epilog. Byłem znów w domu, ponad 1600 kilometrów w 14 dniach za sobą. Satysfakcja z racji tego sportowego wyczynu i zadowolenie z udanej próby poznawania ludzi i kraju. Bo rzeczywiście przeżyłem wiele momentów pouczających, z którymi zetknąłem się od momentu wyjazdu z Gliwic do szczęśliwego powrotu. Wspomniałem o nich w powyższych zapiskach. Górowało nad wszystkim doświadczona gościnność - przede wszystkim - prostych ludzi. Poznałem nieznane mi krajobrazy, zwierzęta ...i geografię Polski.
I jeszcze jedno przekonanie we mnie się utwierdziło: Krajobraz, drogi, zdarzenia podczas wycieczki rowerowej zapadają niewspółmiernie głębiej do pamięci, aniżeli to ma miejsce podczas każdego innego rodzaju podróżowania. Przez lata miałem w swojej głowie zakodowany film naszej trasy, widziałem drogę i zakręty, miejscowości i okolicę. Gdy zamknąłem oczy, mogłem przejechać trasę, tak, jak uprzednio na rowerze.
Jeszcze początkiem lat siedemdziesiątych, jadąc samochodem do Białegostoku, poznałem ulicę i oczekiwałem pojawienia się miejsca naszego towarzyskiego niżu w okolicach Zambrowa.   -   Jednak dzisiaj takie szczegóły drogi odsunęły się już w niepamięć, zresztą może i dlatego, że się zmieniło jej otoczenie, zabudowa i drzewa.
Sumarycznie: Nasze przedsięwzięcie pozostało dla mnie kamieniem milowym w dojrzewaniu i kształtowaniu mej osobowości.

Spisano w styczniu 2008 r.

Poczatek strony    


Przez Polskie "Prerie" 1958 roku - pieszo i na rowerach



    Rok 1958 miał okazać się obfitym w wydarzenia rokiem - dla naszej małej 3-osobowej grupy, złożonej z Kazika, Tadka i mojej osoby. Przed oczyma sześciotygodniową praktykę w Wałbrzychu, zadecydowaliśmy jeszcze zaliczyć małą wycieczkę krajoznawczą, folgować naszej pasji przygodowej w Bieszczadach. W Bieszczadach, czyli tej krainie na krańcach Polski owianej legendami smutnej historii powojennej i dalece jeszcze bezludnej. Rozważaliśmy tą ewentualność już w okresie wykładów, gdyż należało rozwiązać problem roweru dla Kazika. To, że ewentualną podróż odbędziemy na rowerach, było ustalone. Zresztą innej możliwości ze względów finansowych nawet nie braliśmy pod uwagę. Tylko Kazik nie miał roweru...
     Aniołem ratunkowym okazał się nasz wspólny kolega Andrzej. Do wypożyczenia roweru Kazikowi nie musieliśmy go specjalnie przekonać. Miał wtedy jakąś pracę i z roweru i tak nie mógł specjalnie korzystać. Rower okazał się przedwojenną chyba, ciężką kobyłą. Tyle że Andrzej wyposażył ją dla fasonu w kierownicę wyścigową. Czyli problem roweru mieliśmy z głowy.
     Dzięki Tadziowi mieliśmy pewne pojęcie o tej tak szczególnej krainie, zarówno jej topografii, najnowszej historii i jej szczątkowym zaludnieniu. I ten ostatni aspekt zmusił nas do zastanowienia się nad możliwościami nocowania z dala od ludzkich zabudowań i stodół. W rachubę wchodził namiot, artykuł w owych czasach raczej ekskluzywny, szczególnie z punktu widzenia portfelu studenckiego. Tak się szczęśliwie złożyło, że starszy brat Tadzia (w naszych oczach dorosły już człowiek), dysponował tym osiągnięciem techniki i był skłonny wypożyczyć go biedniejszym. Nie przeszkadzało nam, że namiot ten był jeszcze bardzo prymitywno-tradycyjny: Dwa kije stanowiły konstrukcję nośną dwuspadowej powłoki namiotowej, resztę załatwić miały odciągi. Był wystarczająco ciężki - bo nie znano, lepiej może, nie stosowano wtedy jeszcze tkanin lub materiałów z tworzyw sztucznych.

     Czym prędzej, tuż po zakończeniu wykładów szóstego semestru i zdaniu przypadających egzaminów, Kazik zabrał się z rowerem do domu, do Trzciany (Dąbrowy?) pod Rzeszowem, czyli w tym samym kierunku co i Tadek. Raz, dla odpoczynku po trudnej sesji, a dwa, dla przygotowania się do naszej nowej wyprawy. Myślę, że obaj mieli mnóstwo zajęć. Szczególnie Kazik musiał przyzwyczaić się do nowego środka lokomocji, zbyt mało miał dotąd okazji poćwiczyć. No i musiał przygotować swój ekwipunek na nowy, dla niego, rodzaj wycieczki.
Ja spędziłem kilka dni w Gliwicach. Pierwszy to był rok, w którym nie oglądałem się w okresie wakacyjnym za pracą zarobkową. W połowie czerwca spakowałem - już rutynowo - swoje manatki i pociągiem pojechałem do swojej "kwatery wypadowej" u Tadka, na Wincentego Pola w Rzeszowie.
     Byłem tam kilka dni, w tym czasie odwiedziliśmy Kazika. Zaś ten doszlusował do nas w dzień przed wyjazdem.

