Do spisu treści: /Ojczyzna
Do głównego spisu treści
Prywatność, wspomnienia, opowiastki
| 1. Godzina duchów | - | Prawdziwe zdarzenie |
| 2. Urodziny | - | Pogodna historyjka z czasów wojny |
| 3. Paleta zawodów | - | Czego to człowiek nie imał się w swoim życiu |
| 4. Ubogi czy też bogaty | - | Sprawa nastawienia? |
| 5. Podróż poślubna | - | Jakże inna... |
| 6. Ciemność | - | Doświadczenie z niewidzeniem |
| 7. Jeszcze jedno doświadczenie | - | Płynący gaz |
| 8. Praktyka | - | Albo dokładniej: urlop turystyczny? |
| 9. Kartofle i buraki | - | Studenci pracują |
| 10. Dookoła Polski | - | ... ale rowerem w 1957 roku |
| 11. Tadeusz | - | O serdecznym przyjacielu i zarazem o stosunkach międzyludzkich |
| 12. Turystyka bieszczadzka | - | Rowerem i piechotą przez dziewiczy krajobraz 1958 roku |
Działo się to wszystko w latach powojennych, chyba w 1946 roku.
Chociaż już miałem 13 lat, moja znajomość polskiego języka
pozostawiała wiele do życzenia. Widmo szkoły zarysowało się
dopiero na horyzoncie i dopóty co, nietolerowany język
niemiecki pozostał naszym językiem obiegowym. Ludność niemiecka w
Gliwicach już była w mniejszości, stąd odpowiednio ograniczone
też możliwości kontaktów "intelektualnych". Zaś
13-letni chłopak palił się do świata, do wiedzy. Najlepszym
rozwiązaniem były książki, niemieckie oczywiście. Nie było ich
dużo, stąd krążyły tym intensywniej. "Pojutrze musisz mi tę
książkę oddać", to były słowa zazwyczaj towarzyszące
wypożyczeniu. We własnym interesie starałem się spełniać taki
lub podobny warunek, by i następna książka mogła stać sie
realnością.
Pewnego dnia znów miałem książkę,
bardzo interesującą książkę. Paliłem się do czytania, ale dzień
był o wiele za krótki, aby pomiędzy innymi obowiązkami
wykroić jeszcze czas dla spokojnego czytania. Stad próbowałem
wciąż na nowo - przeciwko woli rodziców - czytać w tym
czasie, w którym właściwie już powinienem spać. Gdy
rodzice już zasnęli, wymykałem się cichaczem ze wspólnej
sypialni i zajmowałem w kuchni od dawna wypróbowaną pozycję
wygodnego czytania. Kuchnia była mała. W kącie stał stół,
wyposażony w masywną płytę drewnianą oraz dodatkową półkę
pod spodem, na której stały kuchenne przybory. Półka
zasłonięta była szmacianym ekranem. Obok stołu moje krzesło,
wciśnięte pomiędzy ten stół i tradycyjny w owych czasach
kredens kuchenny. Ja zatem siedziałem na tym krześle i z głowę
oparta na rękach czytałem książkę leżącą przede mną na
stole. Byłem naturalnie w innym świecie, w świecie o wiele
bogatszym w nadprzyrodzone, tajemnicze i niewytłumaczalne zjawiska
niż to dzisiaj ma miejsce. Ta okoliczność, atmosfera książki,
nocna pora i obecna w podświadomości wiedza o czynie zakazanym
złożyły się na specyficzny nastrój.
I wtedy to się
stało: Bumm... i w ułamek sekundy później po raz drugi:
Bumm..., stół zadrżał. Zdrętwiałem, nie mogłem poruszyć
cokolwiek - ale po chwili zdołałem unieść głowę znad książki,
by stwierdzić, że stół jest pusty. Tylko w kącie stała
papierowa torebka. Wzrok mój wzniósł się niechcący
jeszcze wyżej, tam wisiał zegar. I wskazówki, jak miało być
inaczej, stały obydwie na dwunastce!
Zesztywniałem, o ile
to w ogóle było możliwe, jeszcze bardziej. Poczułem każdy
włos stojący dęba, na głowie, na ramionach, na ciele. Trwało
długie sekundy, zanim zdołałem się zmobilizować i przechylić do
przodu. by jednym ruchem szarpnąć zasłonę ograniczającą widok na
półkę pod stołem: ...i nic, tylko znane przyrządy na swoim
miejscu!
Zrobiło mi się gorąco, siedziałem przylepiony do
krzesła i przez głowę gorączkowo przebiegały moje myśli. Czy
była to halucynacja? Czy ja sobie cos wymyśliłem? Nie, bo te
uderzenia ja nie tylko słyszałem, ale poczułem w opartych na stole
łokciach. Tak, jakby ktoś pięścią uderzył dwukrotnie w stół.
Coś niemożliwego po prostu. Siedziałem i wsłuchiwałem
się, myślałem. Po minutach chyba zdołałem unieść się z
krzesła. Zrobiłem krok do przodu i wtedy zobaczyłem: Za tą wysoką
torebką papierową leżały dwa jabłka. Torebka pękła i te dwa
jabłka wypadły na stół... I to właściwie była ta
historia.
Pomimo tego banalnego wyjaśnienia sprawy, książki
tej nocy już dalej nie czytałem.
Ostatnie trzy lata wojny przebywałem u babci w Pyskowicach, "na
wsi" jak wtedy jeszcze można było powiedzieć. Rodzice i
rodzeństwo nadal mieszkali w Gliwicach, na ulicy Wieczystej (wtedy
Adolfstrasse - choć nazwa raczej nie od tego Adolfa), gdyż ojciec
pracował na kolei, w Gliwicach.
W Pyskowicach zatem też uczęszczałem
do szkoły (niedaleko ówczesnego młyna parowego przy ulicy
prowadzącej z dworca do miasta) i tam mogłem przeżyć wszystkie
doliny i szczyty ucznia szkoły powszechnej. Tyle że nie o tym
chciałem tu opowiedzieć.
Moja klasa, wtedy 4a, była chyba
typową dla owych czasów klasą: chodziło się do szkoły -
bo tak trzeba było - ale było się zadowolonym, gdy można było ją
opuścić i zająć się wieloma bardziej interesującymi sprawami.
Stąd też chyba zrodziła się idea zorganizowania sobie - wbrew
szkolnej codzienności - dnia wolnego od nauki, być może nawet od
szkoły. Wszystko to w związku z wiadomością, którą ktoś
wyniósł z rozmów dorosłych: Nasz
nauczyciel, p. Kopietz ma za dwa tygodnie urodziny!
Mógł
uchodzić za wzorzec nauczyciela przedwojennej szkoły: surowy,
autorytatywny i trzymający dystans do swoich podopiecznych. Jego
słuszna postać, lekko czerwona, małymi żyłkami przetkana twarz,
rozkazujące, ukryte za okrągłymi szkłami, oczy - wszystko to
składało się na osobę, która była w stanie utrzymywać
rozbrykana klasę w określonych granicach, często jednak za pomocą
trzciny, trzeba przyznać.
Czyli urodziny nauczyciela miały
stać się podstawą taktycznego posunięcia: pierwszoplanowo czcić
nauczyciela - ale w rzeczywistości złamać dyscyplinę szkolną i
przysporzyć nam dzień wolny. W tym celu cała klasa, moi koledzy i
ja, wzięła na siebie wiele trudów. Urządziliśmy w polach,
po wyjściu ze szkoły, zebranie celem omówienia
przedsięwzięcia. Było to trudne zadanie, bo zgłaszane idee były
różnorakie, najczęściej niewykonalne. Jednak na końcu
ożywionej debaty uzgodniliśmy realizowalny program.
Najważniejszą
częścią programu były podarunki; mieliśmy piąty rok wojny.
Kartki żywnościowe, odzieżowe i dla palaczy wyznaczały granice
konsumpcji. Dlatego orzekliśmy, że wszelkie upominki z tego zakresu
na pewno będą mile widziane. Postanowiliśmy ponadto urządzić
zbiórkę pieniężną dla kupienia materiałów do
ozdobienia klasy (liczyliśmy na to, że odpowiednio zdobiona klasa
przyczyni się do pożądanego nastroju) oraz na upominek główny.
Bo taki jeden centralny prezent, wyróżniający się pośród
innych upominków, koniecznie musi być.
Jednak tu
zaczęła się cała historia. W Pyskowicach prezentu kupić nie
można, tylko w "mieście" coś odpowiedniego można
dostać. To było jednoznaczne stwierdzenie zgromadzonych i stąd
niedaleko było do obarczenia mnie tym zadaniem (jesteś przecież z
Gliwic, znasz się tam...).
Kilka dni przed imprezą znalazłem
się z jednym pomocnikiem z klasy w pociągu-ciuchci, kursującym
pomiędzy Gliwicami i Pyskowicami. Kilkadziesiąt Marek (Reichsmark)
w kieszeni i odpowiedzialne zadanie klasy (na pewno znajdziesz coś
odpowiedniego!) w głowie.
Zatem Gliwice, Wilhelmstrasse (dzisiaj
ul. Zwycięstwa) do rynku i z powrotem. Czarne myśli, że trudno
będzie coś znaleźć, zaczynają nabierać kształt. Nic, co by nas
mogło zainteresować. Ewentualnie na kartki, tak - ale to nie dla
nas. O pięknej fajce, którą sobie wymyśliłem, nawet nie ma
co marzyć. Domy towarowe Rebensdorf (wcześniej Barasch) albo DeFaKa
świeciły pustkami: Pod szklanymi ladami setki lub tysiące
kartek-widokówek, na półkach podobne, nienadające
się dla nas artykuły.
Już zmęczeni kilkugodzinnym włóczeniem,
stanęliśmy przed wystawą sklepu (leżał po lewej stronie ulicy,
za teatrem, krótko przed mostem nad Kłodnicą) i
przyglądaliśmy się bez entuzjazmu wyłożonemu tam towarowi.
Odznaki, chorągwie, książki i inne artykuły propagandowe nie
wzbudzały emocji u młodzieńca, słabo kształtowanego ideologią
III Rzeszy. Jednak zbliżająca się pora odjazdu pociągu oraz
burczący żołądek skłoniły nas do wejścia. Może jednak ...? No
i rzeczywiście, starszy sprzedawca po zaznajomieniu się z naszym
życzeniem, oznajmił: "Tak chłopcy, mam coś odpowiedniego
dla waszego nauczyciela!" I ściągnął z półki około
30-centymetrowe popiersie wodza, Adolfa. Pomimo że było ładnie
wykonane i robiło solidne wrażenie (przypominając dzieło muzealne
lub podobnie wzniosłą rzecz), dokonałem tego zakupu bez
przekonania. I to uczucie pozostało także po przejrzeniu
zakupionych rzeczy (kupiliśmy jeszcze girlandy i kolorowe papierki)
przez ciocię. Chociaż nic negatywnego nie powiedziała...
I
teraz sprawa już toczyła się sama. Popołudniu, dnia
poprzedzającego urodziny, zebrała się grupa robocza w szkole.
Szkoła była pusta, a dozorca, którego musieliśmy oczywiście
wtajemniczyć w naszą akcję, wpuścił nas do klasy. Ta miała
utracić swój codzienny, szary charakter i to kosztowało
trochę roboty. Pomiędzy lampami, oknami i innymi punktami zdatnymi
do zaczepienia nitek wieszaliśmy kupione i zrobione girlandy, na
ścianach wycinanki i prymitywne kwiatki papierowe. Główną
rolę odegrać miała tablica. Kolorowe kredki ze zwykle zamkniętej
szafy "zorganizowaliśmy" już przedpołudniem,
wykorzystując nieuwagę nauczyciela. Teraz doszło do ich
stosowania: Ukryte zdolności artystyczne niektórych kolegów
znalazły ujście, zamieniając tablice w kolorowe cacko z dominującym
napisem życzeniowym. Byliśmy pewni, że jutro nie będzie
wykorzystana do dręczenia nas. Co się zresztą sprawdziło.
W
dniu urodzin klasa zjawiła się niezwykle wcześnie w szkole. Każdy
przyniósł to, co obiecał. Teraz klasa miała uzyskać
ostateczny świąteczny wygląd. Na ozdobionej kolorowym papierem
katedrze rozłożyliśmy malowniczo naturalia: jajka w torebce, kilka
weków z ogórkami, marmoladą i owocami, dwie butelki
wina marki domowej, trzy cygara z opaską, paczkę tytoniu i coś tam
jeszcze. Ale pośrodku tronowało popiersie Hitlera!
Byliśmy
zadowoleni ze swego dzieła i w momencie odezwania się dzwonka
siedzieliśmy już wzorowo w swoich dwuosobowych ławkach. Tylko
jeden stał w lekko uchylonych drzwiach, by zasygnalizować nam
przyjście nauczyciela i w odpowiednim momencie szeroko otwierając
je, wpuścić go do klasy. To był sygnał dla nas: Podskoczyć i z
wrzaskiem (bo inaczej tego nazwać nie można było - zresztą
byliśmy klasą czysto "męską") odśpiewać: "Sto
lat ..." było udanym dziełem chwili. Nauczyciel wszedł parę
kroków do sali i stanął zaskoczony. Ozdobiona klasa, inna
naraz tablica i trzydziestu wrzeszczących chłopców
rzeczywiście mogły przyczynić się do zaskoczenia. Przez krótką
chwilę byliśmy jeszcze zaniepokojeni, jak nauczyciel
przyjmie ten cały pęczek niesubordynacji ze strony swoich
podopiecznych - czy aby zaraz nie wybuchnie? Nie, bo gdy stanął za
katedrą, wydawał się dalej zaskoczony lub niepewny. Ale potem
uśmiech na twarzy zasygnalizował nam udaną akcję. Ale miało
przyjść jeszcze lepiej.
W życzliwy, dotychczas nam
nieznany sposób, wypytywał nas o różne drobiazgi,
mówił o naszych dobrych(!) stronach, wręcz cnotach, chwalił
nasz talent organizacyjny, mówił o pogodzie i pozwalał nam
też w naszych ważnych sprawach dojść do głosu. Atmosfera była
przyjemna, nawet luźna i dlatego nie byłem zdziwiony, gdy rozmowa
zeszła na ostatnio nastałą wśród chłopców modę
strzelania prymitywnym oprzyrządowaniem: kluczem, gwoździem i
główkami zapałek. Oczywiście nietolerowaną przez
dorosłych. Nauczyciel chciał wiedzieć, jak to funkcjonuje, by potem
wyrazić swoje wątpliwości co do sprawności takiego układu. Tutaj
wjechał nam na ambicję i jeden przez drugiego, zapominając o
ewentualnych konsekwencjach, wyciągnął swój przyrząd z
kieszeni. Wystarczyło nam milczące przyzwolenie nauczyciela, by
startować serię prób na ścianie sali klasowej, która
do wysokości około dwóch metrów pokryta była solidną
farbą olejną. Że pod tym pokryciem była mniej solidna zaprawa
gipsowa niwecząca pozytywne wyniki naszych eksperymentów,
zauważyliśmy troszeczkę później, nauczyciel najpóźniej
- mianowicie wtedy, gdy ściana ozdobiona już była kilkunastoma
białymi dziurami wywołanymi nieudanymi próbami strzelenia.
Ściana była po prostu za miękka albo gwoździe za twarde.
Speszyliśmy się wszyscy, nauczyciel chyba najbardziej - bo część
zapałek pochodziła od niego...
W tym momencie przyszło,
wraz z dzwonkiem na przerwę, zbawienie dla wszystkich: Nauczyciel
wypuścił nas wspaniałomyślnie do domu! Nasz cel co prawda został
osiągnięty, ale przejrzeliśmy także, że to nie on w tej całej
przygodzie był najważniejszy. Poznaliśmy bowiem w naszym
nauczycielu człowieka,.Choć ten fakt przez niektórych
zrozumiany był dopiero później. Tak jak i ja dopiero w 1945
roku, po krótkiej uwadze mojej cioci, zrozumiałem jego
krótkotrwałe skrzywienie twarzy, gdy stanął za katedrą i
zauważył popiersie. Pan Kopietz byłby według dzisiejszych
kryteriów ciemnoczarny, inaczej powiedziawszy, był on w cichej
opozycji do panującego wtedy reżimu.