     Już w komplecie, ruszyliśmy wczesnym rankiem 17 czerwca 1958 roku ostro w drogę. Na południe, Bieszczady w celowniku. Przez Boguchwałę kierowaliśmy się na Sanok, potem Lesko. Jednak za nim tam dotarliśmy, znać dała o sobie nie najlepsza nasza kondycja i rozejrzeliśmy się za miejscem odpoczynku. W pobliżu wsi Postołów było tak daleko, na małym wzniesięniu, z dala od drogi rozbiliśmy swój pierwszy biwak. I rozpaliliśmy swoje pierwsze ognisko. Nie tylko dla dodania mu romantyzmu, ale także dla bardzo konkretnych celów przyrządzania zupy, chyba też herbaty. Wobec sprzyjającej nam pogody noc spędziliśmy bez wszelkich sensacji.
     Na drugi dzień teren swoim ukształtowaniem nam już przypominał, że zbliżamy się do celu kolejnego dnia. Ostatnie kilkanaście kilometrów, już za Baligrodem, były fatalne. Droga posiana była dziurami, czasami kilkanaście centymetrów głębokimi i o średnicy od pół do półtora metra. Jechaliśmy slalomem, starając się nie wpaść w żadną z nich. Nie zawsze się to udawało...
     Małą przerwę włączyliśmy w Jabłonkach, dla odpoczynku i kontemplacji historycznej. Choć ta ostatnia się mniej udała. Stanęliśmy przy skromnym wtedy jeszcze pomniku generała Karola Świerczewskiego, "Waltera", który się "kulom nie kłaniał". Jego rola, jego osoba, w owych czasach była kryształowo jednoznaczna - stąd też niewiele nowego dowiedziałem się od swoich towarzyszy, miejscowych poniekąd. Dzisiaj może sprawy wyglądają bardziej kontrowersyjnie, w każdym razie pomnik wygląda już inaczej.
     Teren był górzysty, stąd zdarzały się też ładne zjazdy. Chętnie korzystaliśmy z okazji, by popuścić rowerowi i troszeczkę prędzej przebyć kolejny odcinek. Niestety opisane pułapki zmuszały nas wtedy do jeszcze większej ekwilibrystyki i stąd wykorzystywaliśmy bez żenady całą szerokość drogi. Lewa czy prawa strona, nie było pytania. I tak droga była puściuteńka - czyli nasza.      Pamiętam taki długi prawy łuk drogi z wyraźnym spadkiem. Tadek popuścił cugle i dość żwawo wirażował pomiędzy wybojami w dół. Kazik jadąc za nim, dał się zarazić - tylko ja zostawałem troszeczkę z tyłu. Z powodu "szanowania" mego roweru albo może bardziej ze wrodzonej ostrożności, gdyż nigdy nie lubiłem dużego ryzyka. I w tym momencie stało się: Kazika, w trakcie manewru omijania dziury wyniosło na lewe, zewnętrzne pobocze, gdzie z wielkim trudem, przy szybkości ok. 30 km/h zdołał jednak opanować rower i wrócić na odrobinę równiejszą, regularną drogę. Ja się cały sprężyłem, zwolniłem odruchowo i popatrzyłem poza to wąskie pobocze: dwa czy trzy metry poniżej zwałowisko łamanej skały!
     Dalej szło już troszeczkę wolniej. Pomimo tego, jeszcze było wczesne popołudnie, dojechaliśmy do Cisnej, gdzie mieliśmy zamiar rozpocząć drugą część naszej wyprawy. Cisna była małą wioską, kilkanaście bardzo prostych chałup czy ubogich gospodarstw. Ale był jeden sklep, dokładniej, kiosk spożywczy Gminnej Spółdzielni "Samopomoc Chłopska", w którym uzupełniliśmy swoje zapasy o chleb i jakąś konserwę.
     I zaczęliśmy rozglądać się za bezpiecznym miejscem, w którym moglibyśmy zostawić swoje rowery. Myśleliśmy o jakimś zamykanym pomieszczeniu gospodarczym, ale to, po pierwszej, wzrokowej inspekcji zabudowań wsi, okazało się trudnym zadaniem. Zapukaliśmy zatem u gospodarza, u którego, oprócz domu, istniały jeszcze inne zabudowania. Wyłuszczyliśmy mu nasz problem, sugerując oczywiście jako miejsce ewentualnego podstawienia naszego majątku, widziane zabudowanie gospodarcze. Jednak on z powątpiewaniem poruszał głową i zaproponował lepsze rozwiązanie. Całkiem pewnie przeżyją rowery w jego piwnicy! To nam oczywiście przypadło do gustu i nie zmieniliśmy nawet zdania, gdy okazało się, że piwnica jest wilgotna. Za to miała tylko jedno wejście: przez klapę w podłodze pomieszczenia mieszkalnego! Z nijakim trudem zdołaliśmy przepchnąć rowery przez przyciasnawy prostokąt i podziękowawszy gospodarzowi za przysługę, pożegnaliśmy się z nim na niewiadomy okres.