Jeszcze o szkole: Jej
nasze eksperymenty z kluczami najmniej zaszkodziły - już za kilka
miesięcy, w 45 roku miała doszczętnie spłonąć...
| I to wygląda tak ... | ||
|---|---|---|
| Goniec | _ | To był początek mojej kariery |
| Pracownik kancelarii | _ | Pierwsze doświadczenia biurowe |
| Kierownik magazynu | _ | Wpierw materiałów biurowych, później i przemysłowych |
| Referent techniczny | _ | Wytwórnia gazów technicznych |
| Robotnik | _ | Budowa kanału |
| Robotnik pod ziemią | _ | Kopalnia węgla kamiennego |
| Ładowacz | _ | Kopalnia węgla brunatnego |
| Młodszy rębacz | _ | Kopalnia węgla kamiennego |
| Robotnik | _ | Wytwórnia płyt wiórowo-cementowych |
| Robotnik w transporcie | _ | Budownictwo |
| Mistrz dozoru elektrycznego | _ | Walcownia metali |
| Nauczyciel | _ | Technikum elektromechaniczne |
| Adiunkt | _ | Instytut przemysłowy |
| Kierownik pracowni | _ | Zakład automatyki |
| Wykładowca | _ | Politechnika |
| Kierownik wydziału | _ | Zakład elektroniki i mechaniki precyzyjnej |
| Asystent operacyjny | _ | Centrum kardiochirurgiczne |
| Główny specjalista d/s elektroniki | _ | Zakład doświadczalno-produkcyjny |
| Kierownik grupy projektowej | _ | Centrum techniki medycznej |
| Główny technolog | _ | Spółdzielnia inwalidzka |
| Kierownik zaopatrzenia i produkcji | _ | Zakład produkcyjny |
| Inżynier rozwojowy | _ | Zakład techniki medycznej |
| Elektryk dyżurny | _ | Drukarnia |
| Nauczyciel zawodu | _ | prawie jak przed 30 laty |
| Kierownik techniczny | _ | Fabryka sprzętu medycznego |
| Kościelny | _ | Kościół katolicki |
Czy pytanie to należy w zakres filozofii, czy też jest to po prosto sprawa indywidualnego zapatrywania? Można by zapytać.
Dla poszczególnego człowieka pozostaje to zazwyczaj osobiste rozstrzygnięcie. Kryterium "być bogatym" widzi się zazwyczaj bardzo subiektywnie. Wielu ludzi czuje się ubogimi, choć większość społeczeństwa widzi ich co najmniej jako "dobrze usytuowanych".
Cóż, nie chcę to w tym miejscu dalej roztrząsać. Zauważyć należy, że w życiu bywają też inne "bogactwa", bogactwa niematerialne. Te ostatnie, które ostatecznie bywają znaczące w życiu każdego człowieka, decydują o uczuciu szczęścia i zadowolenia. Anegdota usłyszana w mojej wczesnej dorosłości wprowadziła jasność w tą dotychczas tylko w mej podświadomości bytującą prawdę.
Bardzo bogaty władca, otoczony niebywałym luksusem, któremu podwładni spełniali każde, nawet bardzo wymyślne życzenie, czuł się nieszczęśliwym. Zwołał mędrców całego kraju i wypytywał ich o drogę do szczęścia. Otrzymał wiele porad, ale tam nie było takich, których nie próbował już bezskutecznie.
Stąd był bardzo zaciekawiony, gdy natknął się na bardzo starego i doświadczonego człowieka, który mu dał następującą, niecodzienną radę: "Musicie, wielmożny panie, iść pomiędzy ludzi i znaleźć takiego, który rzeczywiście zadowolony jest ze swego losu i wszystkiego, co go otacza, innymi słowy człowieka, który w pełni jest szczęśliwy. Jego koszulę musicie ubrać i wtedy i was ogarnie to uczucie szczęścia."
Władca nie widział innego wyjścia z otaczającej go melancholii, niż posłuchać rady tego człowieka. - Udał się w podróż przez swój wielki kraj i wypytywał wielu ludzi o ich stosunek do zadowolenia i szczęścia. Wszystkim powodziło się dobrze, wszyscy byli zadowoleni - tylko gdy im na końcu stawiał ostateczne pytanie o pełnię szczęścia, miał każdy swoje choćby małe "ale". Jeden potrzebował do pełni szczęścia jeszcze "to", inny byłby w pełni szczęśliwy, gdyby "tamto" zaistniało. Końcem końców nie spotkał władca wśród swoich możnych podwładnych żadnego, który by mu mógł pomóc.
Bardzo rozczarowany i nieszczęśliwy wędrował wtedy nasz władca odludnym brzegiem morza, i melancholia była jeszcze głębsza. Naraz natknął się na starego człowieka, który prymitywną siecią właśnie wyciągnął rybę z wody. Ten pozdrowił go i zaprosił na posiłek do nieopodal leżącego domostwa. Gdy tam przybyli, okazało się, że jest to bardzo biedna chata, wyposażona akurat tylko w najniezbędniejszy sprzęt do przygotowania posiłku.
Właściwie już z przyzwyczajenia władca stawił swoje pytanie. I był wielce zaskoczony, gdy ten stary człowiek odpowiedział: "Naturalnie jestem zadowolony i szczęśliwy panie. Przecież widzicie, że mam wszystko, co potrzebuję. Jestem w pełni szczęśliwy w swoim życiu!"
"Pięknie", powiedział uradowany władca, "mam jedną prośbę do ciebie. Sprzedaj mi swoją koszulę."
"Chętnie bym to uczynił, panie. Ale nie mogę. Bo nie mam koszuli."
...Że władca radę swego starego mędrca wziął zbyt dosłownie i stąd pozostał dalej nieszczęśliwy, to już inna sprawa.
Tak historia ta opowiada coś o fundamentalnym nastawieniu, które nie przez wszystkich ludzi jest zrozumiane. Ze zdziwieniem obserwuję dzisiaj ludzi, którzy jeszcze w bardzo dojrzałym wieku próbują gromadzić pieniędzy, rezygnując z realizacji własnych potrzeb lub przyjemności - bo ich na to nie stać! Albo uważają, że powinni potomstwu zapewnić dostatnie życie. Albo ...
Dla moich przodków, dla moich rodziców, chyba dla większości ludzi ze starszych generacji sprawa ta nie była problemem. Bo życie ludzi przedwojennych było na ogół skromne. Tak i ja wyrosłem w warunkach, który naprawdę nikt zaszeregować nie mógł jako dostatnie. Rodzina, najpierw z trojgiem, potem czworgiem dzieci, utrzymywała się z zarobków ojca, około 50 RM w tygodniu. (W późniejszych latach znalazłem zapiski ojca, w których skrupulatnie notował wydatki na buty i odzież rodziny).
Tak był pieniądz, dla nas dzieci, czymś abstrakcyjnym. Pfennigi, które się czasami od cioć czy znajomych dostawało, wędrowały bezpardonowo do skarbonki.
Dlatego chyba też była moja reakcja na "własne" pieniądze symptomatyczna dla mego przyszłego stosunku do wszelkich wartości w formacie bankowym. Gdy jeszcze w wieku przedszkolnym znalazłem w piaskownicy monetę 2-pfennigową, to nie było pytania: Wraz z młodszą siostrą postanowiliśmy natychmiast zmienić ten pieniądz na towar. Że przeżyliśmy z tym ogromne rozczarowanie (sklepikarz dał nam dwa cukierki), to już inna sprawa.
Oszczędność była motywem przewodnim mojego wychowania. Nie odczuwałem tego ujemnie, nawet gdy musiałem (ewentualnie nagromadzone) monety 10-pfennigowe wrzucić do walizki, którą przyniesiono na tę okazję z kasy oszczędnościowej. I otrzymać za każdą monetę jej obraz na mojej karcie oszczędnościowej. Gdy ich się 10 nagromadziło, można było pójść do kasy oszczędnościowej, gdzie urzędnik w zamian za kartę dopisał 1 RM do książecki oszczędnościowej.
Przez lata mej nauki w Gliwicach i Pyskowicach nagromadziło się tam dwadzieścia do trzydzieści RM. Do tego doszło 100 RM, jako spadek od wujka Willi, który w 1942 poległ w Rosji. Naturalnie trzeba tu powiedzieć, że cała akcja oszczędzania była niewypałem. Koniec wojny, warunki powojenne sprawiły, że już nigdy feniga z tej książeczki nie widziałem.
Za to mam dzisiaj piękną, starą książeczkę oszczędnościową, wspomnienia i zdrowe nastawienie do oszczędzania na całe moje życie.
Później przyszedł rok 1945. Stałem się "dorosły", tzn. warunki życia wymagały to coraz częściej ode mnie. Zarobkowanie stała się maksymą, bo podstawa życia musiała być zabezpieczona. Ojciec mój pracował na kolei, praktycznie bez przerwy, nawet przez zmiany, które nastąpiły w styczniu 1945 roku. Najpierw dla Rosjan, potem dla Polskich Kolei Państwowych. Tyle że pieniądze za swoją pracę zobaczył po raz pierwszy w czerwcu/lipcu tegoż roku. Były to złotówki powojenne, bardzo niestabilne. Stąd matka je w tym samym dniu wydała, na artykuły spożywcze: sól, chleb, cukier i może jeszcze coś innego. Było tego tyle, że bez trudu zanieśliśmy to w dwie osoby do domu.
To jako ilustracja ówczesnej wartości pieniądza i ...pracy. Gdyż codzienność i tak wymagała swoje. Każdy członek rodziny (byliśmy nią czasami do dziewięciu osób) starał się, wg. swoich możliwości, przyczynić się do jej utrzymania. Ja byłem 12 czy 13 letnim chłopcem i zbierałem butelki, papier, złom i szmaty. Dostawałem za to groszy, czasem złotówki. Był to w rzeczywistości mały przyczynek dla "dobrobytu" rodziny, ale tym większy w mojej świadomości. Dużo byłoby tu do opowiedzenia, jednak ja chciałem tylko powiedzieć, że i w tych warunkach nie kiełkowało we mnie uczucie ubóstwa!
Gdy w 1947 roku życie powolutku zaczęło się toczyć normalniejszymi torami (co oznacza, że głodu w domu już nie było), wydałem czasami zarobione pieniądze (bez wiedzy rodziców) na znaczki albo i inny "bezużyteczne" drobiazgi. Zupełnie bez zahamowań i bólu nad uciekającą wizją bycia milionerem. Już w jesieni 1948 roku zacząłem swą pracę zawodową i dysponowałem stałymi dochodami. Większa część odnalazła się oczywiście zaraz w rodzinnej kasie, ale pewną sumę mogłem odłożyć na książeczkę. Miałem mianowicie ideę, którą chciałem zrealizować za wszelką cenę. I w 1949 roku było tak daleko: Przeciwko zdaniu całej rodziny i znajomych wziąłem kredyt, który z już nagromadzoną sumką starczył na Baldinę, mój wymarzony aparat fotograficzny. Za całe 36.000 zł - mój prawie czteromiesięczny zarobek. Raty spłacałem przez półtora roku, z części mi w domu przyznanego zarobku. Zwariowany pomysł, orzekli poniektórzy ludzie. Jednak ja byłem szczęśliwy i miałem mnóstwo uciechy przez wiele, wiele lat. Jeszcze dzisiaj uważam ówczesną moją decyzję za jedynie słuszną. Pomimo że właściwie byłem ubogi, czułem się bogaty.
Następną operację tego rodzaju startowałem w związku z "wyposażeniem" naszego wspólnego mieszkania, do którego wprowadziliśmy się w 1954 roku. Był to właściwie tylko pokój, lepiej pokoik, w którym stała li tylko szafka z mojego domu. I sprawa była wtedy dla mnie zupełnie jednoznaczna. Meblujemy nasz pokoik na raty! Nasze finanse były skromne: miesięcznie kilka grubych stówek ze zarobku Heli, moje mikroskopijne kieszonkowe ze szkoły oraz około dwieście złotych z moich prac dorywczych. To w stosunku do ceny mebli w granicach kilku dobrych tysięcy. I przy tym musieliśmy jeszcze żyć! - Jednak pomimo bólów głowy Heleny, później już mojej żony, pokonaliśmy tę barierę w niecałe dwa lata bez zasadniczych problemów - oraz żyliśmy przy tym. Szczęśliwie.
Potem przyszła następna próba ogniowa. W 1960 roku już pracowałem, mając studia na ukończeniu. Za 1.500 zł. Hela zarabiała troszeczkę więcej, gdy przyniosła elektryzującą wiadomość z pracy: Mogła otrzymać talon na motocykl, nawet nie byle jaki. Importowaną Jawę 250! Ja się napaliłem, ale żona miała obiekcje, 24.000 zł !
Jak mamy to zapłacić? "Oczywiście na raty", była moja natychmiastowa odpowiedź. Potrafiłem ją przekonać do swego stanowiska i niebawem mieliśmy przepiękny motocykl. Mogliśmy swoje rowery coraz częściej odstawić i tym zmotoryzowanym wehikułem zwiedzać okolicę. Tą bliższą i tą dalszą. Motocykl zawiózł nas nie tylko do Berlina, ale nawet do jego zachodniej części, do nieznanego nam świata. Co prawda wszystko "na raty", ale to nam nie przeszkadzało w zbieraniu doświadczeń i nowych znajomości. Najlepsze jednak, że moja ukochana i zawsze tak ostrożna żona przyznała mi po latach słuszność takiego kroku. Czyli znów: ubogi (pomimo motocykla) - ale szczęśliwy!
Później była sprawa Trabanta, która nas dużo kosztowała, bo byliśmy już w trójkę. To znaczy jeszcze więcej pracować i udzielać korepetycje, pomimo że ówczesny,
urzędowy tydzień pracy był dłuższy niż 35 godzin. Jednak i tę barierę pokonaliśmy, tak jak zresztą sprawę wokół kupna drugiego Trabanta po sześciu latach. Ani ja tak jak i Helena nie narzekaliśmy na los, w każdym razie na tą część, dotyczącą sprawy materialne.
Gdyż Helena, po swoich odwiedzinach na zachodzie miała inny kąt patrzenia na nasze sprawy bytowe, zaś ja ze swoimi obowiązkami służbowymi nie ułatwiałem jej życie. Dlatego postanowiłem zrozumieć jej stanowisko i rzucić nasz skromny, wypracowany dobrobyt, na szalę wagi, kończyć nasze życie w Polsce i rozpocząć nowe na zachodzie.
Staliśmy przed wieloma przeszkodami, które poznaliśmy, dopiero gdy było tak daleko. Wyjazd z dosłowną walizką w ręce i zostawić cały praktycznie dorobek na miejscu, łącznie z babcinem domkiem i ogrodem. I wszelkie oszczędności - bo ani dewiz, ani złotówek nie wolno było wywieźć.
Czyli tym razem w czwórkę rozpocząć nowy życie, praktycznie od zera.
Udało się nam (naturalnie) i po sześciu latach pomyśleliśmy o budowie własnego domu. Helena była tym razem motorem przedsięwzięcia, choć miała - jak miało być inaczej - największe obawy. Postanowiliśmy zrealizować budowę własnym sumptem, tylko najniezbędniejsze rzeczy zlecać ...i zapłacić W tym celu podjęliśmy kredyt w wysokości 200.000 DM, który naturalnie musieliśmy zwiększyć do 300.000. I zapomnieliśmy o akurat wzrastających odsetkach. Jako że powiedzieliśmy już "A" nie zrezygnowaliśmy z naszego planu, pomimo choroby i utraty miejsca pracy. Przeżyliśmy bardzo trudny okres, jednak widzieliśmy już światło na końcu tunelu. Gdyż Roland zaczął pracę.
Innymi słowy: Także tę sprawę potrafiliśmy szczęśliwie zakończyć, z wieloma doświadczeniami i solidnym domem. Nie płacimy czynszu ani inne, niewymierzalne koszty. Mamy dom i nie musimy liczyć się z sąsiadami. Będąc w już dojrzałym wieku, ma to dla nas nieocenioną wartość.
Tu, w tym domu, skrystalizowały się też podstawowe założenia mej "filozofii życiowej" do tematu: pieniądz i życie. Bo tu potrafiłem zebrać myśli, zebrać fakty i poglądy. Każdy człowiek żyje swoje życie tylko raz. I dlatego można cnotę "oszczędność" zbyt łatwo źle interpretować. Tak jak na początku powiedziałem: Nie życzyć sobie żadnej przyjemności ale zebrać możliwie dużo pieniędzy. Nie mam jednak zastrzeżeń do innego rodzaju oszczędzania, rodzaju wynikłego z rozumnego obrotu pieniędzmi. Tak jak przeżyłem to w czasach mej młodości. Czyli oszczędzać? Tak!
Tylko umieć wydawać swe oszczędności. Zrealizować życzenia i marzenia. Według zdrowej, przemyślanej hierarchii potrzeb. Żeby potem pomimo swego materialnego "ubóstwa" w rzeczywistości być bogatym. Przy czym to "bogactwo" jest właściwie tylko sumą zadowolenia i uczuć szczęśliwości, które stają się dostępne człowiekowi, jego poruszają i stanowią podstawę jego emocjonalnego bytu.