     Ruszyliśmy w drogę - tym razem już na własnych nogach. Każdy miał swój plecak i wybrany(!) dodatkowo na piersiach tobołek z namiotem. Uzgodniliśmy, że zaszczyt taskania namiotu będzie przechodził kolejno z jednego na drugiego, co jakiś czas. To nawet działało, każdy był wystarczająco honorowy, by nie dopuścić do przeciążenia bliźnich.
     Kierunek wyznaczył Tadek. Kierował się szczątkowym oznaczeniem szlaku turystycznego, ale głównie ukształtowaniem terenu i kompasem. W pierwszym dniu, po opuszczeniu wsi i w ogóle obszaru "cywilizowanego", znaleźliśmy się niebawem na odludziu, wyczuwalnym na każdym kroku. Stąd nie maszerowaliśmy też dalej niż godzinę, może dwie i przy dobrej jeszcze widoczności rozbiliśmy swój drugi obóz. Była to malutka, trawiasta i pozioma polanka otoczona krzakami i pojedynczymi drzewami. Tadek już rutynowo objął dowództwo przy ustawieniu namiotu, i znów wykorzystana została siekierka, którą specjalnie zabrał ze sobą: do wbijania śledzi, ale także do rąbania drwa pod ognisko - ale to było dnia poprzedniego. Ja rozpakowałem w tym czasie kocher dla ugotowania na nim pierwszej herbaty do kolejnej naszej (obfitej, bo poco nosić) kolacji. Czuliśmy drogę już w kościach i ledwo się szarzyło, władowaliśmy się do namiotu. Kocami i luźną odzieżą pokryliśmy się solidarnie - leżąc jak śledzie w puszce obok siebie. Chyba Kazik pośrodku. Zapowiadała się bowiem chłodniejsza noc.
    Osobiście miałem wyśmienite spanie. Ani twarde i zimne podłoże, ani nastały nad ranem deszcz, nie przerwał mi sen dłużej, niż na kilka minut. Bo te przerwy w śnie były wymuszone niespokojnie leżącymi kolegami lub usuwającym się nakryciem. W każdym razie obudziłem, obudziliśmy, się ostatecznie, gdy już było jasno i ostatnie krople deszczu - prawdopodobnie z drzewa - spadały na namiot. Ktoś stwierdził, niezbyt inteligentnie chyba, że deszcz pada i palcem przesunął po już wyraźnie niżej wiszącej płachcie namiotu. I oczywiście wywołał swoim czynem, nie tylko ścieżkę na brezencie, z której zaczęło kapać do środka, ale także reprymendę pozostałych mieszkańców namiotu. Uchyliliśmy płachtę sprzed wejścia, by wspólnie ocenić stan pogody. Ocena wypadła pomyślnie, niebo wykazało tendencje przejaśnieniowe, choć chłód był wyraźny.
     Wstaliśmy i patrzyliśmy na mokry namiot...  -  Wzajemnie pocieszaliśmy się, że do czasu wyruszenia się na pewno podsuszy. W międzyczasie znów ugotowaliśmy herbatę, korzystając z wody pobliskiej strużki wody, zwanej przez nas strumieniem. Można się było tam nawet odrobinę odświeżyć. Było po śniadaniu, ale słońce nadal się ukrywało. Zaczęliśmy zwijać mokry namiot, zapakowali go i w odrobinę mniejszej niż wczoraj euforii rozpoczęliśmy swój marsz.

     Z doliny wyszliśmy na rozległy grzbiet górski, charakterystycznej dla Bieszczad połoniny. Jak okiem sięgnąć łagodne garby szczelnie porośnięte borówkami, niestety jeszcze niedojrzałymi. Gdyż my wyszli na ponad 1000 m n.p.m., zetknęliśmy się z następną nieprzyjemnością: weszliśmy w rzadką, tym niemniej szalenie ograniczającą pole widzenia, mgłę. Mieliśmy kłopoty z utrzymaniem kierunku, bo falisto ukształtowana powierzchnia skutecznie sugerowała taki czy inny przebieg głównego grzbietu, którego właściwie chcieliśmy się trzymać.
     Z czasem mgła na tyle zrzedła (albo my zeszliśmy po prostu niżej?), że mogliśmy obserwować mijane doliny. Tutaj doznałem pewnego rodzaju szok, widząc tam od czasu do czasu ślady ludzkiego bytowania. Mianowicie fragmenty domostw lub ogrodów. Od Tadka dowiedziałem się, że kiedyś, przed, w czasie i nawet po wojnie w Bieszczadach było wiele wsi, które w ramach walk zostały zniszczone. Kto z kim i o co walczył, niezupełnie zrozumiałem. Być może Tadek przekazał mi wtedy tylko część swojej wiedzy? ...Żyliśmy przecież w 13. roku ustroju, którego zasady opierały się na wolności jego obywateli i przyjaźni ze sąsiednimi narodami. W każdym razie pozostał we mnie pewien deficyt wiedzy o historii tego regionu, pogłębiony jeszcze nieznanym uczuciem samotności. Od wczorajszego popołudnia chodzimy, godzinę za godziną, a żywego ducha nie widać. Jednak powód, by mieć wątpliwości związane z tym ludzkim pustkowiem.

     Moje myśli zostały przerwane, gdy któryś z moich kolegów zwrócił uwagę na coś, co się w odległości kilkuset metrów poruszało. W pobliżu jakiegoś słupa "krzątała" się jakaś postać, raz skulona, raz wyprostowana przy słupie. Nie mogliśmy dobrze oszacować ani jej wielkość, ani odległość, która nas od tej postaci dzieliła. Pojawiły się kontrowersyjne zdania: człowiek to czy zwierz? Ale co by tam robił człowiek koło tajemniczego, stojącego na pustkowiu słupa? Czyli zwierz! - Ale jaki zwierz? Tylko niedźwiedź wchodził w rachubę. W tym momencie zrobiło się nam troszeczkę nieswojo i postanowiliśmy kontynuować swoją drogę, która nas od tego zjawiska oddalała. Maszerowaliśmy zatem dalej, zewnętrznie spokojnie (bo to ponoć nie prowokuje dzikich zwierząt), ale każdy z nas zerkał co chwilę na bok, potem już do tyłu, aż zjawa znikła z naszego pola widzenia. Powolutku wracały normalne problemy do naszej świadomości i zaczęliśmy się zastanawiać nad następną nocą, w tym teraz po zwinięciu, już rzeczywiście mokrym namiocie.
     Wtedy naraz na horyzoncie zarysowało się rozwiązanie naszego problemu, w postaci jakieś chaty, nad którą unosił się czasami dymek. Zaczęliśmy snuć domysły, co się za tym kryje. Jednak po dostatecznym zbliżeniu się do tego obiektu stwierdziliśmy, że to po prostu szałas pasterski. Były ogrodzenia znane z gospodarstw wiejskich, a dalej widzieliśmy już stado owiec. Czyli wytłumaczenie całości na dłoni: Pasterzy ze swoimi zwierzakami!

     Zrobiło nam się raźniej, bo zapowiadała się możliwość spania pod dachem, co po doświadczeniach nocy, wietrznym i chłodnym dniu uważaliśmy, nawet bez uzgodnienia, za świetną alternatywę. Po krótkiej wymianie zdań zboczyliśmy ze swojej górskiej ścieżki i kierowaliśmy się ku zabudowaniu. Z bliska stwierdziliśmy, że jest to rzeczywiście szałas pasterski, jaki każdy z nas już widział w Tatrach. Na przywitanie wyszedł nam przeciwko olbrzymi owczarek podhalański, tak, żeśmy pełni respektu stanęli na miejscu. Ale tuż za nim ukazał się baca i nas uspokoił. Szybko się z nim dogadaliśmy i po chwili weszliśmy do środka. Pokazał nam wyro, z desek zrobiony podest z rozłożoną na nim słomą, tak szeroki, że zmieściłoby się i sześć chłopa. Okazało się, że byli w trójkę i przybyli tu na letni wypas z obszaru utworzonego wtedy Parku Tatrzańskiego. Przywieźli ze sobą nie tylko owce i całe wyposażenie, ale także inne zwierzęta dla realizacji normalnego gospodarstwa. Czyli kilka świń, krowę i chyba kury, oraz konia z furmanką, przy pomocy której odwozili swoje produkty i zaopatrzyli się w brakującą im żywność. Bo w zasadzie byli prawie samowystarczalni.
    My, pozbawieni troski o dach nad głową (namiot suszył się już pod zwisem dachu), interesowaliśmy się żywo organizacją życia tych trzech mężczyzn przez kilka miesięcy na tym bezludziu. Dowiedzieliśmy się od bacy, że owce na noc są spędzane do ogrodzenia, zaś jeden albo dwóch z nich śpią tam na zewnątrz, na takim legowisku urządzonym ok. 1,5 metra nad ziemią i zaopatrzonym w zadaszenie. Dlaczego? Bo wilki przychodzą i probują dobrać się do stada. Ta wiadomość nas zelektryzowała, mnie chyba szczególnie. Wilki! Wilki znane z wielu dramatycznych, historycznych opowiadań oraz takiż obrazów. Poprosiliśmy, żeby na obudzono, gdy przyjdą. Obiecali. Ale nie obudzili ani tej, ani następnej nocy. Bo wilków nie było.
     Póki co chcieliśmy zajrzeć za kulisy tego gospodarstwa. Baca właśnie powiedział, że teraz, wieczorem, spędzone z pastwiska pod ogrodzenie owce będą dojone. Dla mnie, dla reszty wystarczająco egzotyczna czynność, by chcieć się jej przyjrzeć. Ja widziałem już dojenie krów i kóz, nawet strużki mleka z wymienia końskiego, wyciskane przez gospodarza, gdy mleko źrebakowi już nie było potrzebne. Ale owce? Nigdy przedtem nie zauważyłem, żeby owca miała wymię. Jeśli coś zauważyłem, to byłem przekonany, że patrzę na barana...
     Przechodziliśmy właśnie przez łąkę dzielącą nas od ogrodzenia dla owiec, gdy naraz, tak znikąd przytruchtał młody byczek i stanął z pochyloną głową kilkanaście metrów przed nami. Czy to była poza do ataku czy tylko do lepszego widzenia nas, czy to był rzeczywiście byczek, a nie młoda krowa nie mogliśmy w przeciągu kilku sekund ustalić. Wiedzieliśmy tylko, że powrót do szałasu był niemożliwy i stąd cichutko powiedziałem: "spokojnie naprzód", licząc na to, że nasza zdecydowana postawa odstraszy go od ataku, zaś w najgorszym przypadku zwierz będzie miał trudności z wyborem obiektu. Skorygowaliśmy tylko lekko kierunek naszego marszu, by utrzymać stałą odległość od obiektu naszych obaw i rzeczywiście "szczęśliwie" przedostaliśmy się do celu. Nie obyło się oczywiście bez ciągłego, dyskretnego patrzenia na ewentualne niebezpieczeństwo.
     Wejście dla owiec do nocnej zagrody stanowiły dwa króciutkie korytarze ograniczone balami drewnianymi. Na końcu każdego z nich siedział na zydelku pasterz z wiaderkiem, przepuszczał po jednym zwierzaku i w ostatnim momencie zatrzymał go chwytem za nogę, podciągnął do wiadra i wydoił kilka kropelek (tak mi się to widziało) mleka. Szło to tak sprawnie, żeśmy się szczerze zdziwili, przede wszystkim dlatego, że nigdy nie próbował doić barana, choć naszymi oczyma różnic w wyglądzie zewnętrznym i nawet kształcie tej przydawki nie było.