Od dawna już kiełkował plan tej podróży w mej głowie. Teraz, po pierwszym roku studiów (1956), miał zostać zrealizowany. Warunki były dane, bo dzięki normalizacji naszej sytuacji finansowej, mieliśmy już drugi rower. Ze względów praktycznych też męski (bo stabilniejszy) marki Simson - Suhl, z importu NRD-owskiego. Czyli najlepsza, na rynku dostępna jakość. Oczywiście bez przekładni, raczej ciężki i archaiczny w porównaniu z dzisiejszymi rowerami. Miał jeden hamulec w piaście tylnego koła, zaś z przodu coś imitującego hamulec. Mianowicie klocek gumowy, naciskający podczas hamowania na oponę. Bardzo nieefektywne to było urządzenie, dodatkowo z bardzo krótką żywotnością. Cóż, wtedy taki hamulec był powszechnie stosowany, stąd ja zawsze miałem zapasowy przy narzędziach. Te dzisiejsze hamulce, działające przez docisk klocków na obręcz, były wtedy stosowane tylko przy rowerach wyścigowych i dla nas nieosiągalne.
Jednak my byliśmy zadowoleni tym, co posiadaliśmy. Mieliśmy za sobą obszerne przygotowania - Hela w tygodniach, poprzedzających nasz wyjazd, nakręciła kilka dobrych setek kilometrów. Wiedziała już, jaki niebezpieczny jest asfalt, kiedy na zakręcie posypany jest piaskiem...
Uszyłem własnoręcznie plecak, którego, jak nazwa wskazuje, można było nosić na plecach - ale także wozić na bagażniku rowerowym. Zaopatrzyliśmy się w pojemniki na żywność oraz dwie aluminiowe butelki do napitków - wtedy, w erze przedplastikowej, sprawa nie tak łatwa. Oraz mieliśmy półgłęboki garnek aluminiowy, z dwoma uszami i pokrywą. Miał nam służyć do przyrządzenia szybkich potraw z torebek - wtedy praktycznie tylko zupy. Nasze wyposażenie podróżne ponadto stanowiła odzież, możliwie dużo sztuk o uniwersalnym przeznaczeniu. Główną jednak częścią było ciepłe(!) ubranie treningowe dla każdego z nas. Oraz kurtka przeciwdeszczowa, marnej, jak się niebawem okazało, jakości. I jeszcze bardzo ważne: na ramie każdego roweru był koc, opatulony tkaniną olejową - przeciw deszczowi - przytrzymywany dwoma sprzączkami ze starej dętki samochodowej. Marki Zróbsesam.
I o ważnej jeszcze formalności wspomnę. Dlatego, że naszą podróż planowaliśmy odbyć częściowo w strefie nadgranicznej z Czechosłowacją i NRD, potrzebne było zaświadczenie pracodawcy o sposobie spędzania urlopu. Hela miała takie zaświadczenie, na którym ja figurowałem jako członek rodziny. Na tym papierku wypisała wiele miejscowości, które zamierzaliśmy odwiedzić. Tak: Ziegenhals/Glucholazy, Patschkau/Paczkow, Reichenstein/Zloty Stok, Bad Landeck/Ladek Zdroj, Wilhelmsthal/Boleslawów, Mittelwalde/Miedzylesie, Bad Reinerz/Duszniki Zdroj, Karlsberg/Karlow, Königswalde/Swierki, Brückenberg/Bierutowice, Oberschreiberhau/Szklarska Poreba, Bad Flinsberg/Swieradow Zdroj.
I tak, po skończeniu mej pracy wakacyjnej, nasza przygoda mógła się rozpocząć. Był to wczesny ranek sierpniowy, gdy umieściliśmy nasz, już poprzedniego spakowany bagaż, na rowerach, i po pożegnaniu się z naszą gospodynią, panią Machą, ruszyliśmy w drogę. Słońce pięknie świeciło, gdy pedałowaliśmy przez Gliwice i Sośnicowice na zachód.
Pierwszy, w spacerowym tempie przebyty, etap, zaprowadził nas późnym popołudniem do małej miejscowości w pobliżu Głuchołaz, około 100 kilometrów od domu. Helę ta odległość troszeczkę zmęczyła, stąd rozejrzeliśmy się za noclegiem. To nawet szybko poszło, bo po niezamierzonym nieporozumieniu nasze rowery znalazły miejsce w zamykanej szopie, zaś my na tapczanie w mniej używanym pokoju.
Do tego nieporozumienia należałoby tłumaczenie: Wioska zamieszkana była przez przybyszów ze wschodu, posługujących się odrobinę innym językiem, tudzież słownictwem. Starsza, na tym gospodarstwie zastana kobieta, niezupełnie widać, nas zrozumiała, gdy pytaliśmy ją o nocleg. Po powtórzeniu naszej kwestii, potaknęła głową i zaprowadziła nas do drewnianych, deskowych drzwi, z wyciętym w nich serduszkiem. Tłumaczyła, jej może nieznane słowo "nocleg" na "nocnik". Gdy jednak na podwórku zebrało się więcej osób z rodziny, nieporozumienie się szybko wyjaśniło. Zostaliśmy przyjęci, nawet następny dzień tam spędziliśmy. Bo Hela zasłużyła na odpoczynek.
Nasz pierwszy, prawdziwy dzień wakacji nastał następnego ranka. Pogoda była właściwa i dlatego wybraliśmy się po małym, prowizorycznym śniadaniu, w piękną okolicę. W małym bagażu podręcznym znalazł się prowiant i woda - i koc. Na dalszą pieszą wycieczkę, choć okolica zapraszała, nikt z nas nie miał ochoty. Chłonęliśmy widok lekko pofałdowanego i częściowo zalesionego otoczenia, w którym, jak okiem sięgnąć, żywej duszy nie można było dojrzeć. Stąd niebawem skorzystaliśmy z odpowiedniego miejsca do rozścielania koca, by na nim odpocząć do syta. No, może nie całkiem dosłownie...
Ta urlopowa okolica, pogoda i wreszcie nasze uczucia pozwoliły nam przeżyć czas w sposób prawie cudowny. Daleko od domu, bez obowiązków czy ograniczeń czasowych na najbliższe dni, momenty dotychczas nam obce. Poznaliśmy siebie z nowej strony, ...gdyż rozmawialiśmy ze sobą. Mieliśmy czas na wszystko - nawet zdołaliśmy zjeść zabrany ze sobą prowiant. Dopiero nisko stojące słońce przypomniało nam, że musimy się jeszcze postarać o żywność na następny, już znów na kółkach, dzień.
Czyli na jutro, pojutrze i tak dalej. Bo tak albo w sposób podobny nam się od teraz życie toczyło.
Dni nanizały się, jeden po drugim, na sznurek - jakim był nasz urlop. Każdy jak poprzedni, ale jednak z zawsze nowymi dla nas momentami i przeżyciami. I wszystko stało pod znakiem naszej wspólnoty: Tylko my dwoje, cieleśnie i duchowo, w dobrych albo trudnych sytuacjach. Zawsze na siebie skazani, dla doświadczeń lub przeżyć.
Przykładów nie brakło. Tak koło Paczkowa zaskoczył nas deszcz. Szybko przekonaliśmy się, że nasza "odzież przeciwdeszczowa" nie nadawała się do jazdy w deszczu. Szczęśliwie jednak dobrnęliśmy, jeszcze przed całkowitym przemoczeniem, do otwartej szopy kolejowej, w której mogliśmy wraz z rowerami przeczekać dłużej trwający deszcz.
Gdy wreszcie deszcz ustał i wybraliśmy się w dalszą drogę, nie pozostało nam już wiele czasu do rozejrzenia się za noclegiem. Bez kłopotu znaleźliśmy gościnnych gospodarzy, którzy dali nam, wobec nieprzyjaźnej pogody, pomieszkać u nich także w drugi dzień. Popołudniu nastąpiła poprawa pogody i dlatego wybraliśmy się na pieszą wycieczkę w pagórkowatą i lesistą okolicę. Gawędziliśmy, żartowaliśmy i robiliśmy wszystko to, co zakochani na takim spacerze czynią. - W pewnym momencie, było już około 18:00 (tak, miałem zegarek!), odezwałem się do Heli: "Czas na powrót - tylko którą drogą?". Zastanowiła się, ...i wskazała jakiś kierunek. Ale poszła ze mną, gdy pokierowałem się w drugą stronę. Gdy zaś po niecałej godzinie byliśmy rzeczywiście w naszej kwaterze, stałem się dla niej autorytetem w sprawach orientacji przestrzennej.
Nasze kwatery, czasem tylko noclegi, były bardzo zróżnicowane. Ogólnie jednak ludzie byli bardzo gościnni, gdyż zawsze mieliśmy z Polakami do czynienia, którzy opuścili swoją ojczyznę w dawnej, polskiej Ukrainie. Domy czy gospodarstwa (nocowaliśmy wyłącznie w małych miejscowościach) były zazwyczaj już dosyć "zużyte". Ale ludziom brakowało z jednej strony pieniędzy lub materiału, zaś z drugiej prawdopodobnie jeszcze nie potrafili przyzwyczaić się do nowej ojczyzny. (Te układy nie wiele się zmieniły przez cały czas istnienia Polski Ludowej).
Raz nocowaliśmy w mieszkaniu, w którym dla gości zarezerwowana była kanapa, taka babcina, z bogatymi ozdobami z tyłu i boku. Nadawała się świetnie do siedzenia, nawet dla kilku osób. Ale w miarę wygodnie spać na niej, ze względu na wąskie siedzenie, mogła tylko jedna osoba.
Ale nam przyszło spać we dwoje. Jako że piętrowo trudno nam było spać całą noc, musieliśmy grzecznie, na boku, leżeć obok siebie. I prawie na komendę odwrócić się na drugi bok. - Na szczęście Hela nie narzekała.
Innym razem, tak jak zawsze, chcieliśmy dostać nocleg w stodole. Jednak gościnni gospodarze wymusili na nas, byśmy spali w dobrej izbie w ich własnym łóżku! Było czysto i myśmy przeżyli (raz jeszcze) prawdziwą noc weselną. Ale spać, spaliśmy także.
Były też noce, w których spaliśmy rzeczywiście w stodole na słomie albo na stryszku w sianie. Bardzo romantyczne do tulenia i spania blisko siebie. W sianie prawie automatycznie wytwarza się wnęka, która przybliża ciało drugiej osoby i daje ciepło. Naturalnie przynosi taki nocleg także pewne niedogodności. Pojedyncze źdźbła zakradają się pod odzież lub też otrzymuje się odwiedziny od jakieś owadów pełzających. Dobrze, że mieliśmy ze sobą latarkę. Bo przy jej pomocy mogłem wtedy Helę wybawić z (wymyślonej?) opresji.
W Bolesławowie zaplanowaliśmy kilkudniowy pobyt, gdyż tam mieszkała, znana teściowej, kobieta. Mieszkała w obszerniejszym domu, dawnym schronisku lub hotelu. Dlatego dostaliśmy własny pokój, w suterenie, jednak z prymitywnym natryskiem i ciepłą wodą! Bezpośrednio po przybyciu skorzystaliśmy z tej przyjemności, gdyż tu po raz pierwszy w życiu mogliśmy poznać zalety wspólnej kąpieli pod prysznicem. I potem jeszcze był piękny wieczór, kształtowany zgodnie z naszym gustem, łącznie z czekoladowym smakołykiem.
Bolesławowie miał stać się naszą bazą wypadową dla dwóch całodziennych wycieczek rowerowych. Śnieżnik (1425 metrów n.p.m.) był naszym pierwszym, ambitnym celem. - Dzień był pochmurny, kiedy myśmy wczesnym rankiem, zaopatrzeni w niewielką ilość żywności, ruszyli w drogę. Prowadziła nas wpierw normalną szosą o niewielkiej stromości. Jednak do czasu. Wzniesienie było coraz większe, Hela chciała kapitulować. (Dla przypomnienia: Mieliśmy tylko zwykłe, raczej ciężkie, rowery drogowe bez przekładni). Dlatego zaskoczyłem teraz Helę ze swoim "wynalazkiem". Pod siodełkiem swego roweru miałem ok. 5-metrową, mocną żyłkę wędkarską. Teraz ją wyciągnąłem, jeden koniec pozostał mocowany pod moim siodełkiem, podczas gdy drugi koniec, owinięty kilkakrotnie wokół środka kierownicy, Hela swobodnie przytrzymywała pod rączką.
Potem wsiedliśmy na rowery i ja stanąłem na pedałach... Tak pokonaliśmy piękny odcinek drogi, odpoczywając co jakiś czas. Gdy już bywało za stromo, pchnęliśmy zgodnie nasze, połączone jeszcze żyłką, rowery. Wszystko trwało troszeczkę, ale po godzinie czy dwóch, dotarliśmy do schroniska pod szczytem. Usiedliśmy na, jakże wygodnej, drewnianej ławce. Było spokojnie, tylko jeden czy drugi wędrownik patrzył z lekkim zdziwieniem na nasze rowery. I przypomnieliśmy sobie, że przez ostatnie godziny nie napotkaliśmy żadnego pojazdu!
Można było zamówić coś do picia i zjedliśmy swój prowiant. Zastanawialiśmy się nad dalszym postępowaniem.
Do szczytu chyba jeszcze ok. 100 m różnicy poziomu i my, bez rowerów oczywiście, udaliśmy się w drogę. Jednak niedaleko. Te 20 albo 25 km w nogach, nie najlepsza widoczność już tu pod szczytem - nasz zdrowy rozsądek zwyciężył. Tym łatwiej, że musieliśmy pomyśleć jeszcze o powrocie, za dnia, i o ewentualnym deszczu, który w tej chmurzystej atmosferze, tutaj na górze, wydawał się prawdopodobny. Zatem powrót!
W związku z omawianymi okolicznościami byłem skłonny, wybrać do powrotu krótszą trasę. Nie pomyślałem, że krótsza musi być bardziej stroma. I nawierzchnia może być gorsza. Niestety i jedno i drugie się sprawdziło. Jak długo szło usiedzieć podczas jazdy, siedzieliśmy i hamowaliśmy, tylnym hamulcem oczywiście. Niebawem okazało się, że piasta za mocno się rozgrzewa: smar zostaje wyrzucony na zewnątrz! Jako pierwszą pomoc zastosowaliśmy kąpiel tylnego koła w płynącym obok strumyku, aż piasta znów była dotykalna. W efekcie nie mogliśmy hamulca już tak intensywnie użyć, przyszło nam prowadzić rowery na odcinkach bardziej stromych. I przedni hamulec tutaj okazał się pomocnym, miało się władzę nad uciekającym rowerem. Żeby nas nie opanował zbytni smutek wobec tego mało ciekawego chodzenia i prowadzenia uciekającego roweru, droga pogorszyła się tak dalece, że o jeżdżeniu i tak mowy być nie mogło. Dalej zatem szliśmy piechotą. Na szczęście każda droga się kiedyś kończy, dla nas w pobliżu osiadłego tam kamieniołomu. Tu już zaczęła się "normalna" droga z "normalnym" spadkiem, która nas doprowadziła do głównej drogi. Byliśmy punktualnie w kwaterze i ja nawet troszeczkę dumny, wobec pokonania będących za nami trudności.
I następny także dzień w Bolesławowie poświęciliśmy wycieczce rowerowej.. Tym razem już tylko na normalnych szosach, bez znacznych różnic wysokości, choć wciąż w kłodzich górach śnieżnych. W tym dniu chcieliśmy sobie urządzić prawdziwy "obiad", ugotować zupę nad ogniskiem w wolnej naturze. Dotychczas ugotowaliśmy, jeśli w ogóle, nasze zupy na piecach kuchennych naszych gospodarzy.
Pedałowaliśmy zatem zupełnie swobodnie przez urozmaicony, prawie bezludny, krajobraz i rozglądaliśmy się, już w porze obiadowej, za odpowiednim miejscem na biwak. Długi żywopłot tuż koło małego strumyczka i reszta murowanego fundamentu dawnej stodoły, dość daleko od raczej i tak pustej ulicy, wydawał się nam właściwym miejscem. Rozłożenie koca - i siebie na nim - to był początek naszego poobiednego lenistwa. Jednak czas zmusił mnie, by poszukać materiał opałowy. To było nietrudne zadanie, bo suchych gałęzi w chaszczach było dość. Zatem szybko doszło do rozpalenia ogniska. To, pomiędy trzema, specjalnie uformowanymi, drutami do trzymania garnka. Wodę mieliśmy ze sobą, nawet kilka kartofli, które miały zupę uczynić bardziej pożywną. Hela zabrała się do roboty.
Niestety teraz wyszło na jaw, że romantyczne ognisko obozowe obarczone jest wieloma niespodziankami. Najpierw się okazało, że idea z kartoflami była nie najlepsza. Pojawiający się wiatr tak tarmosił płomieniami, że one nie ogrzewały garnek, ale za to dym dmuchały zawsze w twarz. Zakończenie procesu gotowania kartofli odsunął się przez to w daleką przyszłość. I stąd zrezygnowaliśmy z tego zamiaru i ograniczyliśmy się do samej grochówki. I tą rzeczywiście zdołaliśmy ugotować. Nawet z odrobiną popiołu i aromatem ogniska. Smakowała pysznie i łącznie z posiadanymi pajdami chleba dawała dobry obiad. Dzień zatem przetrwaliśmy w dobrej kondycji, nasz garnek raczej nie. Nie uwzględniając zaczernienie, jakoś dziwnie zmiękł, i niebawem składał z prawie samych wgnieceń.
Po kilku dniach kontynuowalśmy naszą podróż. Przez Kłodzko poszło dalej na północ. Wszystkie prawie uzdrowiska leżące przy naszej trasie stały się obiektem naszych odwiedzin. Napajaliśmy się pięknym otoczeniem wciąż od nowa. Na ulicach, właściwie szosach był tylko mały ruch, zazwyczaj należały one do nas. Teren nie był górzysty, ale wyraźnie pagórkowaty. Najprzykrzejszą dla nas rzeczą było, kiedy my po dłuższym odcinku pięknie asfaltowanej drogi pod górę, cieszyliśmy się już w duchu z takiegoże komfortowego zjazdu z górki. Jednak budowniczowie dróg owych czasów prawie zawsze zdołali nam zgotować przykrą niespodziankę. Bo pozostawili "nasze" zjazdy w stanie godnym pożałowania, ze żwirem, szutrem i wybojami. I wtedy, zamiast odpocząć przy komfortowym zjeździe, staliśmy na hamulcu, i szukaliśmy naszą drogę pomiędzy dziurami. Byliśmy żli, jednak na szęście tylko do końca złej drogi.
Prawie cały dzień poświęciliśmy Szczelincowi w Górach Stołowych. Z Karłowa udaliśmy się w ten świat prawie przygodowych postaci i form skalnych. Wielorako ukształtowane skały animowały do różnych porównań. Wrażenie samotności w tym skalnym labiryncie przyczyniło się ponownie do uprzytomnienia sobie naszej wzajemnej przynależności. - Nikt nam nie przeszkadzał w odkrywaniu coraz to nowych, przez naturę stworzonych, formacji i perspektyw. Był to jeden z tych dni, które człowiek prawdopodobnie aż do końca życia będzie mógł przywołać przed swe duchowe oko.
Wtedy chodziliśmy przez ten kamienny świat sami, nikt nam godzinami nie przeszkadzał odkrywać go. Dzisiaj jest atrakcją turystyczną, za którą trzeba płacić...
Potem jeszcze była sprawa z tą czekoladą. (d. E. Wedla - Warszawa). Była dla nas ekskluzywną słodyczą, powiedzmy, ze względu na jej cenę. Mieliśmy jeszcze tabliczkę w bagażu, na czarna godzinę. Tego dnia było bardzo gorąco, szosa bezcieniowa i jazda dość wyczerpująca. Zadecydowaliśmy się w porze obiadowej na mały odpoczynek na skraju szosy. I jednomyślnie stwierdziliśmy, że potrzebujemy jakieś wzmocnienie. Czekolada miała nim być.
Zaraz, co to było, co ja wygrzebałem z plecaka? Coś miękkiego, prawie płynnego w opakowaniu czekoladowym? To była nasza czekolada! - Wylizaliśmy ją po prostu z papieru...
Dni naszej podróży upływały w sposób już prawie rutynowy, codzienne czynności wydawały nam się już normalnością. Pakowanie ranne, jeżdżenie, podziwiania świata wokół nas i potem rozglądanie się za możliwością noclegowa. Tak przeleciało nam te ponad trzy tygodni, jak kilka tylko dni. I pięknego poranka staliśmy przed drzwiami Heli krewnych w Gryfowie/Greifenberg. To miasteczko wybraliśmy na punkt końcowy naszej podróży. Jeszcze jedną króciutką wycieczkę z tamtejszą dziewczyną, Susi, do Świeradowa/Flinsberg - i nasza podróż poślubna
została pakowaniem rowerów do pociągu w Jeleniej Górze/Hirschberg, zakończona.
I znów byliśmy w domu, w tym najpiękniejszym miejscu ze wszystkich celów urlopowych.
Tłumaczyłem dopiero w lipcu 2012 roku.
Jest to doświadczenie, jakie zrobiłem w czasie mej nauki, w początkach lat pięćdziesiątych. Wtedy, w różnych porach roku szkolnego, zawsze wtedy, gdy któraś z okolicznych kopalń miała trudności z wykonaniem planu, przypomniano sobie o istnieniu naszej szkoły. Wszyscy uczniowie byli pełnoletni i mieli doświadczenie zawodowe w górnictwie. Starczyło, by taka kopalnia dała znać dyrektorowi o swoich kłopotach, dyskretnie wspominając o rekomendacji komitetu miejskiego partii, by ten zawiesił naukę na tydzień albo dwa i posłał 100 czy 150 par rąk do pracy w kopalni. Było to na rękę kadrze nauczycielskiej (miała wolne) i nawet nam, uczniom, gdyż w ten sposób podreperowaliśmy sobie kieszonkowe, te niepełne 30 zł miesięcznie, które otrzymaliśmy na drobne wydatki.
I tak pewnego chłodnego i dżdżystego dnia podrzuciła nas, przystosowana do przewozów osób, ciężarówka pod bramę, chyba dawnej kopalni Barbara. Tam dostaliśmy w znanych już nam okolicznościach odzież, hełm i karbidówkę i powędrowaliśmy pod szyb, do czekających na nas opiekunów. Każdy z nich miał „przydział“ na dwóch czy trzech pomocników i zanim się obejrzałem, zostałem sam z ostatnim z nich. Ten tylko głową skinął na mnie i już bez słów zjechaliśmy na dół. Mój chłop był i tam nadal milczący. Dopiero po dziesięciu czy piętnastu minutach, już w pobliżu przyszłego miejsca pracy, gdzie natknęliśmy się na dalszych dwóch pracowników jego brygady, dowiedziałem się, że będziemy pracować przy naprawie obudowy. Czyli usunąć zgniecione drewno, załadować luźną skałę na wózki, przynosić świeże drewno, przyciąć i zabudować je. To była praca, przy której mogłem współdziałać.
Później przyszedł czas, kiedy brygadzista wysupłał swój zegarek z chust, spojrzał nań i powiedział do mnie: „Dla ciebie praca jest skończona, my tu jeszcze ciągniemy drugą szychtę – pośpiesz się do szybu“. Na moją wątpliwość co do drogi – bo jestem na tym oddziale pierwszy raz – powiedział: „Idziesz do szybika, skąd braliśmy drewno, wyjdziesz do góry i stamtąd idziesz już prosto do szybu, to jest najkrótsza droga“.
Dobrze, ja chciałem być punktualnie na górze, żeby zdążyć na ciężarówkę i z nią na późną kolację w internacie. Stąd szedłem szybciutko w stronę szybika i zaczynałem wspinać się po drabinach. Jako że byłem sam, nie mogłem skorzystać z prymitywnego wyciągu dla drewna (nie dopuszczonego zresztą do przewozu ludzi) tylko śpiesznie wspinałem się po drabinach: pierwsza, podest, druga, podest, trzecia, ale po chwili już mi się ilość przebytych drabin pomyliła. Gdy mi się wydawało, że wspinam się już po ostatniej, próbowałem w mdłym świetle mej karbidówki dojrzeć zakończenie szybika. Jednak w tym właśnie momencie usłyszałem charakterystyczny dla kopalń huk i po chwili następne. To górnicy w którymś tam przodku na zakończenie szychty odstrzelali swoje ładunki. Poczułem drżenie podziemia i falę uderzeniową. Co gorsze, moja lampa poczuła ją także. Już przy pierwszym wybuchu po prostu zgasła.
Ciemność nie jest właściwym słowem dla otoczenia, w którym się znalazłem - ja zrobiłem się ślepym. Stałem na drabinie i gorączkowo myślałem. Zapałki!!! Dlaczego nie masz takich przy sobie? Byłem na siebie zły. Czy ktoś tu jeszcze przyjdzie? Nie, mogłem sobie od razu powiedzieć. Była sobota i na dole myśmy sami pracowali. Co zrobić? Wrócić do swoich? Dwanaście drabin? Zbyt niebezpieczne. Poza tym: Ciężarówka, jedzenie! Przed moim wewnętrznym okiem miałem jeszcze koniec drabiny i być może koniec szybika. Czyli naprzód, do góry! Ostrożnie wspinałem się te ostatnie szczeble, aż ręką mogłem wyczuć podest. Powolutku przeszedłem nań i zacząłem ręką i bezużyteczną teraz lampą macać za ścianą. Byle nie wpaść w jakąś dziurę, przecież szyb jest tuż, tuż! Jest ściana! Drewniana, porusza się – czyli drzwi, koniec szybika. Przeciskam się przez nie i znów szukam kontaktu z ociosem. Co najwyżej kilka metrów dalej muszą być szyny, po których transportuje się materiały do szybika. Ostrożnie zatem dalej – przy czym w głowie odgrywają się różne rzeczy.
Budzą się wspomnienia z dzieciństwa. Obok realnego niebezpieczeństwa upadku, uderzenia lub kaleczenia się bliżej nie określonymi przedmiotami, budzą się myśli irracjonalne. Już mniej jakieś duchy, raczej jakieś osoby albo inne niesprecyzowane obawy są wszechobecne - przy tym posuwaniu się w nieznaną przestrzeń. To wszystko w przeciągu tych kilka minut od drabiny do chodnika, w którym powinny być te szyny.
I nareszcie są! Ale idą w lewo i w prawo. W którą stronę się udać, po której stronie jest szyb? Przy rozstrzygnięciu tego dylematu pomogła mi moja wiedza teoretyczna o przewietrzaniu kopalń. Stanąłem pomiędzy szynami i uniosłem zwilżony palec nad głową. Wyczułem powiew z prawej i już wiedziałem, że tam leży szyb.
„Teraz szybciej“ powiedziałem do siebie i zacząłem iść. Posuwając jedną nogą po szynie, mogłem rzeczywiście prędzej pójść, bo nie musiałem się trzymać ściany, pełnej ewentualnych niespodzianek. Tak kuśtykałem może sto, może dwieście metrów, oczy wypadały mi z orbit, gdy w oddali pojawiła się wąska i pionowa jaśniejsza kreska, odblask? Wpatrywałem się z zacięciem, w to jedyne co widziałem i dalej się posuwałem. Źródło światła robiło się coraz szersze i poznałem, że to łagodny zakręt chodnika pozwala mi dojrzeć coraz wyraźniej wylot chodnika na prostopadle przebiegający – i gdzieś tam oświetlony - przekop. W tym momencie poczułem też ten ból w plecach i uświadomiłem sobie, że zgodnie z pewnym przyzwyczajeniem górniczym – w obawie przed uderzeniem głową w niski strop, wystającą deskę albo inną twardą przeszkodą – szedłem schylony i coraz bardziej się w tej ciemności schylałem.
Doszedłem do przekopu i widziałem po prawej dwóch mężczyzn siedzących na stosie drewna, oświetlonego żarówką, której światło widziałem tak daleko, nawet za odgałęzieniem. Dochodzący do nich odgłos moich kroków spowodował, że jeden z nich zeskoczył z drewna i obaj nadwyrężali wzrok w moim kierunku. Może obawiali się, że to sztygar zaskoczył ich przy leniuchowaniu, jednak szybko się uspokoili, gdy zauważyli moją niezbyt wytworną postać, która zbliżyła się do nich. Gdy do nich doszedłem, już obaj znów siedzieli. Ja zapaliłem swoją lampę, korzystając z płomienia jednej z ich lamp, wiszących na stemplu z mojej strony i zapytałem się: „Do szybu?“ wskazując palącą się już lampą kierunek. Odpowiedzieli jeszcze bardziej lakonicznie, bo bez słowa, kiwnięciem głowy.
Ja teraz już naprawdę żwawo pomaszerowałem w stronę szybu i doszedłem tam dość szybko. Zdążyłem się umyć i złapać ciężarówkę, warunek na normalną kolację w internacie.
Pomimo że potem o swojej przygodzie prawie nigdy nie rozmawiałem, pozostała ona bardzo żywo w mojej pamięci, stając się ważnym doświadczeniem w moim życiu: Kilkanaście minut być pozbawionym wzroku, pozostając jednak nadal aktywnym w zupełnie obcym otoczeniu.
We wczesnych latach pięćdziesiątych znów kiedyś nastał period szkolnego kształcenia, kiedy nie musiałem wysiadywać w ławce szkolnej, ale mogłem pomóc zabrzańskiej kopalni wypełnić plan. Naturalnie nie ja sam, ale wszyscy uczniowie naszej szkoły.
Tak zostałem członkiem małej brygady, której zadaniem było udostępnienie opuszczonego jeszcze w czasie wojny, pola wydobywczego. Nasze miejsce pracy leżało na najniższym poziomie, 700 czy 800 metrów pod ziemią. Ta duża głębokość wraz z silnie zredukowaną szybkością jazdy (2 - 3 m/s), dawała niezwykły czas wjazdu lub wyjazdu, mianowicie dobre cztery albo i pięć minut. I dalsze znamię naszego miejsca pracy: temperatura. O ile ono na podszybiu lub przekopie była do zniesienia, to na przodku, tam gdzie się pracowało, osiągała tropikalne wartości.
Ze względów na bezpieczeństwo(?), nasz rębacz miał zawsze, umieszczony na deseczce, termometr ze sobą. Podczas pracy wisiał na stemplu, w pobliżu przodka. Dla mnie ten termometr był raczej nieciekawy, nawet gdy rębacz powiedział: "Znów prawie 35°". Ja wtedy najwyżej pomyślałem o kąpielisku, podczas gdy dla niego to była kontrola przewietrzania.
Gdyż to przewietrzanie było dla tu pracujących ludzi sprawą zdrowia lub nawet życia. Jak się później miało okazać.
Praca w naszym przodku odbywała się w ślepym zaułku, 80 czy 100 metrów (albo było tego nawet więcej?) od chodnika, który był już "normalnie" przewietrzany, mianowicie głównym prądem powietrza pomiędy dwoma szybami. Wymiana powietrza w naszym przodku odbywała się przez lutnię, czyli takiej blaszanej rurze o średnicy ok. 40 cm. Wbudowany w ten rurociąg elektryczny wentylator pchał powietrze od chodnika do naszego przodka. Jednak przy tej dużej odległości jego wydajność była mierna Bowiem miał nam dostarczyć nie tylko powietrze do oddychania, ale także obniżyć temperaturę w przodku.
Zaś ta, w przeciągu tych tygodni mojej pracy, była wysoka. W tej sytuacji niewiele pomogło nawet otworzenie zaworu sprężonego powietrza, normalnie używanego dla pneumatycznych narzędzi. Poza tym syczenie wypływającego powietrza było na tyle nieznośne, że rzadko górnicy z tego korzystali. - Pozostało zatem gorąco.
To zaś, zazwyczaj ciężka praca fizyczna oraz nie najlepsze powietrze do oddychania przyczyniły się do obfitego pocenia. Stąd miało się zawsze pragnienie. Tak każdy miał swoją (albo swoje) butelkę z możliwie wielką ilością napitku ze sobą. Tylko ja, pierwszego dnia, nie. Tak byłem zmuszony skorzystać z przez kopalnię oferowanego płynu...
Była to 6 - 8 litrów mieszcząca konewka, z przymocowanymi do niej garnuszkami, którymi można się było płynem, prawdopodobnie herbatą, raczyć. Konewka miała kształt stożkowy i przykryta była blaszaną pokrywą, dorobioną przez mechanika kopalnianego. Przynoszono ją gdzieś w połowie szychty na przodek.
Jak już wspomniałem, pocili się wszyscy. Stąd górnicy stosowali strój roboczy dwuczęściowy. Na głowie hełm, wtedy jeszcze skórzany, a na nogach buty. Innego odzienia nie było. Dla mnie, w obliczu tych dyndających faktów, było trudno dostosować się do tam panujących zwyczajów. Pracowałem zatem zawsze w moich "skromnych" kąpielówkach, które jednak bardzo prędko były przemoczone. Choć nadawały się do wykręcenia, zrobiłem to raz na koniec szychty, przed ubieraniem reszty odzienia roboczego. Tak, i prawie bym zapomniał: Podczas pracy opróżniłem od czasu do czasu swoje buty - naturalnie tylko od potu. Pot był tak wszechobecny, że pod koniec zmiany miewałem dłonie zupełnie pomarszczone, jak po dniu pracy w pralni matki. (Wtedy bieliznę się jeszcze ręcznie prało).