     Gościnność gospodarzy, możliwość nabycia u nich mleka i wciąż niejednoznacznie miła pogoda ułatwiły nam decyzję pozostania jeszcze jeden dzień w bacówce. Gotowaliśmy swoje posiłki, chodziliśmy po bliższej okolicy i rozmawialiśmy z bacami, dowiadując się wiele o ich życiu, organizacji przewozu zwierząt, ich pracy w zimie itd. Pomiędzy tymi zajęciami bacznie obserwowaliśmy ich pracę. Bo szykowało się jednorazowe w naszym życiu zdarzenie, możliwość przyjrzenia się produkcji sera w warunkach polowych.
     Szałas miał w dachu otwór i pod nim zapalano niewielkie ognisko. Potem wyciągnęli skądś półkolisty naczynie średnicy ok. 80 cm i zawiesili je na łańcuchach nad ogniskiem i nalali do niego zbierane w znanych nam bańkach mleko. I teraz przyszło czekanie. Nic się nie działo, tylko jeden z nich pilnował ogniska, żeby nie zgasło, ale też nie było za wielkie. Po godzinie chyba, podczas której baca ciągle kontrolował temperaturę kotła, powiedział coś w rodzaju: "do dzieła". Pomocnik odsunął ogień, on zaś wysoko podwinął rękawy i zanurzył ramiona w zawartości kotła. I bez słowa zaczął jakiś tajemniczy rytuał, ruszając rękoma w tym płynie. Nie odważyliśmy się przerwać mu to zajęcie jakimś laickim pytaniem, tylko patrzyliśmy co będzie dalej. Rzeczywiście już po kilku minutach rzekł do pomocnika, by ten podał mu chustę. Dostał chyba metrowej wielkości kawał płótna, który zsunął po ścianie kotła w ten mlecznawy płyn i dalej manipulował w ukryciu pod powierzchnią płynu. Ale niedługo, bo już po chwili wyciągnął cztery rogi tej chusty, zawiązał je w supeł i wraz z pomocnikiem wynieśli nad powierzchnię mlecznej otchłani ładunek sera! Teraz już wiadome było, że on się tam uganiał za bryłkami sera i zlepiał je w wielką kulę, która teraz wisiała na haku ponad powierzchnią płynu i jego resztki przeciskały się przez płótno.
     I naraz płyn też miał swoją nazwę: To była żętyca! (Chociaż w rzeczywistości baca nas tu troszeczkę ocyganił - to była dopiero serwatka.) Baca wspaniałomyślnie zaczerpnął jakimś naczyniem płyn spod kuli sera i podał mi do picia. Ja się usunąłem, tłumacząc się brakiem apetytu. Kolejno Tadek znalazł się w identycznej sytuacji częstowanego, jednak i on nie skorzystał z tej oferty. Nie pamiętam, jak tam Kazik się zachował, gdyż baca pokręcił tylko głową wobec naszej negatywnej postawy do tego produktu, ale po chwili jakby go olśniło. Doszedł widać do wniosku, że u podstaw naszej odmowy leży chęć niewydawania kilku złotówek, i dlatego wyrzekł kilka, w efekcie dwuznacznych słów: "Pijcie panoczki, pijcie, bo tę żętycę i tak ino świnie dostają".
     Widać, nasza odmowa jednak nie dała mu spokoju - a chciał nam przecież coś dobrego uczynić lub też tylko zaprezentować swoje umiejętności przy produkcji sera. Stąd po chwili podszedł z nożem do kuli kapiącego jeszcze sera i odciął z wierzchu plasterek, który podzielił na swojej ręce i podał każdemu z nas po kawałku. I mi przypadła teraz już bez odwołania rola oceniającego jakość tego produktu. Ostrożnie skosztowałem, pokiwałem potakująco głową (koledzy potrafili to uczynić głośno i bardziej przekonywająco) i pospacerowałem ze swoim kawałkiem przed bacówkę. Ser mi tylko bardzo miernie smakował, jednak jego zjedzenie, mając przed oczyma jego produkcję, było dla mnie niemożliwością. Stąd odetchnąłem świeżym powietrzem i rozejrzałem się za miejscem, gdzie mógłbym się go pozbyć. Patrzę, a tu pod ścianą drzemie nasz olbrzymi owczarek. Dobra rzecz, na pewno mu będzie smakował. Oglądając się za siebie, czy aby ktoś nie wychodzi ze środka, rzuciłem mu ten kawałek. Ale to niewdzięczne psisko podniosło tylko głowę, powąchało mój datek i dalej zbiera się do spania. "Będzie nieprzyjemność" pomyślałem i czym prędzej chciałem ten, rażący swoją bielą, dowód rzeczowy mojej niewdzięczności usunąć z pola widzenia mieszkańców bacówki. Schyliłem się, ale zanim jeszcze całkowicie wyciągnąłem rękę, ten potwór uniósł łeb, pokazał mi swoje zęby i w sposób bardzo przekonywający zawarczał. Odstąpiłem od swego zamiaru, usunąłem się kilka kroków dla przemyślenia sytuacji, znajdywania może jakieś wymówki, gdy w tym momencie ten biały niedźwiedź widocznie się namyślił, pochylił głowę nad serem i jednym machnięciem języka usunął go z tego świata. Uff, kamień mi ze serca spadł!