I najnieprawdopodobniejsze w całej historii: Pomimo bardzo niesprzyjających warunków pracy, z gorącem i wilgocią, z przeciągiem w przekopie, koszu wyciągowym i na drodze do łaźni, nigdy tam nie chorowałem.
Ale teraz do właściwego tematu mej historii. Jak już powiedziałem, udostępnione miało być stare pole wydobywcze. Nasza brygada pędziła w tym celu dość szeroki chodnik w pokładzie węgla. Czyli należało wykonać wszystkie pracy typowo górnicze: wiercenie, strzelanie, ładowanie węgla do wózków i zabezpieczenie chodnika obudową drewnianą. Tym najmłodszym członkom brygady przypisano ładowanie i transport wózków do chodnika głównego. Innymi słowy: łopata była moim narzędziem pracy praktycznie przez cały dzień.
Raz znów tak daleko było. Po odstrzale zawsze trwało kilka minut, aż dym przez powietrze z lutni na tyle był rozrzedrzony i częściowo już wyparty z przodka, że my z bezpiecznej odległości wracali na miejsce pracy. Ja chętnie udawałem się tam jako pierwszy, by zobaczyć, ile to węgla mamy do ładowania.
Zdziwiony popatrzyłem się na niezwykle dużą kupę węgla, której wysokość sięgała połowy chodnika. I nad tym węglem było jeszcze coś bardziej czarnego. Z bliższej odległości można było poznać dziurę! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem w swojej dotychczasowej karierze górniczej. I zanim zdążyłem wdrapać się na hałdę węgla, rębacz zawołał: "Stop, ostrożnie - tam jest na pewno gaz!". W pierwszym momencie byłem głęboko przestraszony, bo z teorii znałem katastrofalne skutki wybuchu gazu kopalnianego - metanu.
Tylko chwilę później znów byłem w rzeczywistości: Kopalnia nie należała do kategorii gazowych, wszyscy górnicy wyposażeni byli w "karbidki", czyli lampami z otwartym płomieniem. Rębacz myślał o dwutlenku węgla! I rzeczywiście. Gdy wydrapał się na hałdę ustrzelonego węgla i ze swoją lampą dostał się w pobliże otworu, ta natychmiast zgasła. Wtedy ze stoickim spokojem zwrócił się do nas i powiedział: "Nie siedzieć, pracować! A lampy powieście wysoko". Coś innego zresztą nam nie pozostawało. Tylko mnie ta dziura, tam na górze, magicznie przyciągała...
Tak skorzystałem z pierwszej okazji (gdy nie było wózka), by to nieznane rozpoznać. Najpierw mogłem stwierdzić, że mi lampa nie zgasła, jesli ją w pobliżu stropu do dziury zbliżyłem. Dopiero podczas zniżenia zaczęła kopcić i zgasła. Kilka dalszych prób w pobliżu otworu, na zwałowisku węgla i na spągu chodnika, pokazało mi niewidoczną rzekę gazu. Wypływała ona, jak woda, z otworu i po zwale do chodnika. Tam, mieszając się z powietrzem, robiła się niezauważalna.
Gdy to zrozumiałem, ciągnęło mnie do otworu. Tylko że rębacz miał inne zdanie. "Ty pozostaniesz grzecznie tu!", było jego kategoryczne żądanie. Prawdopodobnie też miał rację. Za to mogłem ze względnie bezpiecznej przestrzeni przodka, "odkryć" przy pomocy mej lampy reflektorowej, tajemnice tego starego wyrobiska.
Był ono częścią jakiegoś chodnika, biegnącego prostopadle do naszego i ze spągiem leżącym troszeczkę wyżej niż ten naszego miejsca pracy. Zasypany był mnóstwem odłamów węgla i skały. Drewno obudowy było częściowo zgniecione lub połamane i pokryte rażąco białymi grzybami, tak przynajmniej to wyglądało to w otaczającej czerni. Grzyby obrosły drewno w formach półkulistych lub zwisały na cienkich nitkach jak kule, wielkości głowy dziecięcej, ze stropu. Prawie jak lampy na współczesnych wystawach sztuki.
Ta duża ilość bieli reflektowała słabe przecież światło lampy i pozwalały na daleki wgląd w dziewiczy świat sprzed 10 czy 20 laty. I interesująco: W tym hermetycznie zamkniętym świecie, w którym tlen prawdopodobnie dawno był zużyty, w tej ciepłej CO2-atmosferze, właśnie grzyby znalazły swoje warunki bytowania.
To doświadczenie, ten kontakt z pustą, przez człowieka dawno stworzoną przestrzenią pod ziemią, miało zostać dla mnie dalszym, znaczącym przeżyciem.
Tą opowieść, wspomnienia z okresu studiów, przedstawiam w dwóch wersjach: Raz, jak widział naszą praktykę mój serdeczny kolega i współuczestnik tych sześciu tygodni a dwa, jak zostały one w mojej pamięci.
Gdyż czas mija i wspomnienia blakną. Dlatego pisząc te
słowa, z przyjemnością odświeżyłem je, lub w oparciu o słowa
mego kolegi przywołałem znów do pamięci. Jeden wniosek
zdołałem już wysnuć: W naszych pamięciach utrwaliły się różne
momenty, spojrzenia i kąty patrzenia. Stąd też przez tą pierwszą
rekapitulację, porównanie naszych obrazów pamięciowych
owe chwile stały się ponownie bogatsze i bardziej plastyczne.
Proszę poczytać i wejść w życie dwóch studentów,
pięćdziesiąt lat temu.
Oddaję głos Tadkowi:
Na apel, a można
też powiedzieć, na wezwanie mojego kolegi, z którym odbyłem
tę praktykę, stoję przed nie lada trudnym zadaniem, bo po blisko
pół wieku grzebię w pamięci, aby wydobyć stamtąd jakieś
mocno już przykurzone wspomnienia. Ponieważ po pierwszym roku w
innym nieco składzie byłem również na praktyce w tej
miejscowości, niewykluczone, że niektóre wydarzenia mogą mi
się mylić w czasie.
Ówczesnym zwyczajem, w celu
przybliżenia studentom wiedzy praktycznej, było odbywanie praktyk
zawodowych. W zależności od tego, gdzie się trafiło i jaki
solidny zakładowy pracownik sprawował nad nami nadzór, pobyt
przybierał bardzo różny charakter. Na ogół byliśmy
traktowani jako Ci, którzy nakazem z "góry"
przybyli i muszą się kręcić, a faktycznie nie wiadomo było co z
nami zrobić. W trakcie szóstego semestru, dowiedzieliśmy
się, że można sobie w jakiś sposób uatrakcyjnić, lub
nawet "zorganizować" na własną rękę w wybranym przez
siebie zakładzie pracy obowiązkową praktykę. Organizowały się
wtedy różne grupy kolegów chcących razem przeżyć
przygodę wakacyjną. Miejscowi załatwiali sobie pracę w
kopalniach lub w jakichś innych firmach, związanych z górnictwem.
Mały Kaziu i ja byliśmy z Bożej łaski małopolskimi
górnikami, nie przystawaliśmy swoją górniczą postawą
do reszty grupy i w zasadzie było nam "ganz egal", gdzie
zaliczymy te parę tygodni praktyki. Nasze ochoty szły raczej w
kierunku połączenia turystyki z uczelnianym obowiązkiem. Do
naszego myślenia dołączył Karol, który zazwyczaj w wakacje
pracował zarobkowo, ale tym razem zdecydował się na wyjazd z
Gliwic. On to w imieniu naszej trójki napisał list do kop.
Mieszko w Wałbrzychu, bo przy tej kopalni była elektrownia i to
było chyba dla nas zasadniczą zawodową zachętą. A ze względu na
bardzo dużą krajoznawczą atrakcyjność tamtejszych terenów,
pobyt w Wałbrzychu rysował się bardzo ciekawie. Kiedy po jakimś
czasie "przyszła" z kopalni na Politechnikę zgoda,
mieliśmy już sprawę "zaklepaną" i po zdaniu paru
egzaminów letniej sesji wyruszyliśmy we trójkę do
Wałbrzycha, gdyż praktyka rozpoczynała się 1 lipca 1958 roku.
Pojechaliśmy pociągiem przez Wrocław, i dalej przez Jaworzynę
Śląską, Świebodzice. Do dziś mam w oczach sterczące na
wysokości ok. 20 - 40 cm kikuty słupów trakcji elektrycznej
wzdłuż tej linii kolejowej. Były to pozostałości konstrukcji
stalowych ściętych palnikami gazowymi po wkroczeniu Rosjan na te
tereny, a wywiezionych jako zdobycz wojenna. Trudno odgadnąć dalszą
przydatność, demontowanych w ten niszczący sposób urządzeń
elektrycznych, dla rozwoju kolejnictwa na wschodzie. Kopalnia
zakwaterowała nas - jedynych mieszkańców pustego w wakacje,
dużego internatu jakiejś szkoły kopalnianej. Budynek położonego
był w dzielnicy Pogórze, na górującym nad pozostałym
terenem, niewielkim wzniesieniu.
Nie byliśmy nazbyt
gorliwymi praktykantami. Wydaje mi się, że zaledwie kilka razy
zgłosiliśmy się, aby się przypomnieć, że istniejemy. Nikogo to
jakoś w zakładzie nie interesowało. Do dziś w pamięci pozostały
mi tylko dwa spotkania z celem naszej praktyki: raz w kopalni i raz
na tzw. zapoznaniu się z elektrownią kopalnianą. Do kopalni
zjechaliśmy we "wzmocnionej" grupie o Helę -/ żonę
Karola, bo na kilka dni przyjechała z Gliwic do męża. "Robiła"
za naszą koleżankę i udawała studentkę, nie było żadnych
formalnych problemów, abyśmy wszyscy razem w towarzystwie nas
oprowadzającego, przebrani za prawdziwych górników
parę godzin spędzili na dole. Byłem, podobnie jak Mały Kazik
zupełnie "zielonym" w kopalnianym obejściu i wszystko dla
nas było nowością. Padliśmy nawet ofiarą dowcipu, jaki wyrządził
nam nasz opiekun. Gdzieś w bocznej wnęce chodnika stało kilka
kubłów, zakrytych wiekami. Zainteresowaliśmy się tym -
pytając, co to jest? Nasz przewodnik miał widocznie poczucie humoru,
bo podpowiedział nam, abyśmy unieśli pokrywy i sami zaglądnęli
do wnętrza. Któryś z nas to zrobił, a wtedy wydobył się
stamtąd smród charakterystyczny dla "zapachów"
szamba. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że w kopalniach górnicy
też czasem mają naturalne potrzeby i coś z "tym" trzeba
później zrobić. Już teraz nie pamiętam, czy dociekaliśmy
dalej szczegółów.
Natomiast z wiedzy technicznej z
tej praktyki do dziś noszę w pamięci wrażenie, jaki zrobił na nas
silnik asynchroniczny krótkozwarty o mocy 2 MW. Dla nas
elektryków takie urządzenie było ciekawostką bardzo dużej
miary. Silnik ten miał swój oddzielny transformator, który
zasilał go w czasie rozruchu, odbywającego się bardzo rzadko.
Silnik napędzał pompę zasilającą kocioł parowy w wodę.
Nie
będąc solidnymi praktykantami, wypadało nam jakoś w inny sposób
wypełniać sobie czas. Zwiedzaliśmy więc okolice,
wędrując na bliższe i dalsze wycieczki. Byliśmy w Karpaczu
połączonym z wejściem na Śnieżkę i zaglądnięciem do
Bierutowic, aby zobaczyć drewniany, przeniesiony kiedyś ze
Skandynawii - kościółek Wang - gdyż do Karkonoszy nie było
daleko i taki wyjazd mieścił się w jednym dniu i nie musieliśmy
wydawać drobnych na jakiś nocleg. Na Śnieżce "obowiązkowo"
należało zaglądnąć do czeskiego schroniska turystycznego, bo to
była już zagranica, choć nielegalnie przekroczona. Granicy pilnie
strzegli polscy i czescy pogranicznicy. Kiedy wchodziłem do
schroniska, usiłowałem udawać "Czecha" i zaimponować
swoją znajomością obcych języków - pozdrowiłem obsługę
słowem "nashledano", co po naszemu znaczy "do
widzenia" i w ten sposób zdradziłem się, że jestem
Polakiem, co oczywiście sprawiło, że zostałem wyproszony. Koledzy
- Karol i Mały Kazik - byli sprytniejsi, nic nie mówili i
mogli pozostać w schronisku.
Nasza kwatera w Wałbrzychu,
początek wszelkich wypraw, była nieopodal tunelu toru kolejowego
prowadzącego z Wałbrzycha w kierunku Jedliny Zdrój. Nie
pomnę już jak to, ze względu na nasze bezpieczeństwo, było
możliwe, że dość często chodziliśmy tym tunelem w kierunku
Jedliny, gdyż górą przez las, było zbyt "daleko"
dla nas. W 1958 roku, od wojny minęło już 13 lat, jednak wszędzie
można było jeszcze znaleźć jej ślady. Biedne, choć zapewne
kiedyś zadbane domostwa, teraz zamieszkałe chyba w większości
przez byłych mieszkańców ziem zostawionych za Bugiem, ludzi,
którzy nie czuli się tam właścicielami, ani gospodarzami
robiły na mnie okropne wrażenie. W jedlińskim zdrojowym parku były
tylko cokoły po dawnych pomnikach, teraz pozbawionych figur.
Wszystko zdewastowane i zniszczone. W moim starych zdjęciach z
tamtych czasów, zachowała się fotka, jak z dość głupawą
miną stoję na cokole i udaję jakąś
postać.
Zostało mi w pamięci, że kilkakrotnym celem
udawania się do Jedliny była jakaś dziewczyna, ale skąd ona na
naszej drodze się znalazła, tego już nie pamiętam. Karol, który
w moich oczach był zawsze "pies, albo lew na kobiety"
nadawał ton tym spotkaniom. Kiedyś w jakiś deszczowy dzień,
doszło nawet do obrażenia się Karola na mnie i Kazika, bo jakoś
nie przejawialiśmy obaj ochoty na pójście na spotkanie z
Tereską (chyba tak miała na imię). Jako powód
nieporozumienia Karol podawał nam, że nie wypada być niesłownym,
bo przecież umówiliśmy się z nią. Ja się nie umawiałem,
bo cała inicjatywa tych kontaktów była w ręku Karola, gdyż
ani Kazik, ani ja nie byliśmy "lwami salonowymi", tym bardziej, że to dziewczę nie było czymś szczególnym. Nie
rozumiałem imponderabiliów naszego starszego kolegi, ale
koniec końców, obrażony na nas, poszedł na spotkanie, aby w
ten sposób samotnie ratować nasze honory.
Kiedyś
wracaliśmy z Jedliny bardzo późną porą, aby nie powiedzieć
nocą. Zwykle chodziliśmy leśną ścieżka, ale teraz jakoś nie
zdecydowaliśmy się iść tamtędy i wybraliśmy się okrężną,
pustą o tej porze drogą, co spowodowało, że się nam mocno
ściągnęło, do tego stopnia, że koło północy jeszcze
byliśmy daleko od "swojego" internatu. Gdyśmy środkiem
szosy "drałowali", nagle zostaliśmy oświetleni światłami
samochodowymi i otoczeni przez milicjantów. Zaskoczeni tym
zajściem wszyscy trzej straciliśmy język w gębie, gdy zarzuciły
nas pytania patrolu - kim jesteśmy, skąd i dokąd idziemy i
dlaczego się tak plączmy po nocy?. Chyba mieliśmy ze sobą
legitymacje studenckie i naszym wyjaśnieniom widocznie milicjanci
dali wiarę, bo wszystko zakończyło się tym, że samochodem, ku
naszej radości zostaliśmy podwiezieni do naszej bursy. Już w
samochodzie milicyjnym objaśniono nam, że te tereny są bardzo
niebezpieczne, że nie należy się wałęsać po nocy, bo kręci się
różna szumowina, a kilka dni temu popełniono w okolicy
morderstwo. Przy okazji należy wspomnieć, że tzw. Domy Górnicze,
których w Wałbrzychu było bardzo wiele, a w których
była zakwaterowana zbieranina z całej Polski, pracująca w
okolicznych licznych kopalniach, w tym czasie nie cieszyły się
dobrą sławą, bo były siedliskiem różnych podejrzanych
elementów prowadzących ze sobą porachunki i gdzie jedyną
rozrywką było picie wódki i przy tej okazji mordobicia.
W
ramach poszukiwań atrakcji turystyczno-krajobrazowych łaziliśmy
szlakami turystycznymi w Górach Sowich, położonych niedaleko
Wałbrzycha. Wpierw pociągiem trasą z Wałbrzycha na Nową Rudę,
zajechaliśmy do stacji kolejowej Świerk (ze względu na nazwę tej
miejscowości, do dziś ją pamiętam). Stamtąd już za znakami
turystycznymi wyszliśmy na najwyższe wzniesienie Gór Sowich
- Wielką Sowę. Na tym szczycie była murowana w kształcie wąskiej
wysokiej rotundy,
znacznie górująca nad drzewami - wieża widokowa, skąd
roztaczał się bardzo rozległy widok na okolice z zagłębiem
wałbrzyskim włącznie. Z Wielkiej Sowy zeszliśmy w kierunku
wschodnim do Walimia. Atrakcją dla nas była dalsza jazda z Walimia
jedno-wagonową torową kolejką, coś w rodzaju tramwaju, bo o
napędzie elektrycznym. Szkoda, że będąc w tej miejscowości, nie
poszwendaliśmy się więcej po okolicy, bo być może natrafilibyśmy
na pozostałości potężnych budowli zlokalizowanych w okolicznych
lasach i pagórkach.
Już znacznie później od
czasu, do czasu publikatory podawały sensacyjne wieści o
tamtejszych tajemnych podziemnych fabrykach pracujących na rzecz
potęgi militarnej Hitlera. Przy tych olbrzymich pracach budowlanych
zatrudnieni byli więźniowie obozu koncentracyjnego w Gross Rosen
obecnie Rogoźnica, specjalnie urządzonego dla tego celu. Ponieważ
to przedsięwzięcie w machinie wojennej było uznane jako tajne,
wszyscy zatrudnieni pracowali z wyrokiem śmierci, choć o tym nie
mieli pojęcia. Do tej pory zachowały się potężne betonowe
sztolnie zalane wodą i inne wyminowane hale podziemne. Trudno teraz
ocenić co jest plotką, a co jest prawdą. Podobno tam była
budowana i już częściowo nawet pracowała fabryka "Wunderwaffe".
Faktem jest, że do tej pory ciągle organizowane są jakieś grupy
poszukiwawcze, które penetrują tamtejsze ruiny i podziemia.
Chodzi mi też po głowie zwiedzanie Kłodzka z imponującą,
górującą nad miastem cytadelą, Bolesławca z muzeum
Kutuzowa, Świebodzic, zamek w Książu i innych okolicznych
miejscowości, ale może to było innym razem. Jak wspomniałem
wyżej, w Wałbrzychu byłem też już wcześniej, ale również
i potem, bo w Szczawnie Zdroju na przełomie lat 80/90 leczyłem w
sanatorium swoją kamicę nerkową. W 1968 roku w Legnicy, czyli też
niedaleko, spędziłem 2 miesiące na przeszkoleniu wojskowym i każdą
wolną chwilę poświęcałem na zwiedzanie tamtych terenów.
Osobną uwagę chcę poświęcić mojemu dziwactwu, bo gdy
jestem gdzieś w świecie, czy w kraju, czy za granicą i kiedy
dysponuję wolną chwilą, mam hobby chodzenia po miejscowych,
szczególnie starych cmentarzach. I tutaj wspomnę moje
przygnębiające wrażenie, jakie siedzi we mnie od tamtych czasów,
kiedy zaglądałem na wałbrzyskie i okoliczne cmentarze. Wszystko, co
nosiło znaki czasów przedwojennych, było zdewastowane,
sprofanowane i zniszczone. W takiej sytuacji zawsze starałem się
przenieść wyobraźnią na polskie cmentarze, które zostały
na wschodzie za obecną granicą. O tym, jak nasze, opuszczone
wschodnie cmentarze wyglądały podobnie do tych na tzw. "ziemiach
odzyskanych" i że przeszła przez nie ta sama wschodnia
"kultura", przekonałem się za kilka lat, kiedy 1969 roku,
w drodze do Bułgarii, będąc we Lwowie, zaglądnęliśmy na słynny
cmentarz Łyczakowski. Dziwne jest podejście ludzi do tych spraw, bo
ci, co niszczyli cmentarze niemieckie, zostawili przecież daleko
groby swoich bliskich i nie przyszło im do głowy to, że one też
mogą być tam za Bugiem w ten sam sposób profanowane.
Widocznie jakaś szczególnie ciepła aura zaprowadziła
nas nad sztuczne jeziorko na rzece Bystrzyca, koło Zagórza
Śląskiego, nieopodal Wałbrzycha. Korzystaliśmy tam z kąpieli i
uprawialiśmy kajakarstwo. Przy okazji zwiedziliśmy górujące
nad tym jeziorkiem dobrze zachowane ruiny zamku z XIII wieku -
Grodno. Na dziedziniec zamkowy wchodziło się przez ładną, potężną
w kształcie wieży dobrze zachowaną bramę, a nad portalem było
barwne malowidło (chyba nowszej historii) sceny z polowania na
jelenia. Do dziś pamiętam wrażenie, jakie zrobiły na mnie kości
kiedyś uwięzionej osoby w lochu głodowym. Na umieszczonej obok
tablicy przeczytaliśmy legendę o Księżniczce. Teraz gdy po
latach piszę o tej historii, z własnej ciekawości zaglądnąłem do
przewodnika i w pamięci odżyła treść słyszanej legendy:
--- Pojawi się odrobinę później ---
Wypełniając nasz czas turystycznym łazęgowaniem, celem
naszym było też wzniosłe wzgórze podobne do stożka
wulkanu, górującego nad Wałbrzychem. Tramwajem można było
dojechać do dzielnicy Wałbrzycha - Biały Kamień, a dalej pieszo
drogą wiodącą na szczyt tego wzniesienia, które chyba ze
względu na swój kształt nazywała się Chełm. Trasa na
szczyt wiodła spiralnie w koło, coś na wzór kopca
Kościuszki w Krakowie. Na szczyt jednak nie było nam wskazane
wejść, gdyż znacznie poniżej dalszego dostępu bronił płot
siatkowy z drutami kolczastymi i tabliczki z napisami "wstęp
wzbroniony - terem wojskowy". Jak domyślaliśmy się, znajdowały
się tam zabudowania radiostacji i maszty anteny nadawczej stacji
zagłuszającej Radio Wolnej Europa. Jak niepyszni wracaliśmy, ale
aby całkiem nie być na straconej pozycji, zatrzymaliśmy na miejscu
wolnym od drzew, skąd mogliśmy podziwiać piękny, bardzo rozległy
widok na stronę północą. Od czasu do czasu w dali widać
było obłok pyłu, a chwile potem dochodził do nas odgłos wybuchu.
Razem z nami oglądał tę panoramę jakiś przypadkowo spotkany
starszy pan (może miał z 60 lat). Jak myślę, był miejscowym i w
języku niemieckim usiłował nam wytłumaczyć, że te wybuchy
pochodzą z kamieniołomów. Ja rozumiałem wtedy jedynie słowo
"stein". Karol, o którym wiedzieliśmy z lektoratu,
że doskonale posługuje się tym językiem, jakoś dziwnie nie
ujawnił tej znajomości i tylko przytakiwał kiwaniem głową.
Zapamiętałem to wydarzenie, bo dla mnie było to jakieś dziwne
zachowanie naszego kolegi. Nie mogłem wywnioskować, czy krępuje go
(choć niby dlaczego) nasza obecność, czy obecność tego
nieznajomego człowieka. Wtedy skojarzyłem tę scenę z rok
wcześniej podobną sytuacją, kiedy razem z Karolem objeżdżaliśmy
rowerem dookoła Polskę i na Mazurach w rejonie gdzie zaczyna się
Kanał Ostródzki w miejscowości Miłomłyn, zanocowaliśmy w
stodole. Rano, kiedy myłem się na podwórku przy studni, w
pewnej odległości ode mnie, po niemiecku Karol, przekonany, że nie
słyszę, rozmawiał z "naszą" gospodynią. Odczułem to
szczególnie jako nieszczere wobec mnie zachowanie mojego
najlepszego kolegi. W tych czasach moja świadomość na tematy
poplątanych dziejów ludzi ze Śląska była równa
prawie zeru, ale uważałem, że swoją postawą i moim zachowaniem
nie zasługiwałem na takie traktowanie. Teraz bardzo mi żal, że w
owych czasach nie reagowałem na to i nie wciągałem mojego kolegi w
rozmowy o tym wszystkim, co można nazwać poczuciem narodowości i
związanych z tym postaw ludzkich.
Czas naszej "praktyki"
słodko mijał. Na kilkanaście dni przed końcem praktykowania,
zgodnie stwierdziliśmy, że nasza "kasa", którą
dysponowaliśmy na dalsze sprawy bytowe, nie wytrzyma dotychczasowego
sposobu życia. Zrobiliśmy obrachunek i okazało się, że aby
dotrwać w Wałbrzychu jeszcze kilka dni, możemy jedynie "szaleć"
jedząc raz dziennie w barze mlecznym pierogi z borówkami. Aby
zapobiec traceniu energii na zbędny ruch, większość czasu
spędzaliśmy w łóżku, tym bardziej że sprzyjała temu
fatalna pogoda, bo lało jak z przysłowiowego cebra. Z pokojowego
kołchoźnika dowiadywaliśmy się co słychać w Polsce, jakie i
gdzie są powodzie. Choć w geografii na ogół poruszałem się
sprawnie i wiedziałem, że istnieje miasto Żywiec, to chyba po raz
pierwszy świadomie zarejestrowałem tę nazwę, bo tam został
zerwany most, przez wezbrane wody od długotrwałych deszczów,
na rzece Sole. Wtedy nie miałem świadomości, że za kilka lat moje
drogi się tak ułożą, że z tą miejscowością związane będą
losy mojego całego dorosłego życia, a na Sołę będę mógł
patrzeć w dowolnej chwili z okna mojej komputerowni. Ale to już
zupełnie inna historia, bo z Żywca pochodzi szczęście mojego
życia. Natomiast zniszczony most na Sole został odbudowany, co
zostało upamiętnione stosowną tablicą, którą można
zobaczyć do dziś obok mostu. Na szumną uroczystość otwarcia po
odbudowie mostu do Żywca przyjechał jeden z ówczesnych
właścicieli Polski Ludowej, we własnej osobie premier Józef
Cyrankiewicz.
Na koniec naszego pobytu w Wałbrzychu pozostało
jeszcze zdobycie od władz kopalni koniecznego do przedłożenia na
Uczelni zaświadczenia o odbyciu 6cio tygodniowej praktyki. W jaki
sposób uzyskaliśmy ten papierek, tego niestety nie pamiętam,
ale faktem jest, że w moim indeksie figuruje "jak byk"
zaliczenie tego studenckiego obowiązku.
TR
I wreszcie moje zapiski:
Uczelnia,
trzeci rok. Za mną już doświadczenia z wypraw turystycznych i
kilku (w czasie wakacji) przepracowanych pod ziemią miesięcy. Co
zatem bliżej leżało, niż posłuchać mego obrotnego kolegę, i
pomyśleć o przypadającej praktyce w kategoriach bardziej
wypoczynkowych. Konkretnie: wyjść z tego czarnego Śląska w inną
dzielnicę kraju i być może spędzić kilka tygodni w nowym,
ciekawszym otoczeniu. I konkretna propozycja: Wałbrzych, kopalnia z
własną, zakładową elektrownią. Należało tylko mieć zgodę tej
kopalni na przyjęcie kilku, będących "in statu nascendi"
naukowców z Politechniki. Mnie jakoś przypadła rola
napisania odpowiedniego listu do dyrektora kopalni "Mieszko",
i przekonać go o wielkim zysku dla kopalni, jeśli przyjmie nas na
okres sześciu tygodni w swe progi. Napisałem i dostaliśmy nawet
stosunkowo szybką odpowiedź: pozytywną, ale ze zastrzeżeniem, że
kopalnia nie zapewni nam wyżywienia ani mieszkania.
Końcem
końców te zastrzeżenia nas nie odstraszyły, bo 1 lipca
1958r znaleźliśmy się w Wałbrzychu: Tadek, Kazik i ja. I bez
specjalnych kłopotów zdołaliśmy załatwić sobie mieszkanie
w pustym o tym czasie internacie szkoły górniczej. Opiekuna
praktykantów kopalni nastawiliśmy zaraz przy pierwszym
spotkaniu delikatnie, że w związku z koniecznością załatwienia
spraw bytowych i aklimatyzacji w tym otoczeniu (nieprawda, tego
ostatniego myśmy oczywiście nie powiedzieli) nie będziemy mogli
pojawić się na drugi, a może nawet dalszy dzień w kopalni. Musiał
to być wyrozumiały człowiek, bo w ogóle nie był niemile
zaskoczony. Myśmy to odpowiednio zinterpretowali - jako prawie
zupełną swobodę. Korzystaliśmy z niej, poznając bliższą i potem
dalszą okolicę.
Najbliższe interesujące miejsce było
niedaleko internatu: wlot do tunelu kolejowego. Obchodziliśmy go,
zajrzeliśmy w tą czarną czeluść, która z drugiej strony
miała kończyć się w Jedlinie. Dwa razy przebyłem potem tę
trasę, pociągiem osobowym w starym, dzisiaj już nie spotykanym
wagonie wielodrzwiowym. Były to drogi powrotne z dwóch
ostatnich odwiedzin Jedliny, po spotkaniach z pewną panią,
mieszkanką Jedliny Zdroju.
Poznaliśmy ją na naszej
pierwszej włóczędze przez górę w stronę tej właśnie
miejscowości. Wybraliśmy się wtedy z Tadziem pewnym popołudniem
na odkrycia dróżką przez las ponad tunelem. I
rzeczywiście po jednym czy dwóch kilometrach dobrnęliśmy
już do normalnej ulicy i domostw spodziewanej Jedliny. Będąc potem
już prawie w drodze powrotnej, z przeciwka nadeszła młoda kobieta,
w miarę zgrabna (do czego chyba głównie przyczyniła się
jej obszerna spódnica plisowana), która zareagowała na
naszą zaczepkę. Piszę naszą, ale to Tadek chciał się upewnić
przy wyborze naszej ewentualnej drogi powrotnej - gdyż to on był
odpowiedzialny za nawigację. Jako że dziewczę było miłe,
pogaworzyliśmy sobie na tej drodze chyba kilkanaście minut.
Musieliśmy się rozstać, bo żołądki i nadchodząca ciemność
dały znać o sobie. Ale wobec przyjemnej atmosfery wszystko się
przeciągnęło i zrodziła się propozycja, że panna będzie naszym
przewodnikiem podczas następnych odwiedzin Jedliny.
Wieczór
nadszedł niespodziewanie szybko, zaskoczył nas tuż po rozstaniu.
Zrobiło się bardzo ciemno i doszliśmy już w dwójkę do
wniosku, że powrót przez górę i las, dosyć
niewyraźną i nieznaną ścieżką, kryje za duże ryzyko. Jako że
mój kolega miał i tak mapę w głowie, postanowiliśmy wrócić
drogą okrężną, szosą. Nałożyć kilka dobrych kilometrów,
ale nie łamać sobie nóg w nieznanym, górzystym
terenie. I nawet tu, wobec rzeczywiście egipskich ciemności,
szliśmy środkiem drogi, bezpieczniejszym, bo z dala od drzew,
krzaków i tam ewentualnie czających się niespodzianek. Już
niedaleko Wałbrzycha spotkaliśmy jeszcze zmotoryzowany patrol
milicji, który chciał się upewnić co do naszej
nieszkodliwości. Milicjanci ostrzegli nas przed podejrzanymi
elementami tych okolic. Na szczęście nas tym już zbytnio nie
przestraszyli, bo doszliśmy niebawem do zabudowań. Tutaj zdałem
się już całkowicie na zmysł orientacyjny mego kolegi i tak
wędrowaliśmy przez śpiący Wałbrzych.
No nie całkiem
śpiący. Obok naszego szlaku przez miasto zauważyliśmy otwarte i
oświetlone okna i równocześnie doszedł nas zapach pieczywa.
To nas skłoniło do zboczenia z drogi i zajrzenia przez okna:
rzeczywiście piekarnia, ale pieką tylko wafle! Na naszą zaczepkę
podano nocnym wędrownikom coś do skosztowania. Troszeczkę dalej
minęliśmy ruchliwy jeszcze o tej porze odcinek uliczny. Jakieś
kino, restauracja, w każdym razie kręciło się tam więcej ludzi.
Ja zajęty obejrzeniem wystaw czy plakatów kinowych zostałem
mimo woli kilka kroków za moim kolegą, gdy do mnie zbliżyła
się jakaś kobieta i powiedziała: "Chodź!" Musiała mnie
chyba wyrwać z zamyślenia, bo gdy na nią spojrzałem troszeczkę
nieprzytomnym wzrokiem, powtórzyła: "Chodź ze mną!".