     Następnego dnia pożegnaliśmy się z naszymi gościnnymi gospodarzami i ruszyliśmy, ze suchym już namiotem, w dalszą drogę. Na horyzoncie, narazie jeszcze nie dosłownie, najwyższe wzniesienie Bieszczad w Polsce, Tarnica. Albo miał tym celem być tylko Halicz??? W każdym razie ciągnęło nas w południowo-wschodni cypel Polski.
Ale ten jeszcze był daleki. Po drodze, po przejściu w bród jednej czy drugiej zimnej rzeczki (no, będę szczery: szerszych strumyków), leżała miejscowość Ustrzyki Górne. Miejscowość? - W owym czasie chyba tylko historyczne określenie. Dotarliśmy i stwierdziliśmy: Ilość mieszkańców Ustrzyk Górnych: 1 - słownie: jeden. Zabudowania: kilka baraków. Może i tu przesadziłem, chyba ich było tylko dwa albo nawet jeden?. I jakieś zabudowanie służące temu Ustrzykowianinowi za domostwo. Za nim, na dużej desce suszyła się skóra - tylko właśnie czego? Wilka, dzika? Nie potrafiliśmy tego rozstrzygnąć. I byliśmy na tyle dyskretni (bojaźliwi?), by nie zapytać o to srogiego gospodarza. Bo pewne okoliczności sugerowały nam czyn kłusowniczy. W każdym razie poprosiliśmy tylko o azyl, którego nam też udzielono. Bo gospodarz był zarazem kierownikiem tej "bazy turystycznej" we wspomnianych barakach. Świeżo wybielone ściany, skrzypiące przejścia i (chyba piętrowe) prycze metalowe, dokładnie przystawały do kolorytu ówczesnej turystyki. Tej nocy Ustrzyki Górne liczyły czterech mieszkańców.
     Pół dnia chyba brnęliśmy dalej w zamierzonym kierunku. Jednak brak jakichkolwiek spotkań, gorące słońce, perspektywa dalekiego jeszcze marszu do tego, naraz już nie tak atrakcyjnego celu - wszystko to przyczyniło się do zastanowienia się nad realnością naszych planów. Podczas przerwy na posiłek doszliśmy jeszcze do wniosku, że i zapasy żywności dziwnie się skurczyły. Innymi słowy, że może lepiej nie ryzykować dwóch dalszych, co najmniej dób na tym absolutnym, w tej części Polski, bezludziu. Zapadła męska decyzja i Tadek wyznaczył nowy azymut: Kierunek północ!

     Jakoś raźniej nam się teraz szło, bo i otaczający nas krajobraz stał się przyjaźniejszy. Pojawiły się krzaki i drzewa, zanikało surowe i mniej przyjemne dla oka otoczenie trawiasto-skaliste. Następne dwa dni przy dobrej raczej pogodzie - aż do Ustrzyk Dolnych - upłynęły tak, jak sobie tylko życzyć można pieszą wyprawę turystyczną.
     Tak doszliśmy do Sanu, w górnej jeszcze części jego biegu. Charakter rzeki wyraźnie górski, stąd moja propozycja noclegu w pobliżu tu już istniejącej drogi. Bo może urozmaicimy sobie kolację złapanym pstrągiem? Woda nie była kryształowo przezroczysta, stąd można było tylko domyślić się istnienia w niej i pstrągów. Zastanawialiśmy się jeszcze nad dopuszczalnością ich łowienia, bez karty wędkarskiej! Ale szybko rozprószyłem te wątpliwości: przecież nie wędkujemy! Poinstruowałem kolegów, jak należy podejść do poszczególnych, leżących w rzece głazów i jak błyskawicznym ruchem sięgnąć pod kamień. Wyniki naszych łowów były marne: po dziesięciu minutach mieliśmy zimne nogi, ale żadnego pstrąga.
     Gdy ja właśnie myślałem o zakończeniu akcji i ciepłej herbacie, Tadek wrzasnął (z przestrachu?) i prawie że podskoczył: miał pstrąga w ręce, ale nie był przygotowany na jego reakcję i śliskość! Stąd pstrąg pozostał na wolności i myśmy się ostatecznie wycofali z nieprzyjaznej nam rzeki. Mieliśmy kocher i gorącą herbatę, ale i małe ognisko nad brzegiem. Dzień skończył się pogodnie.

     Następnym etapem były Ustrzyki Dolne, mała co prawda i dla nas nieatrakcyjna wtedy miejscowość, ale dożywiliśmy się tam. Stamtąd, w nocnej porze pociągiem (drzemaliśmy w pociągu czy też poczekalni) na zachód.      Następny dzień, zaopatrzeni w świeżą żywność, przeżyliśmy na romantycznym biwaku. Rozbiliśmy namiot między krzakami na wzgórzu z pięknym widokiem na bardziej płaską, malowniczą okolicę. Pichciliśmy swój posiłek nad ogniskiem i oddawaliśmy się nieróbstwu. Pogoda dopisała - ale i tak się zastanawiam, cośmy właściwie robili przez prawie cały dzień.
     Małym marszem dostaliśmy się następnego dnia do Leska, by tu rozejrzeć się za możliwością powrotu do naszych rowerów w Cisnej. Piesza wędrówka przez mniej ciekawy krajobraz nam się nie uśmiechała. I stąd byliśmy zadowoleni, że zdołaliśmy zorganizować sobie miejsca na pace samochodu z plandeką, udającego się na południe.
     Ale jak to było w detalach, warte jest opowiedzenia. Po pierwsze, był to samochód pocztowy. Razem z nami podróżowały paczki i worki z pocztą. Kierowca i jego towarzysz w szoferce to byli kamikaze, jak się miało niebawem okazać. Myśmy najpierw grzecznie usiedli na odchylanej ławce bocznej, aby jednak niebawem zrzec się tego komfortu, bo ławka okazała się zbyt twardą w momentach, gdy sztywno resorowany samochód (chyba był to 1,5 tonowy ZIŁ - albo GAZ?) przejechał przez nierówności drogi. Poczta i nasze bagaże wędrowały po pace. Jednak to było dopiero preludium.
     Gdy przyszedł ten już wcześniej przez nas przebyty i opisany dłuższy odcinek drogi, gdzie dziury w jezdni nie pozwalały na względnie prosty tor jazdy, kierowca przeszedł na inną technikę. Docisnął pedał do deski i zwiększył prędkość, nie zważając na wyboje. Chyba przyswoił sobie wskazania z francuskiego filmu ("Cena strachu") w którym Yves Montand po bezdrożach Ameryki Południowej, stara się przewieźć kilka pojemników z nitrogliceryną. Bo tam ponoć tylko prędkość jazdy gwarantowała niewybuch ładunku. Nasz kamikaze miał co prawda tylko nas i pocztę, jednak utrzymywał ten styl jazdy do samego końca. Może chciał nam zaimponować - jeśli tak - to mu się to udało. Bo baliśmy się nie tyle wybuchu, ile spadnięcie z drogi. Przed oczyma miałem jeszcze huzarską jazdę Kazika sprzed kilku dni po poboczu oraz zwały skalne poniżej drogi. I bałem się o całość moich, lepiej nawet naszych, kości. Wykoncypowaliśmy najbardziej skuteczny sposób ochrony ciała przed ciosami zadawanymi nam przez podłogę, nadbudowę czy ściany tej ciężarówki: stojąc na szeroko rozstawionych nogach, trzymaliśmy my się tak samo rozłożonymi rękoma za szkielet nadbudowy. - Jak człowiek witruwiański Leonarda da Vinci.
     Pocieszająco, że samochód i my przeżyli tą piekielną jazdę. Byliśmy znów w Cisnej.