Ja byłem na tyle zaskoczony, że potrafiłem tylko przecząco ruszyć
głowa i szybciutko, lekko przestraszony, doszlusować do mego
towarzysza. Powiedziałem mu o tym, przez niego nie zauważonym
zdarzeniu. Jednak obaj widać, byliśmy już zmęczeni albo mieliśmy
za mało doświadczenia czy pewności siebie, by roztrząsać tak
drażliwy na owe czasy temat. Milcząco dotarliśmy do naszej
kwatery.
Jako że omówiliśmy się z nową znajomą
na zwiedzanie Jedliny, chodziliśmy już następnego dnia w trójkę
po niezbyt wielkiej miejscowości, po leśnym parku, w którym
spotkać można było cokoły popomnikowe. Wygłupialiśmy się,
zrobiliśmy zdjęcia,
było miło. Pogoda zapowiadała się i na następne dni dobrze i
doszło do omówienia się na dłuższy spacer-wędrówkę
na trzeci czy czwarty dzień.
Gdy jednak nadszedł dzień
następnego spotkania, mojemu koledzy już się nie chciało pójść
na spacer i spróbował namówić Kazika, by wybrał się
ze mną w tę drogę i ratował honor studentów Politechniki.
Ale ten jeszcze bardziej stronił od tego zadania...
Spotkanie
miało miejsce, bo ja zawsze starałem się być słownym
człowiekiem, nie lubię sprawiać komuś zawodu. Jednak spotkanie
tym razem nie obfitowało w ciekawe momenty, może brakowało
trzeciej osoby? Stąd też nie utrwaliło się specjalnie w pamięci.
Wiem tylko, że matka naszej dziewicy wyposażyła nas w taką ilość
jedzenia i picia, że głównym naszym zadaniem podczas
wycieczki stało się spożycie tego prowiantu. Dlatego nie zaszliśmy
też daleko, kilometr nad Jedliną, na obszernym trawiastym stoku, z
ładnym widokiem na miejscowość i okolice, rozbiliśmy swój
obóz w cieniu pojedynczego drzewa. Jedliśmy, piliśmy i
chyba gadaliśmy - ale o czym, tego już nie wiem. I późnym
popołudniem miałem już wypatrzony pociąg, którym wróciłem
do naszego biwaku w internacie szkoły górniczej.
Wszelkie
inne, warte wspomnienia przedsięwzięcia wałbrzyskie, odbyły się
już z udziałem Heleny, mojej żony, która przyjechała do
Wałbrzycha po swoich wczasach w Kamionkowie. Jak w szczegółach
załatwiliśmy jej kwaterunek w naszym internacie, tego dokładnie
już nie pamiętam. W każdym razie odfajkowaliśmy wszelkie sprawy
wokół tego ślepego pasażera (jakim była Hela w naszym
praktykowym przedsięwzięciu) z brawurą i przemyślnością, na jaką
bym się dzisiaj już nie zdecydował. Pamiętamy zbiurokratyzowany
aparat państwowy PRL, przepisy, meldunki, zgłoszenia, zakazy,
zaświadczenia i legitymacje. Jednak z drugiej strony pamiętamy
także ludzi, którzy wiedząc czy nie wiedząc, poszli
potrzebującemu (tu biednym studentom) na rękę, odkładając
biurokrację do szuflady. - Polska po prostu.
Najdłuższy dzień w moim życiu, takie miałem wtedy
wrażenie, przeżyłem w związku z naszą wycieczką w Karkonosze.
Bardzo wczesnym rankiem siedzieliśmy już w pociągu wiozącym nas w
kierunku bardziej prawdziwych gór, Karkonoszy. Słońce już
świeciło, ale rosa pokrywała wszelki inwentarz zewnętrzny,
zamkniętego jeszcze baru, przed którym przycupnęliśmy, by
spożyć przyniesione ze sobą śniadanie. I zaraz potem zaczęła się
nasza wycieczka: podeszliśmy szlakiem turystycznym w kierunku
Śnieżki, 1602 metrów n.p.m. Najpierw było słonecznie i
ciepło, szczególnie w związku z pokonywaniem kolejnych
metrów wysokości. Gdy podeszliśmy wreszcie tą zygzakowatą
drogą na szczyt, niebo się zachmurzyło i zaczął wiać
nieprzyjemny wiatr. Po płaskim szczycie kręciło się wiele osób,
z tym że większość to byli turyści z drugiej strony góry,
Czesi. A oni mieli wyciąg! I tu uzmysłowiliśmy sobie raz jeszcze,
że znajdujemy się na granicy państwa. Granicy, która
przebiegała dokładnie przez szczyt Śnieżki. Na szczęście nie
ustawiono tam żadnego muru czy płotu i turyści, jedni i drudzy,
swobodnie kręcili się po szczycie, przekraczając bezkarnie (w
tamtych czasach w ogóle nieoczywista sprawa) tamtejszy odcinek
granicy.
Po polskiej stronie nie było żadnych urządzeń
turystycznych, tylko budynek stacji meteorologicznej. Stąd po
nasyceniu się widokiem okolicznych gór, niestety przy nie
najlepszej widoczności,
lekko przemarznięci pomyśleliśmy, że dobrze byłoby wejść
do schroniska po czeskiej stronie i napić się czegoś gorącego. No
i poszliśmy: Hela w czołówce, tuż za nią my z Kazikiem i
na końcu Tadek.
Jako dobrze wychowany młody człowiek powtórzyłem za Helą
słowa wypowiedziane do człowieka stojącego w przedsionku
tamtejszego schroniska: "Dobri den". Tadek natomiast, jako
patriota nigdy nie zatajający swego pochodzenia, powiedział
grzecznie, głośno i wyraźnie: "Dzień dobry". Na te
słowa podskoczył ten wykidajło (bo teraz się ujawnił): "Polaki
ne" i gestykulując, wyrzucił Tadka bezceremonialnie przed
drzwi. Myśmy to oczywiście zauważyli, weszli jednak dalej do
środka, by się rozejrzeć. Odetchnęliśmy cieplejszym, chociaż
ciężkim powietrzem i wróciliśmy do naszego postponowanego
kolegi. Opuściliśmy wszyscy razem niegościnną ziemię czeską i
po krótkiej naradzie także szczyt tej góry. Wróciliśmy
inną drogą w cieplejszą i mniej wietrzną cześć Karkonoszy, by
potem znaleźć się w Bierutowicach. Tam obowiązkowo zajrzeć do
atrakcji turystycznej, kościołka Wang, który o dziwo (tak mi
się wydaje) nie był kościołem katolickim. Późnym
wieczorem siedzieliśmy znów w pociągu, już zdrowo zmęczeni.
Przed moimi oczyma przewijał się film tego dnia: Bardzo wczesna
pobudka, dworzec, widoki z okna pociągu, śniadanie w plenerze,
miejscowości, przez które niosły nas nasze nogi i wreszcie te
wrażenia wzrokowe i krajoznawcze na tych wiele godzin długich
szlakach turystycznych przez piękne okolice górskie. Naprawdę
bogaty dzień!
Jeszcze jedna przyjemna wycieczka krajoznawcza
pozostała w mej pamięci: Piesza, całodzienna wyprawa nad małe
jezioro z możliwością pływania: we wodzie i na kajakach.
Korzystaliśmy z tego chętnie, bo mogłem zaspokoić swoje
wczesnomłodzieńcze ciągotki kajakowe. Nad jeziorem górował
zamek, lepiej ruina zamkowa (Tadek mi podpowiedział:) Grodno. Z ruin
zamkowych znałem do tego czasu praktycznie tylko ruinę w Toszku.
Tutaj byłem troszeczkę zdziwiony, bo w tej ruinie zauważyć można
było mieszkanie (chyba dozorcy) i niektóre pomieszczenia
miały jeszcze sufity. Nawet wejścia nikt nam nie bronił i z
platformy wieży zamkowej, mieliśmy przyjemny widok na jezioro i
dalszą okolicę.
Nie pamiętałbym tego wszystkiego tak
dokładnie, gdybym tam w holu zamkowym nie odkrył wielkiego,
obramowanego obrazu olejnego, który obudził we mnie wspomnienia
z lat dziecięcych: opowiastkę-legendę z książki szkolnej. 17 lat
wcześniej czytałem o dziecku szlacheckim, które podczas
samotnej jazdy konnej w górach, na wąskiej ścieżce obok
przepaści straciło przytomność i zawisło w strzemieniu głową w
dół, nad przepaścią. I mądry rumak w tym momencie
znieruchomiał i tak czekał dłuższy czas, aż do nadejścia
pomocy. Właśnie tą scenę uwieczniono na obrazie. Ale więcej
jeszcze: W dolnej części obrazu umieszczony był kilkuwierszowy
opis całej historii, napisany gotycką frakturą w języku
niemieckim. Wynikało z niego, że historia ta związana jest z tym
zamkiem. W każdym razie byłem podwójnie zaskoczony całą
historią. Raz, ze spotkania opowiastki elementarzowej w formie
realnego obrazu w ruinie zamkowej, a dwa, że ten obraz z niemieckim
napisem przetrwał tam przez tyle lat powojennych. Opowiedziałem
kolegom ową historię i nawet tłumaczyłem fragmenty napisu.
Doszliśmy do wniosku, że tu, na Dolnym Śląsku w latach
powojennych działały inne mechanizmy niż w Gliwicach.
Były
potem jeszcze dalsze wyprawy krajoznawcze, które zostawiły
mniej wspomnień. Z wędrówki po masywie Wielkiej Sowy
pamiętam nasze wejście na wieżę triangulacyjną. Czy myśmy się
tam, śladem wielu innych poprzedników, uwiecznili scyzorykiem
na desce imitującej stolik, nie mogę wykluczyć.
Jednak
Wałbrzych to były także obowiązki. Ostatecznie byliśmy na
praktyce i musieliśmy zadbać, by o nas nie zapomniano. Żeby na
końcu nie było kłopotów z otrzymaniem zaświadczenia o
odbyciu praktyki!!!
Stąd pokazaliśmy się już po pierwszym
tygodniu pobytu w kopalni, by omówić możliwość zapoznania
się z elektrownią przyzakładową. Jako że była to sprawa
skomplikowana, musiało ona odpowiednio potrwać i termin wejścia na
elektrownię przeciągnął się o kilka dalsze dni. W dniu naszych
odwiedzin ruch był normalny, żaden remont, żadne inne kłopoty
zakładowe i kierownik elektrowni miał czas dla tych pilnie
odbywających praktykę studentów. Była to dla naszej grupy
pierwsza realna elektrownia. Wszystko to, cośmy dotychczas na temat
elektrowni wiedzieli, było czystą teorią. Musieliśmy ją
uzupełnić wyobraźnią. Tutaj weszliśmy na teren zakładu
przemysłowego, gdzie było ciepło i głośno, gdzie widzieliśmy
kocioł, opalany miałem węglowym, zespoły turbinowo-prądnicowe,
olbrzymi gąszcz różnych rur i pomniejszych maszyn oraz pompy
zasilające kocioł wodą. I przy nich napędy, które
niezupełnie pasowały do naszej teorii: silniki asynchroniczne o
mocy dwóch megawatów, jednak bez rozrusznika lub innej
pomocy rozruchowej!
No i szef nam wyjaśnił, że na czas
rozruchu takiego silnika zdejmuje się wszelkie obciążenie od
głównego zespołu (elektrownia pracowała też na potrzeby
sieci pozakopalnianej) i dopuszcza się na kilkanaście sekund do
znacznego spadku napięcia! Były to oczywiście zdarzenia stosunkowo
rzadkie, zawsze wtedy, gdy przypadał okres inspekcji kotła lub
zmiana pompy.
I drugi moment, który zapisał się w mojej
pamięci: pierwsze samodzielna akcja łączeniowa przy urządzeniu
wysokiego napięcia. Nasz opiekun chciał nam zademonstrować tajniki
WN, czyli zjawiska występujące przy takich czynnościach jak
zamknięcie lub otwarcie odłącznika. Ja w każdym razie
spróbowałem! Stojąc na macie gumowej przed celką WN (była
to rozdzielnia 10 lub może 15 KV), dostałem półtora czy
dwumetrową żerdź bakelitową do ręki i miałem jej metalowym
zakończeniem (przypominającym mi narzędzie rzeźnika zdejmującego
nim kiełbasę z wyższych haków w sklepie) założyć otwarty
jeszcze biegun odłącznika. Stanąłem z odpowiednim respektem przed
celką i celowałem w oczko odłącznika. Jeszcze go nie dotknąłem,
jak z właściwym takiemu wydarzeniu trzaskiem, przeskoczył łuk do
mojej żerdzi. Oczywiście się przestraszyłem, odruchowo lekko
odsunąłem żerdź, ale głos opiekuna zwrócił mi pewność
siebie i dokończyłem operację. Dla mnie zaskoczeniem była
odległość, przy której nastąpił przeskok oraz widoczna
"ilość prądu" potrzebna do naładowania mnie i żerdzi.
I jeszcze jedna ciekawostka techniczna: Nad rozdzielnią wysokiego
napięcia świeciła dobrze zewsząd widoczna, duża neonówka,
sygnalizująca istnienie napięcia w rozdzielni. I opiekun wskazując
na tę lampę, powiedział nam, że ona, wciąż ta sama, świeci tam
już od czasów przedwojennych!
Druga ważna wizyta w
kopalni związana była z chęcią moich górniczo mniej
doświadczonych kolegów zobaczenia kopalni z dołu. Dlatego,
że w tym czasie bawiła u nas już Hela, postanowiliśmy i jej
umożliwić zjazd. Mieliśmy (my mężczyźni) umówioną datę
zjazdu, który odbyć się miał w towarzystwie sztygara
objazdowego. Zjawiliśmy się punktualnie przed jego biurem i
zaskoczyliśmy go towarzystwem mieszanym. Prawdopodobnie nie
powiedziano mu kto i ilu ma z nim zjechać i stąd mogliśmy mu
przedstawić "koleżankę z grupy". Zrobił ten chłop też
wszystko, by należycie obsłużyć damskie towarzystwo. Na szczęście
bywały wtedy jeszcze łaźnie męskie i damskie oraz odpowiednia
odzież robocza, w którą musieliśmy się przebrać: Heli
załatwił to w damskiej, zaś my przebraliśmy się w łaźni
dozoru. Potem spotkaliśmy się wszyscy razem i naśmiewaliśmy się
nawzajem z siebie. Wyglądaliśmy rzeczywiście bojowo, bo odzież i
hełmy niekoniecznie były dopasowane do nosiciela. Najbardziej
musiała cierpieć Hela, bo nawet najmniejsza para butów
gumowych była o kilka numerów za duża. Napchała tam
dodatkowe onuce, ale i tak chodziła odpowiednio koślawo.
Jednak
sztygar musiał do swojej pracy, załatwił nam jeszcze lampy i
powędrowaliśmy wspólnie w stronę szybu. Tam dostaliśmy
specjalną klatkę, tzn. bez wozów, i zjechaliśmy te kilkaset
metrów w dół. Dla moich towarzyszy rozpoczęła się
przygoda, dla mnie był to znany z przeszłości chleb codzienny. Obeszliśmy ze
sztygarem różne miejsca, szczególnie te związane z
ruchem elektrycznym, gdzie załatwiał swoje sprawy.
Ale pozwolił zasmakować nam też prawdziwego górnictwa. Przeciągnął nas przez niewysoką ścianę, gdzie trwały jakieś prace pomocnicze przy przenośniku pancernym. Trzeba było miejscami chodzić na "wszystkich czterech" lub przeciskać się pomiędzy ociosem i złożonym materiałem. Gdy minęliśmy grupę pracujących tam górników, wymieniliśmy tradycyjne "Szczęść Boże" i napatrzyliśmy się wzajemnie na siebie. Ja szedłem ostatni i miałem okazję spoglądać na pocących się kolegów, szczególnie Kazika, który po wyjściu do normalnego chodnika sformułował swoje negatywne doznania, które ogarnęły go przy przejściu przez to "miejsce pracy".
Koledzy mieli
jeszcze przygodę z przenośną ubikacją. Okrągły pojemnik z
blachy ocynkowanej o średnicy ok. 40 cm i wysokości około pół
metra z wytłoczoną, prawie że ozdobną pokrywą stał sobie z boku
przy wejściu do pomieszczenia ruchu elektrycznego, imitując jakieś
nieznane urządzenie elektryczne. Mój kolega, impulsywny i
zawsze ciekawy wszystkich nowinek technicznych podszedł do tego
kubła i zanim ja lub sztygar zdążyli wypowiedzieć słowo,
podniósł wieko tego "urządzenia". Widać od
dłuższego czasu było ono nie opróżniane, po brzeg pełne i
pokryty kożuchem sfermentowanej zawartości. Kolor i kształt
powierzchni nie dopuściły na pierwszy rzut oka określenie
zawartości i stąd nasz szybki Bill zdołał jeszcze wypowiedzieć
pełne treści pytanie: "Co to jest?" Nie wiem czy to
odpowiedź, czy też zapach prędzej dotarł do świadomości mego
kolegi - w każdym razie opuścił szybciutko wieczko i myśmy
rechotali ze śmiechu. I tak wędrowaliśmy przez te podziemia,
sztygar szczególnie chętnie tłumaczył Heli tajniki
górniczej elektryki, aż po trzech czy czterech godzinach
odstawił nas po szybem. Wyjechaliśmy sami, oddali lampy, i po umyciu
i przebraniu się, także robocze ciuchy - i znów byliśmy wolnymi
praktykantami.