     Podziękowaliśmy gospodarzowi za przechowanie naszych rowerów i znów byliśmy mobilną grupą. Miała się zacząć następna i chyba już ostatnia część naszej wycieczki. Tadek, jak zwykle, miał już przygotowaną propozycję przebycia jednego etapu wąskotorową kolejką, wykorzystywaną do przewozu drewna z tych okolic leśnych. Tym razem droga prowadziła nas w kierunku zachodnim.
     W jakimś baraku znaleźliśmy namiastkę kasy biletowej dla tej linii kolejowej (chyba w gestii zarządu lasów) i po pewnych targach (mieliśmy przecież rowery) uzgodniliśmy cel, cenę i przewóz rowerów. Nasz pociąg, ciuchcia z prawdziwym parowozem, miała w swoim składzie oprócz platform do przewozu drewna także przyczepiony wagon, przystosowany dla osób. Ale bardzo prymitywny i niewygodny, z małymi oknami i niby ławkami. Jedyną jego zaletą chyba był dach - na wypadek, gdyby padało. Oczywiście zorientowaliśmy się niebawem, że znacznie przyjemnie staż jest na świeżym powietrzu z nieograniczonym widokiem na mijaną okolicę. Stąd przenieśliśmy się na wagon-platformę z niziutkim obramowaniem, daliśmy dmuchać wiatrowi w twarz i włosy i podziwialiśmy uroczy, prawie dziewiczy krajobraz lesisty. Lokomotywa sapała z przodu i z szybkością tylko nieznacznie przekraczającą tą, przy której można by, chodząc obok, zbierać grzyby - otwierała nam coraz to nowe widoki. Ta godzinna czy dwugodzinna jazda tym niecodziennym środkiem lokomocji w tak niezwyczajnym krajobrazie pozostała dla mnie jednorazowym doświadczeniem życiowym.
     Gdy wysiedliśmy na docelowej dla nas stacji, przebyliśmy kilkudziesięciukilometrowy może odcinek (wtedy jeszcze) bezdroża i znaleźliśmy się w rejonie Łupkowa czy Komańczej. Z siecią drogową.

     Stacja była praktycznie bezludna, jakieś skromne zabudowania, zwały drewna i odrobinę więcej torów. Sklepu nie było, podobnie chyba też z budynkami mieszkalnymi. Czyli mieliśmy tylko jedno wyjście: wsiadać na rowery i kontynuować naszą drogę. Ale to okazało się niebawem trudnym przedsięwzięciem. Z drogi zrobiło się - przynajmniej dla rowerów - bezdroże. Tak dalece, że momentami musiałem patykiem wydłubywać glinę spomiędzy błotnika i opony - bo koło przestawało się obracać. Kosztowało nas znacznego wysiłku, by wydostać się wreszcie na twardą drogę.
     I w tym miejscu przypomina mi się niedosyt, jakiego przeżywałem przy czytaniu różnych powieści przygodowych lub też kryminałów, gdy pod koniec książki autorowi zabrakło jak gdyby pomysłów czy siły na rozwiązanie wszystkich wątków, które pojawiły się w opowiadaniu. I zakańcza go odrobinę raptownie, nie dając rozbudzonemu czytelnikowi satysfakcji pozytywnego przeżycia rozwiązania także ubocznych nitek swojej opowieści.
     Do podobnego postępowania i ja teraz jestem zmuszony. Jednak nie dlatego, że zabrakło mi fantazji, tylko z powodu zamazania się w mojej pamięci pewnych faktów z ostatnich etapów naszej wycieczki. I może właśnie to rozwiązanie przychodzi naprzeciw tym czytelnikom moich wspomnień, których moje bajdy znużyły?
     W każdym razie reszta całej wyprawy stała już pod znakiem rutyny. Jechaliśmy, spaliśmy i kiedyś po prostu byłem w domu.

I na koniec jeszcze, gdyby komuś było mało obrazków z naszej drogi, tutaj jeszcze ich kilka:
- Próby łowienia pstrągów
- Przy pichceniu zupy
- Uciążliwa droga, Kazik w roli tragarza
- Jeszcze pobyt w Dąbrowie
- Bohaterowie są zmęczeni - podpatrzył twardy Kazik
- Migawka przypominająca smutną przeszłość Bieszczad
- "Głowa" wyprawy, Tadek
- Grzbietem, Kazik z Tadkiem
- Wieczorny spacer przed noclegiem, tylko gdzie to było?
- Po pobudce w bacówce, Kazik probuje rozwikłać problem sznurówek

Historię przypominałem sobie i spisałem na wiosnę 2008 roku.

  Początek strony      


Pfeillinks Do spisu treści: /Ojczyzna

PfeilobenDo główngo spisu treści