Historia oficjalna naszej praktyki skończyła
się po czwartej czy piątej wizycie w kopalni uzyskaniem potrzebnego
nam zaświadczenia o odbyciu sześciotygodniowej praktyki górniczej
o charakterze elektrycznym.
KM
Akcja. Kto nie znał tego słowa? Akcja albo czyn społeczny? Od
początków mej pracy zawodowej w 1948 roku, przez późniejszą
szkołę, uczelnię i dalej jeszcze stykałem się z tym słowem.
Wydawać by się mogło, że należy ono do repertuaru funkcjonującego
aparatu państwowego, że jest ono nieodzownym składnikiem porządku
społecznego.
Chociaż w tym miejscu, wraz ze wzrostem
umiejętności krytycznego spojrzenia na otaczające mnie środowisko,
miewałem uzasadnione wątpliwości co do celowości i skuteczności
takich działań....
Opowiem wszystkim, przypomnę niektórym,
jedną taką akcję z czasów naszych studiów. Więcej,
pokażę nawet kilka ocalałych zdjęć, niestety nie ma na nich mego
serdecznego kolegę - poniekąd bohatera tej opowieści. (Wróć
to tempo: Dostałem zdjęcie i umieściłem! Dziękuję)
Było to w jesieni 1956r. Uczelnia zawiesiła działalność,
bo PGR-y miały kłopoty z terminowym zbiorem plonów.
Przeprowadzono agitację wśród studentów, by zgłosili się do
wyjazdu w zagrożone rejony. Uczelnia dawała ubiory robocze (Studium
Wojskowe dysponowało dużymi chyba remanentami mundurów) i
nęciła możliwościami zarobienia żywej gotówki na miejscu.
Mi tego nie trzeba było dwa razy powiedzieć. Zgłosiłem sie, wraz
ze mną co najmniej kilkanaście kolegów z semestru.
I
przyszło to popołudnie, ten wieczór, w którym po
"fasowaniu" ubioru roboczego, znaleźliśmy się na dworcu
gliwickiem, gdzie załadowywano nas w przedziały starodawnych
wagonów osobowych i ruszyliśmy w nastałą noc. Nie pamiętam,
czy miałem wtedy jakikolwiek pojęcie o celu - wiadomo było, że
jedziemy w kierunku Dolnego Śląska. Właściwie było to też bez
znaczenia. Kiedyś nad ranem byliśmy na małej stacji, gdzie
nastąpił podział naszej "brygady" na poręczne grupy po
ok. dwudziestu do trzydziestu chłopa. Zabrała nas ciężarówka
i zatrzęsła następne kilkanaście kilometrów do miejsca
naszego przeznaczenia. PGR Grabno!
Był to kiedyś
typowy, dolnośląski dwór z dużym prostokątem zabudowań
gospodarczych. Krótszy bok prostokąta zajmowany był przez
wtedy raczej już zdewastowany, praktycznie nie wykorzystany "zamek",
dawne mieszkanie właściciela. Szerokie, łukowato zakończone
schody, prowadziły do holu wejściowego. Kunsztownie przeszklone
drzwi wewnętrzne i zewnętrzne świadczyły o jego dawnej
świetności. W czasie naszej bytności dużo szkła juz brakowało,
dykta lub deski je zastąpiły. Boazeria i podłogi były zniszczone
i całość robiła niezbyt wytwornego wrażenia. Ale co to było dla
takiej ekipy!
Zastaliśmy jedno duże pomieszczenie, wyposażone
w prycze metalowe i piec kaflowy, czyli podstawowe warunki bytowania.
Mieliśmy nawet służbę, z urzędu. Jedna taka babulka paliła
w piecu (gdy było bardzo zimno), sprzątała być może także i
stanowiła element łączący pomiędzy nami i raczej niewidocznym
kierownictwem PGR-u. Była odpowiedzialna za trzy posiłki dziennie,
czyli kucharką, chociaż ten ostatni tytuł nadałbym jej z
największą rezerwą...
Pamiętam jej budyń, którym
chciała nas pewnego dnia zaskoczyć i uszczęśliwić: ugotowała i
podała po obiedzie rozbełtany, bo wcześniej stężały budyń. I
zaskoczyła nas rzeczywiście. ...Był to chyba jej pierwszy w
życiu budyń. No i była naszą znachorką - przy bolączkach i
odniesionych ranach.
Przyjechaliśmy do pracy. Kierownictwo
miało z nami nie lada kłopot. Tyle (niedoświadczonych) rąk naraz.
Jak to zorganizować? Był zatem ten inspektor, dozorca
"niewolników". Delegował nas na wyznaczone pole, na
którym traktor poprzednio odsłonił rząd kartofli,
rozrzucając je na szerokość ok. dwóch metrów.
Stworzono ekipy dwuosobowe, każda ekipa - w moim przypadku mój
serdeczny kolega i ja - otrzymała kosz wiklinowy z dwoma uchwytami.
Zadaniem ekipy było zebranie rozrzuconych kartofli i po napełnieniu
kosza opróżnienie go do furmanki albo przyczepy odstawionej
obok pola. Inspektor stał obok i pilnował, aby każdy kosz przed
wysypaniem był wypełniony. Bo za jeden kosz dostawało się zielony
znaczek papierowy. Za dziesięć zielonych jeden czerwony, za....itd.
W każdym razie ten dość prosty z jednej strony system zaczynał
się chwiać, gdy ktoś chciał wymieniać swoje zielone na czerwone a
kilku innych wysypywać kosze i otrzymać zielone. Wtedy naszemu
biednemu dozorcy mogło zabraknąć rąk i oczu, by sprostać temu
zadaniu. Na domiar złego i wiatr miał czasem coś do powiedzenia.
Pamiętam sytuację, gdy naraz po polu posypało się kolorowe konfetti
i studenci biegiem pomagali inspektorowi zbierać te znaczki....
Podejrzewam, że przy rozliczeniach końcowych księgowy PGR-u miał
pewne kłopoty. Przypuszczalnie musiał stosować współczynniki,
aby z grubsza dojść do równowagi pomiędzy ilością
zebranych kartofli i wydanych znaczków.
Tak upływał
nam dzień za dniem. Rano zdarzały się przymrozki i niezbyt
przyjemnie było wstać i pójść w pole. Jednak
przyzwyczailiśmy się do tego trybu życia i zaglądaliśmy nawet
poza obręb PGRu i jego pól. Wokoło były piękne lasy ...i
grzyby. Prawdziwki. Towar atrakcyjny w wielu gospodarstwach domowych,
także u mnie. Tylko co zrobić: grzyby w lesie a my na polu i trudno
było wykroić czas na systematyczny zbiór. Przerwa obiadowa
była krótka a po pracy błyskawicznie było ciemno. Stąd
wpadliśmy z Kazikiem na pomysł wykorzystania czasu pomiędzy świtem
i momentem rozpoczęcia pracy na zbieranie grzybów. Trudno nam
było łudzić się, że obudzimy się o właściwej porze, zresztą
nawet nie mieliśmy zegarków. Stąd jedyna rada: Babuleńka
nasza, przyrządzając śniadanie, była wystarczająco wcześnie na
nogach, by ja poprosić o obudzenie nas o szóstej. Chcieliśmy
jeszcze przed wyjściem zjeść nasz chleb z marmoladą, wypić coś
i dojść do wypatrzonego miejsca w lesie akurat z nastaniem dnia.
No i byliśmy na nogach: ciemno, zimno, za pazuchą po jednej
Trybunie Ludu na przyszłe zbiory i po 15 minutach marszu już w
lesie, nawet trafiliśmy w pobliże "grzybodajnego"
miejsca. Tylko co z ta jasnością? W lesie było jeszcze ciemniej
niż na polach. Jako że lada chwila musiał nastać ranek,
przykucnęliśmy między krzakami i cichutko (bo atmosfera ciemnego
lasu sprzyjała różnym myślom) wymienialiśmy swoje zdanie
na temat brakującej widoczności. Upłynęło już więcej niż 15
minut i zamiast oczekiwanego brzasku usłyszeliśmy człapanie,
kroki! Sza, co to? Kto to? Kroki się zbliżały i na tle nieba
widzimy ciemną postać, chyba ze strzelbą na ramieniu. Zrobiło się
nam bardzo nieswojo, zamarliśmy w bezruchu i ciszy. Na szczęście
zjawisko się oddaliło i nam wróciła normalna werwa. Chociaż
do nastania dnia musieliśmy jeszcze poczekać z pół godziny,
reszta naszej eskapady przebiegła w przewidywany sposób. Las
nam wynagrodził wysiłek; zebraliśmy szybko tyle wspaniałych
grzybów, że ich transport w gazecie był trudny. Tym niemniej
donieśliśmy swoje ładunki do miejsca pracy w polu, gdzie pozostali
koledzy z nieukrywanym szacunkiem popatrzyli na grzyby i takoż
ocenili nasz wysiłek.
Po powrocie do "bazy" w porze
obiadowej musieliśmy się szybko pokrzątać koło naszych grzybów,
oczyścić, pokroić i rozłożyć je w kuchni - wokół i nad
piecem - by się szybko suszyły.
I tu w kuchni wyjaśniło się
nasze czekanie: Babuleńce pomylił się czas, obudziła nas godzinę
wcześniej....
Pogodny, słoneczny ranek. Jesteśmy na polu
graniczącym z zadrzewionym pasem terenu. Grzejemy się, siedzimy,
pleciemy głupstwa i właściwie nie wiadomo co ze sobą począć.
Traktor, czy też koparka ma jakiś problem techniczny, a my czekamy.
W tej atmosferze leniuchowania, patrzymy na dwa obok siebie, ale
wolnostojące drzewa. Dochodzimy do wniosku, że wobec ich
regularnego wzrostu i ładnego ogałęzienia, nadawałyby się dobrze
do wspinaczki. Z lewej strony brzoza, z prawej sosna, obydwa na samym
skraju pola i obydwa pięć do sześć metrów wysokie.
Narodził się pomysł współzawodnictwa. Nie pamiętam, kto
rzucił wezwanie: mój serdeczny kolega albo Włodek. W każdym
razie jeden drugiemu udowadniał, że byłby prędzej na czubku.
Czyli co prostszego niż w eksperymencie rozstrzygnąć to
zagadnienie. Mój serdeczny kolega wziął na siebie chyba
trudniejsze zadanie: sosnę. Stanęli zatem obok swoich drzew i na
komendę: raz, dwa, trzy, ruszyli do ataku. Mój serdeczny
kolega, fizycznie bardzo sprawny, jak wiewiórka owinął się
wokół pnia, przeskakiwał z gałęzi na gałąź i
rzeczywiście dotarł jako pierwszy na czubek sosny. Obejmując prawą
ręką pieniek, lewą zrobił gest zwycięstwa w naszą stronę i
poparł go głośnym okrzykiem, odchylając się przy tym od pionu. Ale
to był błąd! - Gdyż w tym momencie pieniek strzelił tuż pod
trzymającą go ręką, okrzyk zamarł i zwycięzca turnieju
pożeglował z czubkiem sosny w ręce - jak figura z chorągwią
uwiecznioną w wielu ówczesnych rzeźbach - w stronę
kartofliska. To trwało stosunkowo niedługo, potem huknęło, myśmy
tylko na moment zamarli, by zaraz potem zgromadzić się nad leżącym.
Kątem oka widziałem jeszcze Włodka, zjeżdżającego po
brzozie o wiele szybciej niż w drugą stronę. Nie wiadomo, kiedy
był na dole. Ofiara wypadku tymczasem leżała na roli, ciężko
dysząc. Na szczęście powolutku wracała mu możliwość normalnego
oddychania. Okazało się jednak, że ręka, nadgarstek lub ramię są
nadwyrężone, bolą. Staliśmy troszeczkę bezradni wokół
tego też już stojącego zawodnika i doszliśmy do wniosku, że
trzeba wrócić do bazy. Miałem z nim pójść, on
jednak stanowczo odmówił, uważając, że jest w pełni
sprawny. Podałem się jego sugestii tymbardziej, że na polu
pojawił się traktor i zaczęła się praca. A ja musiałem teraz
pracować za dwóch...
Po godzinie gdzieś wrócił
mój wspólnik, lewa ręka podwieszona i opatrzona
bandażem. Nasza lekarko-kucharka po zabiegach leczniczych
zastosowała wspomniany bandaż i temblak.
Byliśmy teraz spółką
trójręczną - ale jakoś sobie w przyszłych
dniach i tak radziliśmy.
Aż do tego dnia, w którym
zabrakło kartoflisk i trzeba było brać się za buraki. Burak, jak
wiadomo, składa się z dwóch części: zielonej naci, która
jest nad ziemią i właściwego buraka, który początkowo jest
pod ziemia. I my byliśmy do tego powołani, by ciągnąć
odpowiednio mocno za nać spowodować, by podziemna część znalazła
się na wierzchu. Ale dla porządku trzeba jeszcze było oddzielić
nać od korzenia, czyli buraka. W tym celu dano nam sierpy.
Identycznie te same, które znaliśmy z godła sąsiedniego
państwa. Mój serdeczny kolega razem ze mną szarpał te
buraki z ziemi, co mu jednak wyraźnie gorzej szło, bo mógł
to uczynić jedną tylko ręką. Stąd też krytycznym okiem patrzył
na moją technikę pozbawienia buraków naci. Widocznie
wyliczył sobie większą wydajność pracy dla naszego zespołu,
jeśli by jemu przypadła rola odgławiania buraków. Stąd w
pewnym momencie usłyszałem: "Ej, nie tak - ja ci pokażę, jak
to należy robić." Chcąc, niechcąc, oddałem mu sierp. (Tu
trzeba przypomnieć, że po ostatniej kontuzji lewą rękę wciąż
nosił w temblaku.) Złapał zatem lewą ręką buraka za nać,
stanął nad kupą już obciętych buraków i wytwornie, jak
panna pijąca herbatę z porcelanowej filiżaneczki, odchylił mały
palec od naci, i: "zobacz, tak ciachniesz", jednym
machnięciem sierpa obciął buraka ...i czubek małego palca!
Pozostało nam zrobić mu prowizoryczny opatrunek dla tamowania
krwi, zaś jemu pozostał marszerunek w stronę PGR-u do znanej mu już
wielofunkcyjnej babci. Dostał jodynę i trwalszy opatrunek, z którym
po pewnym czasie wrócił do pracującej gromadki. Byliśmy
teraz ostatecznie trójręczną brygadą!
Dobrze, że
czas naszego pobytu w Grabnie chylił się ku końcowi. Gdyż ten
pobyt w spartańskich warunkach, przy monotonnej pracy nie był tym
wymarzonym celem w życiu studenta. I faktu tego nie zmieniły różne
momenty zabawne, pouczające lub dla nas nowe. Prowadziliśmy dysputy
na tematy rolnicze i techniczne, obserwowaliśmy naszych kolegów
koreańskich oraz reakcje tubylców na egzotycznych gości. Ale
sumarycznie czas tam spędzony, ten czas wolny od pracy, pozostał
bardzo bezbarwny. Nie przypominam sobie szczególnych zajęć
wieczorami; jakieś spacery tak. Ale na tym i koniec.
Nastał
ostatni dzień pobytu, wypłata w miernej wysokości, troszeczkę
prowiantu na drogę, ciężarówka i PKP. Ileż godzin później
byłem w domu - a moi koledzy w akademikach.
Uczelnia nas
znów miała, my zaś mieliśmy argumenty przy następnych
kolokwiach i egzaminach: wykopki!
2004 r.
. . . . . . . .
A tutaj tych kilka obiecanych zdjęć:

Zdjęcie robotników z narzędziami i "martwą" przyrodą.

Następny dowód pracy: Przy burakach

Dumny kierowca

Zajęcia w czasie wolnym od pracy, wygłupianie się

Oraz widok naszej komfortowej łazienki
Kto
poznaje delikwenta?

No i wreszcie bohater naszej opowieści z trofeum
(W
prawej oczywiście ręce)

Jeszcze jedna ilustracja naszego pobytu w PGR: Oczekiwanie na odjazd
Wycieczka lat pięćdziesiątych
. . . . . Rowerem dookoła Polski
Zamiast prologu.. . . . . . .
Przez Polskie "Prerie" 1958 roku - pieszo i na rowerach